Lipiec 1965 r. Do osnutej mgłami Doliny Olczyskiej przychodzą robotnicy z piłą motorową. Owczarz bezradnie patrzy, jak metodycznie tną belki jego bacówki. Robotnicy unikają jego wzroku. To mieszkańcy pobliskiej miejscowości, znają właściciela, lecz teraz zachowują się, jakby go nie poznawali.

– Mamy polecenie, żeby usunąć nielegalne obiekty – oznajmia sucho brygadzista. – One nie są „nielegalne”. One są moje – protestuje cicho pasterz, ale nikt go nie słucha. Pocięte deski zostają wrzucone do ogniska.

Narodziny idei parku narodowego

Tak nieraz wyglądały wydarzenia, o których do dzisiaj starsi górale opowiadają z żywą wciąż goryczą. Chociaż nie ulega wątpliwości, że intencje Rady Ministrów, gdy 30 października 1954 r. wydawała rozporządzenie o utworzeniu Tatrzańskiego Parku Narodowego, były dobre. Decyzji tej przyświecała przede wszystkim myśl o ochronie unikalnych walorów tatrzańskiej przyrody.

Z potrzeby ochrony tatrzańskiej natury ludzie zdawali sobie sprawę już w latach 80. XIX w. Wielu wykształconych miłośników gór alarmowało, że nadmierna i niekontrolowana działalność człowieka – wyrąb lasów, polowania, pasterstwo – może doprowadzić do nieodwracalnych zmian w charakterze górskiej przyrody. W 1873 r. powstało Polskie Towarzystwo Tatrzańskie, którego celem było nie tylko propagowanie rodzącej się dopiero turystyki górskiej, lecz także uprawianie jej w sposób niekolidujący z dobrem przyrody. Wśród założycieli PTT byli m.in. Tytus Chałubiński – lekarz i przyrodnik, jeden z pionierów badań natury Tatr, a także hrabia Władysław Zamoyski – arystokrata oraz filantrop, który finansował projekty ochrony gór i budowę schronisk. To Zamoyskiemu Polska zawdzięcza własność największego tatrzańskiego skarbu – jeziora Morskie Oko, które hrabia zakupił wraz z otaczającymi je terenami.

Pierwsze pomysły ograniczenia niektórych aktywności w Tatrach (zwłaszcza pasterstwa i wycinki lasów) pojawiły się od razu po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r., lecz ponieważ nie ustanowiono tam jeszcze parku narodowego, brakowało realnych mechanizmów wywłaszczenia terenów prywatnych. Prace administracyjne w tym kierunku zostały wstrzymane przez wybuch II wojny światowej. Temat powrócił na dobre w 1954 r., gdy powołano do życia TPN – jeden z pierwszych parków narodowych powstałych w okresie PRL-u. Rozpoczął funkcjonowanie 1 stycznia 1955 r., kiedy rozporządzenie Rady Ministrów weszło w życie.

Przyroda i górale

Znaczącą przeszkodą do realizacji celów wyznaczonych przez statut TPN okazało się to, że ogromne obszary włączonego w jego granice terenu należały od pokoleń do poszczególnych góralskich rodzin. Ludzie ci od zawsze pracowali na życie, wypasając owce na górskich halach. Rytm ich egzystencji był mocno skorelowany z porami roku wyznaczającymi cykl wypasu. Często na okres letnich miesięcy na hale przenosili się poszczególni członkowie danej rodziny – nierzadko młodzież i dzieci, gdyż starsi doglądali innych prac gospodarskich – i mieszkali tam przez całe lato, opiekując się zwierzętami i śpiąc w szałasach pasterskich (przykładem są siostry Helena i Zofia Stasik, które jako nastolatki spędzały wszystkie wakacje na hali Kopieniec; ich opowieść przedstawia przygotowany z okazji 70. rocznicy powstania TPN film Bartka Solika pt. „Ostatnia noc na Kopieńcu”). Ci ludzie nie znali innej rzeczywistości, więc na wieść o tym, że ich ojcowizna zostanie im odebrana, przeważnie reagowali całkowitym niezrozumieniem.

Powierzchnia parku wynosiła ok. 21 164 ha. W jego skład wchodziły najważniejsze doliny i hale górskie, między innymi Dolina Kościeliska, Dolina Chochołowska, Dolina Gąsienicowa, Dolina Pięciu Stawów Polskich, Hala Gąsienicowa, Hala Stoły oraz Hala Kondratowa. Pasterze posiadali prawa do wypasu owiec na halach i utrzymywali własne szałasy oraz bacówki, zwłaszcza na Hali Gąsienicowej, Hali Stoły i w Dolinie Chochołowskiej. Sytuację tę miał już wkrótce (w 1958 r.) zmienić dekret o wywłaszczeniu, który zezwolił na przejmowanie prywatnych gruntów w celach ochrony przyrody. Administracja parku i organy państwowe wydawały indywidualne decyzje dla każdej rodziny i wręczały pismo określające powierzchnię przejmowaną przez park, a także ewentualny nakaz rozbiórki umiejscowionych na niej szałasów pasterskich czy innych budynków gospodarczych. W razie odmowy władza bywała brutalna.

75-letnia Maria z Poronina opowiada, jaki los spotkał szałasy w przywoływanej już Dolinie Olczyskiej: „W Olcysku bardzo dużo popolyli sałasów. Kto? Nie wiem. Milicja była i przewoźnie żukiem przewoziyli tyk upartyk, co nie chcieli zyjść z hól”. Podobnymi wspomnieniami dzieli się 65-letni Romuald: „Mieliśmy altanę u wylotu Doliny za Bramką, pradziadek wybudował dla swojej żony, aby prowadziła bufet, i też go spalili. Miętusią też spalili, po schronisku na Przysłopie została tylko jabłonka”.

Szczególnie bolesne było to, że choć decyzje zapadały w Warszawie, to do ich wyegzekwowania park często zatrudniał mieszkańców Podhala. I jakkolwiek trudno z dzisiejszej perspektywy oceniać działania ludzi, którzy podejmowali się tej pracy w celu utrzymania siebie i swoich rodzin, wywłaszczani górale określali ich jednoznacznie: „Górole to byli, ale już pracownicy parku”. Słowo „parkowcy” do dzisiaj funkcjonuje w słowniku ludności Podhala jako wyraz nacechowany pejoratywnie.

Niektórzy pokrzywdzeni próbowali odmienić bieg wydarzeń, odwołując się od decyzji administracyjnych do sądów lub składając wizyty w ówczesnych ministerstwach. Takie sytuacje należały jednak do rzadkości. Osoby słabiej wykształcone często nie wiedziały nawet, gdzie mogą szukać pomocy prawnej. Nieliczne sprawy docierały do Sądu Najwyższego, co jednak nie gwarantowało uczciwego i praworządnego procesu. 55-letni Stanisław z Suchego relacjonuje: „Przyśli do nas ludzie ze Suchego i napisali odwołanie do Sądu Najwyższego do Warszawy. Przysła odpowiedź, że będzie rozprawa. Była wielka narada w chałupie znowu. Uznali wszyscy, że musom jechać. Kromke chleba wziyni i do Poronina na kolej do Warszawy poszli. Wrócili se na drugom noc i opowiadali. Sędzina spytała: «a gdzie jest Was więcej?» Mama gado, że oni som tu przedstawicielami współwłaścicieli. Sąd odpedzioł, że z paroma osobami rozmawiać nie będzie i niepotrzebnie przyjechali”.

Niektórzy górale próbowali dalej potajemnie wypasać owce, lecz było to ryzykowne zajęcie. W razie wykrycia groziły za to gigantyczne kary finansowe. Większość pasterzy powoli godziła się z rzeczywistością, a swoje stada wyprowadzała na położone niżej, poza granicami parku tereny – w pasmo Gubałówki lub w okolice wylotów dolin. Pozostawione na opuszczonych halach szałasy, które nie zostały zakwalifikowane do spalenia lub rozbiórki, ulegały naturalnej degradacji lub aktom wandalizmu ze strony turystów.

Odszkodowania dla górali

Wywłaszczeni górale dostali propozycję odszkodowań, choć w wysokości dalekiej od straty. Przyznawano je często częściowo i w ratach, a ich wartość była ustalana przez administrację państwową, nie zaś według rynkowej ceny gruntów. W praktyce oznaczało to, że wielu byłych właścicieli gruntów w Tatrach otrzymywało rekompensatę niewystarczającą do utrzymania dotychczasowego poziomu życia i zupełnie nieadekwatną do realnej wartości nieruchomości. Jak opowiada 53-letni Grzegorz z Leśnicy: „Dziadek za los pieniondze wzion. Było tego telo, że w kupyił jakiegosik dolara i w 1984 r., jak babka umarła, to w Poroninie na cmentarzu jednom cwartom nagrobka zrobyił za ten las”. Niektórym gospodarzom zaoferowano opcję dzierżawy gruntów w Bieszczadach lub w Beskidzie Niskim, czyli na terenach, z których zostali po wojnie wysiedleni Łemkowie. Już w 1973 r. te tereny odebrano jednak TPN i przekazano innym podmiotom, głównie nowo utworzonemu Bieszczadzkiemu Parku Narodowemu.

Wielu górali odmawiało przyjęcia jakiejkolwiek formy odszkodowania, gdyż uważało, że wzięcie pieniędzy będzie równoznaczne z uznaniem decyzji władzy i zrzeczeniem się prawa własności. 77-letnia Ludwina wspomina: „W czasach stalinowskich można było nie wzionć piniendzy – i to był największy protest”. „Inni myśleli, że to ik własność jesce będzie” – dopowiada 76-letni Andrzej z Poronina. Rzeczywiście, część uprawnionych nie odbierała odszkodowania w przekonaniu, że jeśli wezmą, to wyrażą zgodę na przejęcie ziemi przez państwo. Czasami dochodziło do sytuacji, że gospodarze, którzy zdecydowali się przyjąć odszkodowanie, spotykali się z otwartym potępieniem środowiska.

Odszkodowania nieprzyjęte trafiały do depozytów sądowych, a po upływie pięciu lat przechodziły na własność Skarbu Państwa.

Nie tylko Podhale

Nadal toczy się 501 postępowań o zwroty i unieważnienia decyzji wywłaszczeniowych. Wśród wywłaszczonych w latach 1960–1980 osób (których liczbę szacuje się na ok. 6 tys.) oraz ich spadkobierców tlą się nadzieje, że rezultatem tych postępowań będzie otrzymanie adekwatnych odszkodowań odpowiadających współczesnym warunkom ekonomicznym.

Warto pamiętać, że podobne sytuacje miały miejsce nie tylko w TPN. Na bardzo zbliżonych zasadach i w tym samym roku (1954) utworzono Babiogórski Park Narodowy, a tamtejsi górale dostali zakaz kontynuowania wypasu owiec na swoich halach. Oni również bezskutecznie przeciwko niemu protestowali i otrzymali ofertę przyjęcia nieekwiwalentnych odszkodowań. W jeszcze bardziej skomplikowanym położeniu znalazł się Pieniński Park Narodowy (utworzony oficjalnie w 1954 r., choć jako rezerwat istniał już od 1932 r.). Jego terenami zarządzały bowiem władze polskie i słowackie, co jeszcze bardziej utrudniało regulację spraw własnościowych. Karkonoski Park Narodowy (utworzony w 1959 r.) otrzymał władzę nad terenami, na których dużo było opuszczonych majątków poniemieckich. Właścicieli polskich było mniej niż w Tatrach, a konflikty dotyczyły górskich schronisk, gruntów rolnych oraz praw do wypasu. Część obiektów turystycznych została upaństwowiona bez właściwej rekompensaty, co wywoływało spory aż do lat 70.

Ochrona przyrody, dobro dla wszystkich

Współczesny TPN – główny „winowajca” – powraca do problemu wywłaszczeń z szacunkiem i uwagą, czego dowodem jest zorganizowana w Kuźnicach wystawa „To nom jesce w dusy gro”. Jak zaznaczają jej twórcy: „Naszym celem nie jest rozdrapywanie ran, lecz oddanie głosu i hołdu tym, na których krzywdzie zbudowano dobro narodowe wszystkich Polaków”. Dziś Tatry są corocznie odwiedzane przez miliony turystów (w 2024 r. park sprzedał rekordową liczbę 5,09 mln wejściówek). Tak wielki ruch nie jest dewastujący dla przyrody, bo koncentruje się na reglu dolnym i odbywa się na wyznaczonych (i w razie potrzeby zamykanych) szlakach.

Można tylko przypuszczać, jak wyglądałoby dzisiejsze oblicze Tatr, gdyby 70 lat temu władza nie podjęła tak drastycznych kroków w kierunku ochrony tej wyjątkowej przyrody. Warto przypomnieć, że Tatry są miejscem bytowania blisko 1 tys. gatunków roślin naczyniowych, spośród których wiele to gatunki rzadkie lub wręcz endemity. Jest wśród nich szarotka alpejska – zagrożony symbol Tatr znajdujący się pod ścisłą ochroną. Na utworzeniu parku bardzo zyskały również zwierzęta, na które dzięki temu przestano polować. Liczebność kozic tatrzańskich, która dramatycznie spadła w XIX i XX w., teraz jest stabilna. Podobne zjawisko dotyczy zwierząt takich jak świstaki, niedźwiedzie brunatne, rysie czy wilki. Wszystkie te cele udało się osiągnąć, nie rezygnując całkowicie z pasterstwa. TPN od lat prowadzi kulturowy wypas owiec, aby zachować tradycje regionu. Stanowi on też jedną ze znaczących atrakcji turystycznych. ©Ⓟ