Rosjanie mogą dostać zlecenie na rozbudowę węgierskiej elektrowni jądrowej w Paks bez przetargu. Nieoficjalnie wiadomo, że formalności zostały uzgodnione podczas wczorajszej roboczej wizyty premiera Viktora Orbana w Moskwie. Powstała w czasach komunistycznych siłownia wytwarza 43 proc. potrzebnego Węgrom prądu.

Poza Rosjanami do budowy dwóch bloków energetycznych w siłowni pretendowały też francuska Areva i japońsko-amerykański Westinghouse. O tym, kto dostanie zlecenie warte nawet 10 mld dol., miały zadecydować wyniki przetargu. Jednak kwestia zostanie rozstrzygnięta poza konkursem na korzyść Rosatomu. – Wszystko wskazuje na to, że przetarg się nie odbędzie, teoretycznie wbrew zasadom UE. Jednak w tym przypadku mowa o rozbudowie działającej elektrowni, a nie o budowie nowej. Na tej podstawie można mieć nadzieję, że UE nie zgłosi zastrzeżeń – mówi portalowi Gazieta.ru rozmówca biorący udział w negocjacjach.

Informację o tym, że rozmowy z Węgrami znajdują się w decydującym stadium, potwierdził szef Rosatomu Siergiej Kirijenko w rozmowie z Intierfaksem. Rosjanie mają argumenty na rzecz przekazania projektu w ich ręce. – Działające tu reaktory są tego samego typu, co nowe proponowane przez Rosatom. Rozbudowa siłowni poprzez instalację innych typów reaktorów będzie bardzo droga – komentuje Siergiej Pikin, szef Funduszu Rozwoju Energetycznego.

Analitycy nie widzą przy tym sprzeczności, że lider prawicowego Fideszu znakomicie dogaduje się z Władimirem Putinem. – Orban ma wizerunek węgierskiego Putina. Obydwaj występują w obronie tradycyjnych wartości. Dlatego stosunkowo łatwo im jest dogadać się w gospodarce – mówił rosyjskim mediom politolog Jewgienij Minczenko. Niezłe relacje z Kremlem to cecha, która odróżnia węgierskiego premiera od większej części polskiej prawicy.

Jego rząd od dwóch lat aktywnie realizuje w polityce zagranicznej doktrynę wschodniego wiatru. Prócz Moskwy Orban przychylnym okiem patrzy również na Pekin. By nie psuć relacji z komunistycznymi Chinami, we wrześniu 2011 r. premier zrezygnował nawet ze spotkania z przebywającym w Budapeszcie emigracyjnym liderem Tybetańczyków Dalajlamą. Dziwi to tym bardziej, że w 1989 r. to Orban, jako młody i odważny opozycjonista, stał na czele węgierskich protestów przeciwko masakrze na pekińskim placu Tiananmen. A podczas poprzedniej kadencji na fotelu premiera (1998–2002) Orban z Dalajlamą jednak się spotkał.

Pragmatyczny zwrot Orbana w relacjach z krajami łamiącymi prawa człowieka nastąpił po powrocie do władzy w 2010 r. Zdaniem ekspertów taka zmiana dyktowana jest względami gospodarczymi. Orban zastał Węgry na skraju zapaści ekonomicznej. Mimo to dwa miesiące po przejęciu władzy zrezygnował ze współpracy z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, skarżąc się na niekorzystne warunki narzucane przez MFW. Ze względu na pomysły w rodzaju zwiększenia obciążeń podatkowych w bankowości naraził się na ostry konflikt z zachodnimi stolicami.

Poprzez zacieśnienie relacji z Rosją i Chinami Orban liczył na dywersyfikację inwestycji zagranicznych w sytuacji, w której spór z elitami unijnymi groził wycofaniem zachodnich inwestorów. Orban określił nawet stosunki z Chinami jako „nowy sojusz o pierwszorzędnym znaczeniu”. – Chiny i Węgry rozumieją świat, jego reguły i proste prawdy, które nim rządzą. Mamy takie samo przywiązanie do gospodarki opartej na pracy i kształtującej wartości – przekonywał o bliskości obu kultur w ramach forum ekonomicznego Chiny – Europa Środkowa i Wschodnia, które odbyło się w Budapeszcie w czerwcu 2011 r.

Starania na rzecz zbliżenia z Pekinem przynoszą jednak mniejsze korzyści, niż oczekiwałby tego rząd. Co prawda za rządów Orbana handel z Chinami osiągnął rekordowe wyniki. W 2012 r. wartość obrotów handlowych wyniosła 8 mld dol., o jedną czwartą więcej niż trzy lata wcześniej, w ostatnim pełnym roku rządów socjalistów. Z drugiej strony wbrew staraniom Budapesztu Chiny nie pomogły w ratowaniu węgierskich linii lotniczych Malev, które zbankrutowały w 2012 r. Chińczycy nie zaangażowali się też w realizację projektów infrastrukturalnych, na których zależało Węgrom – w tym w budowę szybkiej kolei ze stolicy do lotniska. Budapeszt wciąż też nie dostał obiecanego jeszcze trzy lata temu 1 mld euro kredytu na realizację podobnych inwestycji.