statystyki

Kret Solidarności. Historia Adama Hodysza

autor: Andrzej Krajewski19.08.2016, 07:08; Aktualizacja: 19.08.2016, 07:46
Adam Hodysz

Podpułkownik Adam Hodysz, RAFAL MALKO / AGENCJA GAZETAźródło: Agencja Gazeta

Losy Adama Hodysza dowodzą, że walka z komunistycznym reżimem była rzeczą chwalebną, lecz praca dla niego – zdecydowanie bardziej opłacalną.

Czy pamiętają Państwo gdańską tragedię z 17 kwietnia 1995 r.?” – zapytał 9 sierpnia na Facebooku Sławomir Cenckiewicz. Wyjaśniając, że chodzi o wybuch gazu w bloku przy ul. Wojska Polskiego 39 w Gdańsku-Wrzeszczu, w którym zginęły 22 osoby. „Minęło ponad 10 lat, kiedy pracując nad sprawą Wałęsy i przygotowując książkę »SB a Lech Wałęsa« spotkałem się z kilkoma osobami – urzędnikami miejskimi, pracownikami tajnych służb, strażakami, a nawet byłym wiceministrem spraw wewnętrznych, którzy niezależnie od siebie mówili tak: »wybuch gazu w Gdańsku był operacją UOP, zaś ofiary niezamierzonym wypadkiem przy pracy«” – dopisał członek Kolegium IPN, publikując też odnaleziony przez siebie dokument z akt prokuratorskich dotyczących sprawy mjr. Zbigniewa Grzegorowskiego.

Ten funkcjonariusz SB, a potem UOP, został oskarżony o udział w sfałszowaniu spisu inwentarza teczki agenta o pseudonimie Bolek. W dokumencie z 28 września 2005 r. Grzegorowski wnosił, by Sąd Rejonowy w Gdańsku dopuścił w jego sprawie jako dowód dokumenty znalezione w ruinach wieżowca przy ul. Wojska Polskiego: „tomy akt Sprawy Obiektowej »Jesień 70« i dokumenty należące do Archiwum byłej Służby Bezpieczeństwa” (przekazano je potem Urzędowi Ochrony Państwa w Warszawie do Zarządu Kontrwywiadu). Przy czym Grzegorowski jednoznacznie sugerował, iż „nielegalnie wytworzone kserokopie” związane z agentem „Bolkiem” wydobyto z mieszkania Adama Hodysza, który mieszkał w zniszczonym przez wybuch bloku.

„Grzegorowski był zamieszany w proces wyparowywania akt obciążających Wałęsę w gdańskim UOP. Został po 16 latach oczyszczony z zarzutów, choć sąd uznał, że do kradzieży akt doszło. Zabrakło dodatkowych twardych dowodów (sprawę opiszę wkrótce)” – informuje Cenckiewicz na FB. Choć dużo ważniejsza dla niego jest inna kwestia. „Dopytywałem: jak to możliwe?! Pewien funkcjonariusz b. SB, ale świetnie ustosunkowany w środowisku UOP/ABW, tłumaczył mi, że w zawalonym bloku mieszkał ppłk Adam Hodysz, którego ekipa prezydenta Lecha Wałęsy z delegatury UOP w Gdańsku podejrzewała o przetrzymywanie kopii dokumentów agenturalnych Wałęsy/Bolka. Upozorowali wybuch gazu – mówił – żeby wyprowadzić później wszystkich mieszkańców i wejść do mieszkania Hodysza. Przesadzili, budynek się zawalił i zginęli ludzie. Ale do mieszkania i tak weszli” – cytuje informatora Cenckiewicz.

Potem zastrzega się, że wcale nie twierdzi, iż 22 gdańszczan zginęło w zamachu sprokurowanym przez Urząd Ochrony Państwa. Notabene takie sugestie zawarł już w artykule „Hodysz – Wallenrod z bezpieki”, opublikowanym w 2008 r. na łamach „Rzeczpospolitej”, Cezary Gmyz. Indagowany przez niego ppłk Hodysz odniósł się do tragedii w Gdańsku-Wrzeszczu jednym zdaniem: „Proszę nie wymieniać przy mnie imienia Bolek. Dwa razy straciłem przez to pracę, a raz ledwie uszedłem z życiem”. Wprost sugerując, kto i za co odpowiada. Gdyby prawda rzeczywiście tak się przedstawiała, aferę Watergate należałoby uznać za zabawę grzecznych dzieci.

Na razie obowiązuje ustalenie Prokuratury Okręgowej w Gdańsku mówiące, iż „rozszczelnienia instalacji gazowej dopuścił się Jerzy S., mieszkaniec budynku, działając zgodnie z wcześniej przyjętym planem. Prawdopodobnie jego celem było zniszczenie stanowiącego jego własność mieszkania i wyłudzenie z tego tytułu ubezpieczenia. Przypuszczalnie nie przewidywał, że jego zachowanie może spowodować aż tak daleko idące następstwa”. Winny wybuchu poniósł śmierć, co zamykało śledztwo. Jednak po nagłośnienieniu przez media rewelacji Cenckiewicza Prokuratura Krajowa podjęła czynności sprawdzające, czy pojawiły się nowe dowody dotyczące przebiegu zdarzeń z feralnego dnia.

Zaś najważniejszy ze świadków – Adam Hodysz – milczy. Choć zważywszy na jego życiowe doświadczenia, trudno mu się dziwić.

Esbek mimo woli

Według tego, co piszą o Hodyszu zarówno Gmyz, jak i Cenckiewicz – został on esbekiem przez przypadek. Po ukończeniu Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Gdańsku zamierzał uczyć matematyki w szkole. Jednak na początku lat 60., jeśli ktoś chciał dostać mieszkanie, musiał czekać na przydział – nawet kilkanaście lat. Pracownikom aparatu bezpieczeństwa przywilej otrzymania mieszkania przysługiwał poza kolejnością. I tak w 1964 r. Hodysz zaczął pracę w bezpiece, w pionie kontrwywiadowczym.

W tamtych czasach turystów z Zachodu, których SB nadzorowała podczas pobytu, nie przyjeżdżało zbyt wielu i rzadko który zajmował się szpiegowaniem. Młody funkcjonariusz bezpieki mógł więc rozkoszować się sporą ilością wolnego czasu. Wszystko na gorsze zmieniło się po buncie robotników w grudniu 1970 r. Wtedy jeszcze Hodysz nie musiał zajmować się sprawami aresztowanych, choć już wkrótce musiał zająć się inwigilacją rodzącej się na Wybrzeżu opozycji. Ta decyzja przełożonych zaważyła na całym życiu niedoszłego nauczyciela matematyki.


Pozostało jeszcze 77% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie