Z tym wszystkim, odchodząc z Rady Europejskiej, Donald Tusk wcale nie będzie musiał się żegnać. Polski polityk trafi za moment do grona zupełnie innej rangi – byłych eurokratów, którzy cieszą się przywilejami do końca życia.

Donald Tusk po zakończeniu urzędowania w Radzie z końcem listopada ma płynnie przejść do kierowania Europejską Partią Ludową (EPP). Chociaż decyzja jeszcze nie zapadła, polski polityk nie ma na razie konkurenta i wszystko wskazuje na to, że w tym wyścigu jest już raczej pewnym zwycięzcą. Wbrew temu, co się mówi, kierowanie EPP to zajęcie z dużym potencjałem. I wielkie wyzwanie. Ta największa w UE rodzina polityczna od kilku lat jest na równi pochyłej – traci wyborców oraz pozycję w krajach członkowskich i europarlamencie.

Przez prawie pół wieku chadecy wraz z socjalistami niepodzielnie rządzili w Brukseli. Kres tej wszechwładzy przyniosły majowe wybory europejskie, z których EPP wyszła mocno poobijana. To pokłosie głębokich zmian w europejskiej polityce. Wyborcy w wielu krajach są zmęczeni wielkimi, tradycyjnymi partiami, jak niemiecka Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna (CDU) czy hiszpańska Partia Ludowa, i szukają alternatyw. Ale problemy EPP mają też bardziej przyziemne powody, bo ugrupowaniu brakuje sprawnego sternika.

Jest to jedna z przyczyn, dla której EPP była o włos od utraty najważniejszej posady w Brukseli – przewodniczącego Komisji Europejskiej. Chociaż wybory do europarlamentu mocno osłabiły pozycję chadeków, to oni jako zwycięzcy powinni wskazać szefa KE. Ich kandydat Manfred Weber, przewodniczący frakcji w europarlamencie, okazał się jednak mało charyzmatyczny i niepopularny. Dopiero bunt w samych szeregach partyjnych sprawił, że pomysł, by szefem KE został socjalista Frans Timmermans, upadł i stanowisko otrzymała Ursula von der Leyen z CDU.

Sterowności EPP nie poprawia spór pomiędzy Manfredem Weberem, który pozostaje szefem frakcji, a obecnym szefem EPP Josephem Daulem. Ten ostatni jest zresztą uważany za bardzo wpływowego polityka z łatwym dostępem do ucha niemieckiej kanclerz Angeli Merkel, ale zarzuca mu się też, że pozostaje postacią mało rozpoznawalną poza Brukselą. Tusk w odróżnieniu od Daula lubi grzać się w świetle reflektorów, co może wyjść na dobre także EPP. Polak co prawda nie będzie już w Brukseli gospodarzem szczytów, na których spotykają się przywódcy wszystkich krajów członkowskich, ale jako przewodniczący EPP będzie przewodził spotkaniom liderów ugrupowań chadeckich. Te odbywają się przed szczytami unijnymi i służą wypracowaniu wspólnego stanowiska przez chadeckich przywódców.

Wyzwaniem wręcz osobistym dla Tuska może być sprawa węgierskiego premiera Viktora Orbána i jego Fideszu, którego członkostwo w EPP zostało zawieszone tuż przed wyborami europejskimi. Poszło o kampanię propagandową na Węgrzech, w której ustępujący szef KE Jean-Claude Juncker został oskarżony o rozdawanie kart kredytowych migrantom. To kropla, która przelała czarę. Opór wobec Orbána, zwłaszcza w bardziej liberalnym skrzydle ugrupowania, rósł z roku na rok z powodu jego kłopotów z praworządnością. Tusk jako szef EPP będzie musiał się prędzej czy później z nim zmierzyć, co może być dla niego trudne z uwagi na osobistą zażyłość z węgierskim przywódcą. Orbán w EPP to od dawna gorący kartofel. Nieudolna próba rozwiązania tej sprawy podminowała pozycję Webera i jego szanse na stanowisko szefa KE.

Tusk w Brukseli nie będzie też mógł narzekać na pieniądze. Jak informuje nas biuro prasowe Rady Europejskiej, przewodniczący po odejściu ze stanowiska kwalifikuje się do otrzymywania dodatku przejściowego. To oznacza, że przez dwa lata od dnia odejścia z posady Tusk będzie dostawał co miesiąc połowę swojego dotychczasowego uposażenia, które wynosi prawie 28 tys. euro. To daje łącznie ponad 1,5 mln zł. Jeśli znajdzie sobie inne źródło dochodu, wysokość dodatku zostanie pomniejszona. Za cztery lata Donald Tusk wejdzie też w europejski wiek emerytalny, co oznacza, że będzie otrzymywać emeryturę z Brukseli. Jej wysokość po pięciu latach na stanowisku szefa RE będzie wynosić prawie 5 tys. euro brutto. Jako emerytowany eurokrata Tusk będzie dostawać więcej, niż gdyby był głową państwa, bo polski prezydent zarabia miesięcznie niewiele ponad 20 tys. zł brutto.

Posada szefa EPP oznacza, że Tusk nie zrezygnuje z polityki. To szansa również na to, by trzymać rękę na pulsie w polityce krajowej, bo jako lider europejskiego ugrupowania będzie mógł się czynnie angażować w życie polityczne w Polsce. Gdyby jednak zdecydował się przejść na polityczną emeryturę, z pewnością mógłby liczyć na intratne posady w dużym biznesie. Byli eurokraci z brukselskim know-how to łakomy kąsek dla międzynarodowych korporacji. Decyzja kierującego przez dwie kadencje Komisją José Barroso o podjęciu pracy dla Goldman Sachs była głośna i bardzo kontrowersyjna. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej, bo przechodzenie do biznesu to zjawisko nierzadkie wśród byłych eurokratów.

Chociaż KE Junckera jeszcze urzęduje, to jeden z jej komisarzy już od dawna pracuje dla międzynarodowych firm. Chodzi o Brytyjczyka Jonathana Hilla, który opuścił stanowisko po brytyjskim referendum w 2016 r. i od tego czasu przyjął już sześć posad, w tym dla szwajcarskiego banku UBS, giganta ubezpieczeniowego Aviva, naftowego przedsiębiorstwa Iberdrola i firmy konsultingowej Deloitte.

Neelie Kroes, Holenderka odpowiedzialna w KE Barroso za konkurencyjność, przeszła do Bank of America Merrill Lynch, a Karel De Gucht, belgijski komisarz od handlu, został zatrudniony przez dwa fundusze inwestycyjne. Na karierę w biznesie nie zdecydował się natomiast poprzednik Tuska w Radzie Europejskiej. Belg Herman Van Rompuy jest prezydentem wpływowego brukselskiego think-tanku European Centre Policy i czynnym politykiem EPP. Najprawdopodobniej tą drogą pójdzie teraz Tusk, dla którego bilans zysków i strat z pozostania w Brukseli jest oczywisty. To tam, a nie w Warszawie, utrzymanie się na politycznej fali będzie o wiele łatwiejsze.