statystyki

Niechęć do współdziałania jest naszą narodową kulą u nogi czy raczej szansą na sukces?

autor: Rafał Drzewiecki23.04.2016, 19:30
Polska, Polacy, flagi

Wielbione na Zachodzie umiejętności współpracy nie zawsze okazują się motorem napędowym rozwoju firm czy nawet całych społeczności.źródło: ShutterStock

Polacy nie potrafią współpracować. Mit czy prawda? Wygląda na to, że potrafimy, problem polega na tym, że nie chcemy. To taka nasza narodowa wada, która jest zaletą. Skomplikowane? Jak sama współpraca. Raz daje efekty, raz nie

W publicznej narracji, na szkoleniach czy w firmowych wytycznych panuje przekonanie: praca zespołowa to najlepszy, najbardziej efektywny sposób na realizację zadań. Bo nawet najbardziej bystry pracownik nie jest w stanie uzyskać tak dobrych rezultatów jak zespół. Wiadomo, co dwie głowy, to nie jedna. Grupowa analiza dużej liczby potencjalnych rozwiązań problemu, zgłaszanych przez różniących się wiedzą, temperamentem, doświadczeniem i skłonnością do ryzyka członków zespołu, znacznie zwiększa kreatywność i minimalizuje błędy. Oczywiście na etapie początkowym, gdy trzeba wymyślić coś zupełnie nowego, opracować oryginalną, innowacyjną koncepcję, lepiej sobie z tym radzą indywidualiści, lecz i tak wszystko potem sprowadza się do etapu wdrożenia, realizacji, gdzie trzeba wypracować rozwiązania w skali makro, gdzie trzeba się liczyć z całym otoczeniem, wziąć pod uwagę wiele czynników, uwzględnić całe spektrum okoliczności. I tu praca zespołowa jest, a przynajmniej tak się powszechnie sądzi, po prostu konieczna.

Z takim podejściem Polakom jednak rzeczywiście nie za bardzo po drodze. Już Norwid pisał, że jesteśmy pierwszym narodem i ostatnim społeczeństwem. Niejako wrodzoną niechęć do współpracy potwierdza wiele badań, choćby najbardziej znana Diagnoza Społeczna – przekrojowa analiza pod kierownictwem profesorów Janusza Czapińskiego i Tomasza Panka, która pokazuje kryzys zaufania w naszym kraju i niski kapitał społeczny. Z badania wynika, że odsetek Polaków w wieku od 16 lat wzwyż ufających innym ludziom wynosi tylko 13 proc. W Szwecji to 57 proc., w Niemczech – 29. A ponieważ zaufanie to główne spoiwo zespołowości i efektywnej współpracy, efekty tej nieufności wydają się oczywiste. Eksperci wskazują jeszcze na cechujące nas wysoki dystans do władzy i silne unikanie niepewności. Innymi słowy w polskim społeczeństwie obserwujemy wysoką akceptację dla nierówności przywilejów i praw. Co się sprowadza do stanu, w którym podwładni oczekują instrukcji od przełożonego, gdzie nie ma przestrzeni dla innowacji, kreatywności czy podejmowania samodzielnych decyzji. Wszak góra wie lepiej. Wyjątkowo chętnie w skali europejskiej unikamy także niepewności, co oznacza, że zbyt stresujący jest dla nas niepokój związany z sytuacjami nowymi i niejednoznacznymi, które uznajemy za niebezpieczne, więc robimy wszystko, by się na nie nie natknąć. Jesteśmy także społeczeństwem powszechnie wyznającym zasadę gry o sumie zerowej. Uważamy, że sukces życiowy, czy to w pracy, czy w finansach, czy nawet w sprawach osobistych, jest możliwy jedynie dzięki odebraniu korzyści innym. Żebym mógł wygrać, ktoś inny musi przegrać, dlatego w kontaktach z innymi ludźmi muszę się pilnować, by to mnie nie ograno. – Kompromis uważamy za kompromitację. Taki mamy wkodowany wzorzec przeżywania tożsamości, w którym się nie poszukuje wspólnoty opartej na interesach, tylko na wartościach – tłumaczy prof. Bogdan Wojciszke, szef Katedry Psychologii Społecznej Uniwersytetu SWPS w Sopocie.

Liczy się wróg

Przy takim podejściu, kontynuuje, nie ma miejsca na merytoryczną dyskusję o interesach, która ma doprowadzić do porozumienia, wypracowania stanowisk korzystnych dla obu stron. Stosując język oparty na wartościach, nawet w kwestiach ekonomicznych używa się retoryki oceniającej postawę moralną adwersarzy. To nasza propozycja jest moralna, a oni są potworami. Zgoda na współpracę byłaby więc kalaniem naszych wartości. – Tak potoczyła się nasza historia. Polacy od wieków budowali wspólnotę opartą na wartościach, a nie interesach. Przez zabory, okupacje i komunizm nie dorobiliśmy się mieszczaństwa, a to ono właśnie w zachodnich kulturach stoi na straży norm cementujących wspólne dobro w imię wspólnych interesów. W Polsce siła wspólnoty polegała na walce w imię idei z wrogiem, jednoczenia się w obliczu zagrożenia. Potem lata komunizmu zabiły zdolność do samoorganizacji społeczeństwa. Państwo od trzystu lat było i wciąż jest dla nas wrogiem, a zaufanie do obcych przejawem skrajnej naiwności – podkreśla prof. Wojciszke.

Wydawać by się mogło, że młodsze pokolenia, np. mieszkańcy podmiejskich bogatych osiedli, z SUV-ami na podjazdach, przystrzyżonymi równo trawnikami i egzotycznymi drzewkami w ogródkach, są już pozbawieni tego historycznego, mentalnego bagażu. Że wychowani w zupełnie innej Polsce jak gąbka wchłoną zachodnie mieszczańskie zasady, przyjmą w naturalnym odruchu korporacyjne wzorce zarządzania oparte na współpracy. A jednak wystarczy spojrzeć na drogi dojazdowe do ich wypielęgnowanych domków. Toną w błocie, bo jeśli deweloper od razu nie wyłożył wspólnych części brukiem, nie mogą się dogadać, by zrobić to sami. Nie umieją się doszukać wspólnoty interesów.


Pozostało jeszcze 65% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Komentarze (4)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie