Dawno minęły już czasy, gdy rynek kryptowalut ograniczał się do bitcoina i jego paru młodszych mutacji w stylu ethera czy tethera. Dziś to już ogromne uniwersum z całym zastępem bohaterów pierwszego, drugiego i trzeciego planu.
Tokeny stoją na zaufaniu
Na początku mówiło się „kryptowaluty”. Od pewnego czasu bardziej trafne zdaje się określenie „tokeny”. Chodzi o cyfrowe instrumenty finansowe imitujące pieniądze oparte na zaufaniu do ich emitenta. A właściwie do tego, że będziemy mogli je w wybranej przez nas chwili zamienić na realną wartość, czyli że znajdzie się ktoś, kto od nas ten token po dobroci odkupi.
Tym, którzy chcieliby się w tym świecie nie zgubić, polecam opracowanie szwajcarskich ekonomistów z Lucerny i Zurychu napisane pod kierunkiem Thomasa Akenbranda. Badacze proponują podział stokenizowanych pieniędzy na kilka dużych rodzin.
Rodziny kryptowalut
Pierwszą są pieniądze cyfrowe banku centralnego, czyli projekt funkcjonujący pod angielskim skrótowcem CBDC. W pełni ten pieniądz nie funkcjonuje jeszcze nigdzie na świecie. Wiadomo jednak, że większość banków centralnych (z sondażu Banku Rozliczeń Międzynarodowych w Bazylei wynika, że nawet 90 proc. z nich) pracuje nad jakąś formą CBDC. Jeśli powstanie, to będziemy mieli cyfrowy pieniądz kontrolowany i zarządzany przez emitenta (czyli bank centralny) w stopniu w zasadzie całkowitym. To będzie go odróżniało od klasycznego pieniądza puszczonego w obieg, który podlega panującym na rynku prawom, np. zyskuje albo traci na wartości w stopniu, który może władzy centralnej nie odpowiadać. Z CBDC ten problem zostanie wyeliminowany.
Pamiętajmy jednak, że w naszym świecie emitentem pieniądza są nie tylko banki centralne, lecz także komercyjne, które czynią to w momencie udzielania kredytu. Jest oczywiste, że po tokeny sięgają instytucje finansowe, które nie chcą przegapić rewolucji krypto. I tak np. wielki bank JP Morgan Chase ma token o nazwie JPM Coin, który służy do rozliczania płatności między dużymi klientami instytucjonalnymi. Podobnym projektem jest USC służący do rozliczeń między dużymi bankami.
Emisje przez instytucje niefinansowe
Wiele ekscytacji budzi oczywiście przyznanie prawa do emisji cyfrowego pieniądza instytucjom niefinansowym. To już się zdarzyło, bo przecież wszystkie platformy oferujące kryptowaluty zaczęły je emitować bez pytania o zgodę regulatora. W ostatnich miesiącach trwają jednak próby ujęcia ich działalności w jakieś ramy. Jako pierwsze uczyniły to Stany Zjednoczone. Także po to, by na rynek tokenów nie bali się wejść bardziej konserwatywni użytkownicy pieniądza. Jeżeli ów token jest emitowany poza systemem bankowym, ale obiecuje powiązanie kursu z realnie istniejącą walutą – np. z dolarem – to wtedy taką kryptowalutę nazywamy stablecoinem. Przykładem może być kryptowaluta USDC stworzona przez amerykańską platformę Circle. Ale uwaga: gdy w 2023 r. upadł Silicon Valley Bank, okazało się, że z tą stabilnością może być różnie.
Są jednak takie kryptowaluty jak praprzodek wszystkich tokenów, czyli bitcoin, oraz jego późniejsze warianty. Ich wartość opiera się na algorytmie regulującym podaż i cyrkulację. W wielu przypadkach za takim tokenem nie stoi żaden pojedynczy emitent. Ów cyfrowy pieniądz (na przykład Dai) jest więc efektem zdecentralizowanego kontraktu zawartego na podstawie blockchaina. Jego wartość nie jest na stałe powiązana z żadną walutą, co jest jednocześnie wadą i zaletą w zależności od preferencji inwestora.
Do wyboru, do koloru. Szacuje się, że na koniec 2025 r. wartość stablecoinów w obiegu wynosiła ok. 250 mld dol. Banki przewidują jednak, że już w 2028 r. ma to być 2 bln, a w 2035 r. już 4 bln. Biorąc pod uwagę, że cała oficjalna globalna podaż pieniądza płynnego (czyli M2, jak powiedzieliby ekonomiści) to jakieś 110 bln dol., to już zaczyna być wartość dostrzegalna. ©Ⓟ