Polacy nie potrafią współpracować. Mit czy prawda? Wygląda na to, że potrafimy, problem polega na tym, że nie chcemy. To taka nasza narodowa wada, która jest zaletą. Skomplikowane? Jak sama współpraca. Raz daje efekty, raz nie
Reklama
W publicznej narracji, na szkoleniach czy w firmowych wytycznych panuje przekonanie: praca zespołowa to najlepszy, najbardziej efektywny sposób na realizację zadań. Bo nawet najbardziej bystry pracownik nie jest w stanie uzyskać tak dobrych rezultatów jak zespół. Wiadomo, co dwie głowy, to nie jedna. Grupowa analiza dużej liczby potencjalnych rozwiązań problemu, zgłaszanych przez różniących się wiedzą, temperamentem, doświadczeniem i skłonnością do ryzyka członków zespołu, znacznie zwiększa kreatywność i minimalizuje błędy. Oczywiście na etapie początkowym, gdy trzeba wymyślić coś zupełnie nowego, opracować oryginalną, innowacyjną koncepcję, lepiej sobie z tym radzą indywidualiści, lecz i tak wszystko potem sprowadza się do etapu wdrożenia, realizacji, gdzie trzeba wypracować rozwiązania w skali makro, gdzie trzeba się liczyć z całym otoczeniem, wziąć pod uwagę wiele czynników, uwzględnić całe spektrum okoliczności. I tu praca zespołowa jest, a przynajmniej tak się powszechnie sądzi, po prostu konieczna.
Z takim podejściem Polakom jednak rzeczywiście nie za bardzo po drodze. Już Norwid pisał, że jesteśmy pierwszym narodem i ostatnim społeczeństwem. Niejako wrodzoną niechęć do współpracy potwierdza wiele badań, choćby najbardziej znana Diagnoza Społeczna – przekrojowa analiza pod kierownictwem profesorów Janusza Czapińskiego i Tomasza Panka, która pokazuje kryzys zaufania w naszym kraju i niski kapitał społeczny. Z badania wynika, że odsetek Polaków w wieku od 16 lat wzwyż ufających innym ludziom wynosi tylko 13 proc. W Szwecji to 57 proc., w Niemczech – 29. A ponieważ zaufanie to główne spoiwo zespołowości i efektywnej współpracy, efekty tej nieufności wydają się oczywiste. Eksperci wskazują jeszcze na cechujące nas wysoki dystans do władzy i silne unikanie niepewności. Innymi słowy w polskim społeczeństwie obserwujemy wysoką akceptację dla nierówności przywilejów i praw. Co się sprowadza do stanu, w którym podwładni oczekują instrukcji od przełożonego, gdzie nie ma przestrzeni dla innowacji, kreatywności czy podejmowania samodzielnych decyzji. Wszak góra wie lepiej. Wyjątkowo chętnie w skali europejskiej unikamy także niepewności, co oznacza, że zbyt stresujący jest dla nas niepokój związany z sytuacjami nowymi i niejednoznacznymi, które uznajemy za niebezpieczne, więc robimy wszystko, by się na nie nie natknąć. Jesteśmy także społeczeństwem powszechnie wyznającym zasadę gry o sumie zerowej. Uważamy, że sukces życiowy, czy to w pracy, czy w finansach, czy nawet w sprawach osobistych, jest możliwy jedynie dzięki odebraniu korzyści innym. Żebym mógł wygrać, ktoś inny musi przegrać, dlatego w kontaktach z innymi ludźmi muszę się pilnować, by to mnie nie ograno. – Kompromis uważamy za kompromitację. Taki mamy wkodowany wzorzec przeżywania tożsamości, w którym się nie poszukuje wspólnoty opartej na interesach, tylko na wartościach – tłumaczy prof. Bogdan Wojciszke, szef Katedry Psychologii Społecznej Uniwersytetu SWPS w Sopocie.
Liczy się wróg
Przy takim podejściu, kontynuuje, nie ma miejsca na merytoryczną dyskusję o interesach, która ma doprowadzić do porozumienia, wypracowania stanowisk korzystnych dla obu stron. Stosując język oparty na wartościach, nawet w kwestiach ekonomicznych używa się retoryki oceniającej postawę moralną adwersarzy. To nasza propozycja jest moralna, a oni są potworami. Zgoda na współpracę byłaby więc kalaniem naszych wartości. – Tak potoczyła się nasza historia. Polacy od wieków budowali wspólnotę opartą na wartościach, a nie interesach. Przez zabory, okupacje i komunizm nie dorobiliśmy się mieszczaństwa, a to ono właśnie w zachodnich kulturach stoi na straży norm cementujących wspólne dobro w imię wspólnych interesów. W Polsce siła wspólnoty polegała na walce w imię idei z wrogiem, jednoczenia się w obliczu zagrożenia. Potem lata komunizmu zabiły zdolność do samoorganizacji społeczeństwa. Państwo od trzystu lat było i wciąż jest dla nas wrogiem, a zaufanie do obcych przejawem skrajnej naiwności – podkreśla prof. Wojciszke.
Wydawać by się mogło, że młodsze pokolenia, np. mieszkańcy podmiejskich bogatych osiedli, z SUV-ami na podjazdach, przystrzyżonymi równo trawnikami i egzotycznymi drzewkami w ogródkach, są już pozbawieni tego historycznego, mentalnego bagażu. Że wychowani w zupełnie innej Polsce jak gąbka wchłoną zachodnie mieszczańskie zasady, przyjmą w naturalnym odruchu korporacyjne wzorce zarządzania oparte na współpracy. A jednak wystarczy spojrzeć na drogi dojazdowe do ich wypielęgnowanych domków. Toną w błocie, bo jeśli deweloper od razu nie wyłożył wspólnych części brukiem, nie mogą się dogadać, by zrobić to sami. Nie umieją się doszukać wspólnoty interesów.
– Bo wbrew pozorom nie minęło dużo czasu. Wzorce kulturowe mają wielką inercję. Proszę spojrzeć na Holandię. Tam większość domów czy mieszkań do dzisiaj nie ma zasłon w oknach. I z ulicy doskonale widać, zwłaszcza po zmierzchu, co się dzieje w oświetlonych pokojach. Ten obyczaj ma 200 lat, pochodzi z czasów, gdy flamandzcy mężczyźni masowo ruszali w morskie rejsy, zostawiając żony w domach na długi czas. I kobiety te, niejako wzajemnie się kontrolując, pozostawiały odsłonięte okna, by udowodnić dobre prowadzenie się. Tyle czasu minęło, obyczajowość jest już zupełnie inna, a okna są wciąż bez zasłon. My także mimo upływu lat pozostajemy w klanach rodzinnych, nie ufając innym, bo nam kulturowo nie wolno – opowiada naukowiec z sopockiego Uniwersytetu SWPS.
Zresztą nikt nawet nie próbuje uczyć najmłodszych pokoleń, że można, że należy działać inaczej. W szkołach czy na uczelniach konieczność wpajania kolektywnych postaw pozostaje najczęściej w sferze deklaratywnej. – W Szwecji w salach seminaryjnych stoją okrągłe stoły. W szkołach ławki tworzą okręgi. A u nas jak jednego dnia przestawiłem krzesła na szwedzki wzór, następnego dnia ktoś poprzesuwał je z powrotem w rzędy. Zapewne odruchowo, bo ma wkodowany inny porządek. W amerykańskim systemie oświaty stosuje się metodę szkoły układanki. Dzieci pracują w 3–4-osobowych grupach. Gdy taki zespół ma np. opracować postać Kolumba, każdy uczeń dostaje tylko fragment życiorysu odkrywcy. Muszą więc ze sobą współpracować, by nauczyć się całości. Efekt jest taki, że w Kalifornii, mocno zróżnicowanej etnicznie, Juan nie jest wyśmiewany, bo źle mówi po angielsku, tylko uczniowie starają się z nim porozumieć za wszelką cenę, bo od takiej współpracy zależy sukces ich wszystkich. I tak dzień po dniu chłoną korzyści ze współdziałania w imię wspólnego interesu – podsumowuje prof. Bogdan Wojciszke.
Jednak medal i w tym przypadku ma dwie strony. Wielbione na Zachodzie umiejętności współpracy nie zawsze okazują się motorem napędowym rozwoju firm czy nawet całych społeczności. Naukowcy ostrzegają, że praca zespołowa niesie ze sobą wiele pułapek, które mogą zahamować procesy twórcze. Psycholodzy wskazują np. na próżniactwo społeczne, które powoduje, że zaangażowanie pracownika jest mniejsze, gdy działa w zespole, niż gdyby miał wykonać zadanie samodzielnie. Z kolei brytyjski socjolog Gareth Morgan w książce „Wyobraźnia organizacyjna” nazwał przykrą rzeczywistością częstą sytuację w przedsiębiorstwach, które pracy zespołowej przyznają bezwzględny priorytet i wydają na to dużo pieniędzy, ale źle diagnozują cel i błędnie dobierają pracowników do zespołów. Pomijają ich predyspozycje, mieszają silne osobowości z osobami podatnymi na sugestie, nie przeciwdziałają tendencji do myślenia grupowego, podporządkowywania się zdaniu większości – to wszystko wydłuża drogę do rozwiązania problemu, a czasami wręcz to uniemożliwia. I w takich okolicznościach to nasze narodowe cwaniactwo, indywidualizm, chęć poszukiwania zawsze własnej, „lepszej” drogi, wychodzi nam na dobre.
Nie ma sztuki mówienia
Niechęć do współdziałania jest więc naszą narodową kulą u nogi czy raczej szansą na sukces? – W kontekście narodu brak zaufania wobec obcych przy tak silnej spójności własnej grupy nie jest zbyt istotny. Ufamy przede wszystkim bliskim, przyjaciołom i ma to wiele pozytywnych skutków. Jednak w kontekście organizacji umiejętność korzystania z różnorodności niewątpliwie sprzyja kreatywności i innowacyjności, daje większe szanse na rozwój. Nasza nieufność powoduje, że mamy w Polsce głównie rozdrobnione przedsiębiorstwa, rodzinne, góra kilkuosobowe. Problemy ze współpracą nie pomagają nam rozwinąć skrzydeł, stworzyć z krajowych firm duże, ponadnarodowe koncerny. Tu tracimy coś cennego, szansę na rozwój – zauważa dr Dorota Wiśniewska-Juszczak z Wydziału Psychologii Uniwersytetu SWPS w Warszawie.
Pokutuje przekonanie, że Polacy nie umieją współpracować. Wystarczy włączyć telewizor czy zajrzeć do internetu, gdzie zobaczymy praktycznie wyłącznie kłótnie, spory i awantury. Zero dialogu. Ale czy to jest rzeczywisty obraz społeczeństwa? – To pytanie retoryczne. Jako socjolog widzę raczej kreowanie takiego wizerunku głównie przez media, które żyją z konfliktów i, zwłaszcza ostatnio, próby przenoszenia tej kreacji do prawdziwego życia społecznego. W realnym świecie spory nie sięgają jednak tak wysokiego pułapu, jaki oglądamy czy czytamy w wiadomościach. Znam wiele przykładów doskonałej współpracy, zwłaszcza w lokalnych społecznościach. Firmy odnoszą sukcesy, pracownicy umieją pracować zespołowo – zauważa dr Anna Adamus-Matuszyńska, socjolog z Katedry Zarządzania Publicznego i Nauk Społecznych Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach.
– W życiu codziennym otaczamy się ludźmi o podobnych poglądach albo celach. Spotykamy się w kręgu lubianych znajomych, pracujemy w jednej firmie, wtedy różnice, jeśli nawet występują, nie są już tak znaczące, nie hamują tak silnie współpracy. Mamy czas na poznanie się, wymianę informacji, zrozumienie innego punktu widzenia. Wtedy operowanie stereotypami, strach przed obcym, nieznanym słabnie i łatwiej o porozumienie. Musimy tylko mieć możliwość i przede wszystkim chęć na zainwestowanie czasu w poznanie drugiej osoby – dodaje dr Dorota Wiśniewska-Juszczak z Uniwersytetu SWPS.
Polacy mają problem z zaufaniem. Jego brak jest z punktu widzenia teorii zarządzania ważną przeszkodą dla dobrej, efektywnej współpracy. Nie można jednak zrzucać winy jedynie na zaufanie. Po pierwsze dlatego, że nie ufamy głównie obcym. W kręgach rodzinnych, bliskich znajomych ta ufność jest już zdecydowanie większa. Silniej też identyfikujemy się z ideałami czy wartościami wyższymi. I na poziomie lokalnym czy sąsiedzkim ta współpraca ma się już całkiem dobrze. Poza tym brak umiejętności współpracy wynika w naszym przypadku także z nieumiejętności komunikowania się.
– Młodych nie uczy się sztuki mówienia, precyzji wypowiedzi czy umiejętności analitycznego słuchania. Retoryka była wykładana ostatnio w latach 50. Teraz jest przedmiot o wdzięcznej nazwie komunikacja społeczna, ale tylko 15 godzin i tylko na pierwszym roku studiów. Młodzi szybko zapominają odrobinę teorii i w późniejszym zawodowym życiu mają potężne trudności z porozumiewaniem się z otoczeniem – zaznacza dr Anna Adamus-Matuszyńska.
Specjalistka pomaga firmom w opracowywaniu zasad reagowania na reklamacje i często ma do czynienia z efektami takiej bezradności pracowników. Nie rozumieją np., że odpowiedź na skargę klienta nie może co prawda naruszać reputacji firmy, lecz przede wszystkim nie może godzić w skarżącego. – Tymczasem odpowiedzi na reklamacje zieją ogniem, niechęcią. Brak umiejętności komunikowania się sprawia, że pracownicy poszczególnych działów zrzucają na siebie winę za błędy, klienta traktując jak wroga – opisuje.
Brak zaufania
Żyjemy w świecie postmodernizmu, przypomina socjolog Uniwersytetu Ekonomicznego, gdzie istnieje przekonanie, że jesteśmy niezależni, wolni od wszystkiego, od świętości, ideologii, podziałów politycznych. Gdzie triumfy święci indywidualizm pogłębiany przez rozwój technologii. Internet sprawił, że „bycie w grupie” przeniosło się do świata wirtualnego. Teraz to tam współpracujemy, uczestniczymy we wspólnych akcjach, doskonale sobie radząc w pracy zespołowej poprzez sieć. Jednak gdy wyłączymy smartfony, zamkniemy laptopy – czar wirtualnego współdziałania pryska i w realnym świecie indywidualizm staje się potężną barierą dla rzeczywistej współpracy. Wtedy błyskawicznie do głosu dochodzą nasze narodowe cechy dziedziczne. Wspomniane już przywiązanie do wartości, zasad i norm kulturowych, choćby tej niechęci do obcych, które z kolei nie przystają do nowoczesnej zglobalizowanej gospodarki.
– Tyle tylko, że pojawia się zasadnicze pytanie, czy świat będzie dalej podążać w takim kierunku. Unia Europejska, jak się wydaje, właśnie stanęła na rozdrożu i ma dylemat: akceptować wielokulturowość czy wrócić do idei państw narodowych. Jeśli wybierze wariant pierwszy, mamy kłopot, bo brak współpracy w warunkach liberalnej demokracji będzie nas ograniczał, hamował rozwój. Z wariantem „narodowym” utożsamimy się silniej, łatwiej się w nim odnajdziemy – przewiduje dr Anna Adamus-Matuszyńska.
Wybór dalszej europejskiej drogi wcale nie jest oczywisty i nie chodzi tu tylko o kryzys emigracyjny, który skrajnie zaostrzył dyskusję o przyszłości. O nieuchronnym zderzeniu cywilizacji, konflikcie różnych kultur – przypomina socjolog katowickiej uczelni – przestrzegał już w latach 90. XX w. politolog Samuel Huntington. Amerykanin wskazywał, że cywilizacja zachodnia traci na znaczeniu i musi zacząć zapobiegać marginalizacji. – Wielki kapitał, na którym oparty jest system światowej gospodarki, zaczął się chwiać. W Chinach wzrost gospodarczy zahamował, w Stanach Zjednoczonych po raz pierwszy w historii przestała się rozwijać klasa średnia. Społeczeństwa zaczynają sprawdzać, jak wolny rynek i liberalna demokracja naprawdę funkcjonują – dodaje dr Anna Adamus-Matuszyńska.
Polacy od wieków budowali wspólnotę opartą na wartościach, a nie interesach. Nigdy nie dorobiliśmy się mieszczaństwa, a to ono w zachodnich kulturach stoi na straży norm cementujących wspólne dobro w imię wspólnych interesów. W Polsce siła wspólnoty polegała na walce w imię idei z wrogiem, jednoczeniu się w obliczu zagrożenia