Z daleka widać gorzej. Z bliska widać lepiej. Patrząc z daleka, można się dziwić, po co prezydent Donald Trump rozpoczął twarde negocjacje w sprawie ceł z Unią Europejską. Patrząc z bliska, przestaje to dziwić. Kluczowa w sporze jest Irlandia. Z pozoru Zielona Wyspa nie należy do ekonomicznego serca integracji europejskiej. Leży trochę na uboczu i ma zupełnie inną specyfikę gospodarczą niż postprzemysłowe potęgi Unii kontynentalnej: Niemcy, Francja czy nawet Polska. Jednocześnie to właśnie Irlandia jest winowajcą dużego (150 mld dol. rocznie) deficytu handlowego USA w relacjach ze Wspólnotą. Z powodu tego deficytu Donald Trump zdecydował się kopnąć w stolik transatlantyckiego ładu handlowego, grożąc Europie cłami w wysokości 200 proc.
Ciekawy raport na ten temat opublikował właśnie Instytut Gospodarki Światowej w Kilonii. W pracy „Gorzka pigułka dla Brukseli. Walka Trumpa z irlandzkim lobby farmaceutycznym” mamy parę liczb pozwalających zrozumieć istotę problemu. Oczywiście wszystko zaczyna się od utrzymywanej od lat 90. przez kolejne irlandzkie rządy polityki gospodarczej, polegającej na przyciąganiu zagranicznych firm i inwestycji za pomocą bardzo niskich stawek CIT. Formalnie na poziomie 12 proc., czyli znacznie poniżej unijnej średniej, a faktycznie o wiele mniej – głównie za sprawą różnych schematów optymalizacyjnych, ze słynną „podwójną irlandzką kanapką” (Double Irish) na czele. Aż do 2020 r. establishment w Dublinie przymykał na to oko.
USA importują amerykańskie leki
Wśród firm, które korzystały z tego wewnątrzunijnego raju podatkowego, są przede wszystkim amerykańskie koncerny farmaceutyczne – tacy giganci jak Pfizer, Johnson & Johnson czy Merck. Ogromna część ich globalnej produkcji ulokowała się właśnie na Zielonej Wyspie. Johnson & Johnson i Merck mają fabryki w hrabstwie Cork, a Pfizer w Dublinie, Cork i Kildare. Produkowane tam farmaceutyki (głównie szczepionki, przeciwsurowice i lekarstwa w pudełkach) dystrybuowane są potem na cały świat, stając się jednym z najważniejszych towarów eksportowych w bilansie handlowym Irlandii, którego wartość sięga prawie 40 mld dol. rocznie. Kluczowym odbiorcą tego eksportu są… Stany Zjednoczone. Tak, produkty „amerykańskich” koncernów farmaceutycznych muszą zostać do Stanów importowane. I to w takiej ilości, że wyraźnie widać je w bilansie handlowym. Wyprodukowane w Irlandii leki, szczepionki i inne medykamenty stanowią ok. 20 proc. całego eksportu UE do USA. Z punktu widzenia Irlandii to jeszcze ważniejsza pozycja – odpowiada ona za 60 proc. jej nadwyżki handlowej w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi.
W teorii ekonomicznej jest tak, że gdy międzynarodowy koncern produkuje w kraju X (w tym wypadku w Irlandii), a centralę ma w państwie Y (USA), to do owej centrali też płynie jakaś część zysków. A przynajmniej powinna. W Big Pharmie najważniejsze są opłaty z tytułu licencji na patenty medyczne. Te transfery są jednak dalece niewystarczające, by zrównoważyć deficyt wynikający z konieczności kupowania przez Amerykę wytwarzanych w Irlandii lekarstw. Oba przepływy mają się do siebie jak jeden do trzech lub czterech na korzyść importu. To właśnie sedno problemu, zdefiniowanego przez administrację Trumpa jako wielka rekonfiguracja globalnej polityki handlowej. „Jeśli chcesz produkować w Irlandii, w porządku, nie ma sprawy. Ale jeżeli chcesz potem sprzedawać swój towar do Ameryki, to spodziewaj się ceł na poziomie 200 proc.” – powiedział prezydent USA po marcowych rozmowach z premierem Irlandii Micheálem Martinem. Negocjacje handlowe trwają. A ponieważ problem nie jest błahy, to ich ostatecznego zakończenia i powrotu do „normalności” spodziewać się raczej nie należy. Bo czymże miałaby być ta „normalność”? ©Ⓟ