Rozpacz, żal i smutek po śmierci bliskiej osoby powinny trwać najwyżej dwa tygodnie. Przedłużająca się poza ten termin żałoba to zaburzenie psychiczne, które kwalifikuje się do pomocy lekarza specjalisty. Cierpienie po stracie to bowiem choroba, którą należy zwalczyć jak najszybciej – wszak człowiek ma prawo żyć szczęśliwie, a zbyt długie przygnębienie po śmierci ukochanego członka rodziny czy przyjaciela zaburza błogostan. To nie ponury żart, tylko wytyczne z najnowszej edycji „Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders” – podręcznika z klasyfikacją zaburzeń psychicznych wydawanego przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne. Ta prestiżowa publikacja jest uznawana w świecie psychiatrii za medyczną Biblię – jej zalecenia dotyczące sposobu diagnozowania chorób psychicznych, choć nieformalne, są uwzględniane w psychiatrycznej praktyce na całym świecie.

– W poprzednim wydaniu tego podręcznika zalecano interwencję psychiatryczną dopiero po półrocznej, a nawet po rocznej żałobie. Dziś króluje już założenie, że cierpienie jest skandalem i że trzeba je zwalczyć jak najszybciej. Niestety minimalizacja cierpienia przy maksymalizacji szczęścia stała się we współczesnym świecie karykaturą. Ideologia oparta na złudnym poczuciu, że każdy ma prawo do szczęścia i powinien dostawać tylko to, co najlepsze, powoduje, że jesteśmy doskonale przygotowani na wzloty, ale już nie na upadki. To niebezpieczna tendencja, bo zamyka nam drogę do poznania prawdziwego sensu życia. Opartego nie na dobrach materialnych czy zawodowym spełnieniu, tylko radości z rzeczy małych, smakowania codzienności – zauważa filozof, prof. Leszek Koczanowicz ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej we Wrocławiu.

Zamiast ją smakować, doceniając subtelności, łapczywie zagarniamy z życia łapskami co tylko się da, niczym znana z filmu na YouTube chciwa baba z Radomia. Uwierzyliśmy, że ot tak, po prostu nam się wszystko należy, że musimy dostać to, co najlepsze, niezależnie od sił i środków, które włożymy w osiągnięcie danego celu. W zaledwie kilka dekad nasze społeczeństwo stało się zachłanne, pazerne i bezwarunkowo wymagające. W każdej sytuacji, zarówno w sferze materialnej, jak i duchowej, domagamy się najwyższych standardów obsługi i najlepszej jakości wykonania, nie biorąc pod uwagę, że koszty, które ponieśliśmy, są niskie, a czasami praktycznie zerowe. Przeklinam rozklejone po kilkukrotnym użyciu trampki kupione za bezcen na bazarze – bo przecież wydałem ciężko zarobione pieniądze, więc powinny mi służyć lata! Frustruje mnie praca kasjerki w dyskoncie – bo przecież tyram uczciwie, więc powinienem zarabiać więcej i mieć szanse na rozwój! Moje dziecko jest zdolne, bo jest moje, więc nie powinno mieć tak słabych ocen. Dlaczego w serze kupionym w dyskoncie nie ma sera, przecież ktoś powinien to kontrolować i nie dać mnie tak oszukiwać? Mocarstwa pomijają Polskę w negocjacjach pokojowych między Rosją a Ukrainą? Przecież jesteśmy środkiem Europy, ważnym krajem, zieloną wyspą, należymy do Unii, wszyscy muszą się z nami liczyć!

Konsumpcja koroduje charaktery

Wygórowane oczekiwania, zwłaszcza w sferze konsumpcji, są tak powszechne, że szefowie młodej poznańskiej firmy Whalla Labs, projektującej aplikacje mobilne, uczynili z takiej postawy element swojego marketingu. Jeśli ma być tanio, szybko i dobrze, nie zatrudniajcie nas – reklamują się przekornie programiści, tłumacząc, że każdy ich projekt mieści się w trójkącie o wierzchołkach wyznaczonych przez niską cenę, wysoką jakość i szybkość wykonania. I tylko dwa z tych elementów da się jednocześnie osiągnąć. Jeśli ma być tanio i szybko, to nie będzie dobrze, jeśli ma być tanio i dobrze, to nie będzie szybko, jeśli zaś ma być szybko i dobrze, nie da się tego wykonać tanio.

Lecz marketingowe triki opisywanej przez DGP [nr 199 (3840) z 14.10.2014] programistycznej firmy nie dadzą rady zmienić królującej na rynku mentalności roszczeniowej: nie patrząc na realia, chcemy i dobrze, i tanio, i szybko. I głośno protestujemy, jeśli któryś z wierzchołków trójkąta się zagubi.

To korozja charakteru, jak określa ten proces amerykański socjolog Richard Sennett. Złamała nam osobowość w imię globalnych standardów, bardzo łatwo ulegliśmy zmianom cywilizacyjnych priorytetów, kulturowej hierarchii wartości i norm społecznych. Całe życie uległo ekonomizacji, czego efektem jest wyścig szczurów, gra, w której uczestniczą już nie tylko jednostki, nie tylko społeczności, lecz całe państwa. Kto przegrywa, odpada, ponosi karę degradacji.

A degradacji – jak zauważa dr Zbigniew Łoś z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego – „rozumne małpy boją się bardziej niż śmierci. To priorytet gatunkowy wbudowany przez ewolucję. Nieustanne prowadzenie rachunku zysków i strat na każdym polu nie zostawia zbyt wiele miejsca na rzeczy nieopłacalne”.

Stąd nieustanne dążenie do perfekcjonizmu, do osiągania najlepszych efektów każdej decyzji. W ciągu 20 ostatnich lat liczba doktorantów na polskich uczelniach zwiększyła się 15-krotnie. Za najważniejsze cele i dążenia życiowe Polacy, jak wynika z badań CBOS, uważają wysokie zarobki i dobrą pracę, rodzinę stawiając dopiero na trzecim miejscu. Ponad trzy czwarte z nas – to z kolei wyniki najnowszego Polskiego Badania Panelowego POLPAN, przeprowadzonego przez Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk – uznaje ambicję za najważniejszy czynnik osiągnięcia sukcesu. I od ponad 25 lat nieustannie zyskuje on na znaczeniu. Ciężka praca, choć trzeba przyznać, że dzielnie goni ambicję, wciąż pozostaje w tyle.

Bo na to zasługujesz

– Już na przełomie lat 50. i 60. pojawiły się obietnice szczęścia dla każdego. Narodziło się społeczeństwo konsumpcyjne, gdzie marketing niejako wdrukował w nas poczucie, że mamy prawo do rzeczy najlepszych. Reklamy do dziś wmawiają, że będziemy szczęśliwi, kupując to czy tamto, że są to produkty najwyższej jakości i że się nam one należą. Ale ten proces dotyczy nie tylko sfery ekonomicznej. Także w nowoczesnym typie uprawiania polityki stosuje się takie same narzędzia. Leszek Kołakowski ironizował, że niedługo w społeczeństwach zachodnich będą demonstracje przeciwko śmierci – przypomina prof. Leszek Koczanowicz z wrocławskiej SWPS.

Zachodniego modelu rozwoju z napędzającą się konsumpcją i obsesją wzrostu PKB – kontynuuje filozof – nie da się jednak zrealizować na całym świecie. Wbrew optymizmowi części ekonomistów światowe zasoby i możliwości są bowiem ograniczone. Indie nie mogą nagle zacząć żyć na takim samym poziomie jak USA.

– By Hindusi żyli trochę lepiej, to Amerykanie musieliby żyć trochę gorzej. A tego żaden z nich by nie zaakceptował. Pamiętajmy, że rewolucje nie wybuchają, bo jest źle, lecz dlatego, że było lepiej, a zrobiło się gorzej. To globalne katastrofy, wojny powodują, że społeczeństwa w traumie są w stanie przez jakiś czas zaakceptować egalitaryzm. Lecz po efekcie szoku znów się pojawiają frustracje – zaobserwowaliśmy to w naszym kraju w latach 80. Dziś z kolei politycy i media nadmuchują przekonanie, że Polska jest najważniejsza na świecie. A Polska jest, jaka jest, to średni kraj w kłopotliwym położeniu geograficznym. I zamiast szukać sojuszników, podbijamy piłeczkę, że jesteśmy na równi z mocarstwami. Przekonanie, że jesteśmy najlepsi, działa tu na naszą niekorzyść – przekonuje prof. Leszek Koczanowicz.

Życie deluxe

Według naukowców łatwość, z jaką daliśmy się omamić ekonomizacji życia społecznego i zaprzęgnąć do szczurzych kołowrotków, naiwnie wierząc, że każdy z nas może, a wręcz powinien zacząć żyć w kategorii lux, jest wynikiem połączenia naszej ekonomicznej niedojrzałości z postawami roszczeniowymi z czasów PRL – z rozbudzonym przez reklamę głodem bogactwa i sukcesu, nienasyceni i niecierpliwi, zachłysnęliśmy się wolnym rynkiem, nie mając jednak świadomości swoich realnych możliwości i ograniczeń.

– Kiedyś się mówiło: czy się stoi, czy się leży, to wypłata się należy. Dziś, choć oczywiście nie dotyczy to wszystkich, ta postawa się wyostrzyła i jest niczym historyczny, postkomunistyczny odcisk. Tyle że teraz „się należy, bo ja na to zapracowałem” – tłumaczy dr Alicja Grochowska, psycholog biznesu z SWPS w Warszawie.

Homo sovieticus zamienił się w homo capitalismusa, niedojrzałego, nowobogackiego chama, który ma pieniądze, tylko nie wie, do czego służą. Prymitywne pobudki nakazują mu podbijać oczekiwania w myśl zasady: płacę, więc wymagam. Bez refleksji, że wysoka jakość ma swoją wysoką cenę.

– W międzynarodowych serwisach podróżniczych, gdzie turyści wymieniają się opiniami o hotelach, najgorsze oceny wystawiają Polacy i Rosjanie. Generalnie najbardziej narzekają nacje wschodnie, którym wciąż brakuje obycia w społeczeństwie rynkowym. Leczą swoje kompleksy, krytykując obsługę np. w 2-gwiazdkowym podrzędnym hoteliku, jakby mieszkali w ekskluzywnym Ritzu. Tymczasem zachodni goście dostosowują swoją opinię do klasy hotelu, nie wymagając luksusu tam, gdzie cena tego nie przewiduje – wskazuje dr Alicja Grochowska.

Podobnie, dodaje psycholog z warszawskiej uczelni, wyglądają oceny dotyczące jedzenia. Potrawy, zwłaszcza oryginalne z kuchni lokalnych, nie smakują najczęściej ignorantom i mentalnym prowincjuszom. U części osób takie zderzenie wybujałych oczekiwań z rzeczywistością, która „nie tak miała wyglądać”, rodzi frustracje i złość.

– W latach 70. amerykańscy kardiolodzy Meyer Friedman i Ray Rosenman, odkryli, że zawał mają dwukrotnie częściej pacjenci, którzy charakteryzują się specyficznym syndromem zachowań – wygórowanymi ambicjami posiadania najlepszych rzeczy, z wysokimi aspiracjami zawodowymi, dążeniem do osiągnięcia sukcesu i awansu za wszelką cenę. Takim ludziom o osobowości typu A towarzyszą też ukryta agresja i niechęć wobec innych. A co najciekawsze, osobowość taka ma słabe udokumentowania genetyczne. To cecha nabyta, efekt wyścigu szczurów – wyjaśnia ekspert SWPS.

Kolekcjonerzy opakowań

Czy można uniknąć nabycia tak negatywnych dla zdrowia, wręcz chorobotwórczych cech? Powiedzieć: stop, wysiadam i zaczynam żyć minimalistycznie? Można, lecz niewielu się to udało.

– Wiele naszych działań, dotyczących zarówno życia zawodowego, jak i osobistego, determinuje to, do czego się porównujemy. Ludzka pamięć jest jednak selektywna, wybieramy z niej to, co nam w danej chwili pasuje. Dodając do tego tendencję do zauważania różnic in minus, widzimy najczęściej, że to my mamy gorzej, a inni lepiej. Szukamy motywów, które potwierdzają tę obserwację, i zaczynamy się domagać od otoczenia, by te rozbieżności się wyrównały – tłumaczy dr Jacek Buczny z SWPS w Sopocie.

Psycholog dodaje, że ważną rolę w tym nieustannym dążeniu do perfekcji, poprawiania swojego losu, odgrywa niepewna samoocena. Uznajemy się np. za dobrego rodzica, ale już nie tak doskonałego pracownika. Czujemy się więc moralnie zobowiązani do poprawienia wyników w pracy, jednocześnie zawyżając poprzeczkę przy wychowywaniu dziecka. Ta niestabilność jest tym groźniejsza, że w dzisiejszych czasach zwiększa się indywidualne poczucie sprawczości – skończyły się czasy komuny, gdy to władze ustalały, co możemy robić, a czego nam nie wolno. Dziś otoczenie, nawet najbliższa rodzina, codziennie nam powtarza: twój los jest w twoich rękach. Efektem tego może być nakładanie na siebie zbyt dużych oczekiwań i dążenie do perfekcji jako warunku pozytywnej samooceny.

– Ten los nieustannie poprawiamy, z tym że po upadku PRL nagle zobaczyliśmy, jak dużo mamy do nadrobienia i gwałtownie wzrosły nam apetyty. Dzisiejsze pokolenia nie chcą już czekać na sukces, na konsumpcję. Chcą mieć tu i teraz, tym bardziej że wzorce konsumpcyjne zawierają w sobie czynniki ułatwiające budowanie tożsamości, jak i składniki nasilające postawy hedonistyczne. Często można odnieść wrażenie, że kto zaczyna działalność gospodarczą, oczekuje błyskawicznych zysków. I to najlepiej takich, które dadzą mu dom i drogi samochód. Z takim samym celem inwestujemy, nie zwracając uwagi na ryzyko inwestycji – liczy się przede wszystkim szybki zarobek, mimo że usta mamy pełne frazesów o budowaniu potęgi kraju i pracy dla dobra przyszłych pokoleń – nie pozostawia złudzeń dr Jacek Buczny.

Naukowiec uważa, że ta chciwość promieniuje na inne sfery życia. Można zaryzykować hipotezę, że wielu ludzi przeprowadza się do miast nie dlatego, żeby być bliżej np. dóbr kultury, oper czy teatrów, choć w deklaracjach często padają takie motywy przenosin, lecz po to, by znaleźć się w – ich zdaniem – lepszym miejscu, które zaspokoi ich aspiracje posiadania wyższego statusu, powiązane z postawami hedonistycznymi.

– Fałszywie, choć nieświadomie, wielu z nas buduje w ten sposób poczucie własnej wartości. Mam najlepszej jakości ubranie, buty, auto, to jestem bardziej atrakcyjny. Amerykanie masowo kupują w outletach, bo po co kupować drożej, jak można taniej. W Polsce zakup w pełnej przepychu galerii handlowej dodaje produktowi wartości. To zrozumiałe, że kupujemy z opakowaniem, tak działa nasz umysł. Ale ważne, byśmy zachowali w tym krytycyzm – podkreśla dr Alicja Grochowska.

Jej zdaniem to dość symptomatyczne dla wschodnich nacji podejście do zakupów. Im mniej społeczeństwo jest obyte w realiach wolnego rynku, z tym większą wręcz nabożnością traktuje nabywanie towarów. Wykładowczyni przytacza rozmowę ze swoją studentką zza wschodniej granicy, która dziwiła się, dlaczego Polacy chodzą do hipermarketów tak pospolicie ubrani. U niej w kraju wyjście do prestiżowych centrów handlowych oznacza konieczność założenia eleganckiego ubrania i szpilek oraz pełnego makijażu. – Dość przypomnieć, że Amerykanie potrafią wpaść do sklepu w galerii niemal w piżamie – śmieje się Alicja Grochowska.

Ludzi o osobowości typu A przyciągają aglomeracje, które stają się dla nich miejscem lepszym, gdzie mogą się zrealizować, na każdym kroku wymagać najlepszych produktów i usług, bez obawy, że ktoś im zarzuci wydziwianie, bo wokół mają podobnych do siebie.

– Zwłaszcza Warszawa kusi osoby typu A. Można je spotkać i w koncernach, i na kasie w dyskoncie. Wszystkie poszukują najlepszego na wszystkich polach. Ulegają procesowi uczenia się takich zachowań – zapisują dzieci do prestiżowych przedszkoli, potem szkół, uczą dzieci rywalizacji za wszelką cenę. A gdy te podrosną, rozpoczynają pracę z zakodowanymi wybujałymi ambicjami i wygórowanymi oczekiwaniami. I kolejny szczur znów zaczyna biec w kołowrotku – podsumowuje psycholog biznesu z warszawskiej SWPS.

Ideologia oparta na złudnym poczuciu, że każdy ma prawo do szczęścia i powinien dostawać to, co najlepsze, powoduje, że jesteśmy doskonale przygotowani na wzloty, ale już nie na upadki