Na ile poważnym problemem polskiego biznesu jest obecnie zagadnienie sukcesji, czyli przekazywania firm w ręce kolejnego pokolenia? Podczas nadchodzącego EKG w Katowicach weźmie pani udział w panelu „Sukcesja w firmach rodzinnych”.
Dziś założyciele biznesów z lat 80. i 90. XX w. mają po ok. 70 lat. Część z nich już przekazała kierownictwo, a niewielka część nawet własność w firmach, ale to jest jednak mała liczba. Jesteśmy więc w środku pierwszej fali sukcesji. Ze względu na naszą historię wcześniej rzadko się zdarzało, aby właściciel firmy przekazywał coś następcom. W takiej skali w Polsce, ale też w ogóle w Europie Środkowo-Wschodniej mierzymy się z tym zagadnieniem po raz pierwszy. A rodzi ono wiele problemów - założyciele firm, ludzie, którzy przez całe życie byli ich właścicielami, kierowali nimi po swojemu, dopiero uczą się, jak odpuszczać. Mają trudności z zaakceptowaniem tego, że ich następcy mogą myśleć inaczej niż oni.
Rodzice, nawet podświadomie, mają obawy, że dzieci zmarnują ich dorobek. W rodzinach często jest też tak, że dużo łatwiej rozmawia się z wnuczką niż z córką.
Sama od trzech lat jestem w procesie sukcesji i na własnej skórze odczuwam, jak ogromne jest to wyzwanie. Chodzi o komunikację czy utrzymanie dobrych relacji jednocześnie w pracy i przy rodzinnym stole. Ważną sprawą jest docenienie przez rodziców kompetencji dzieci, w porównaniu z tym, co prezentują w swoich CV ludzie z rynku. Powoduje to, że sukcesor musi o siebie walczyć, wytrwale realizować swoje cele, wyznaczać granice, a to jest trudne. Nie mówiąc już o sytuacjach, w których dzieci jest więcej niż jedno. Wtedy napięć jest wykładniczo dużo więcej.