Ów splot okoliczności polega na tym, że po 1989 r. wielu nowych graczy na scenie politycznej przyjęło tezę o upadku polskiej gospodarki jako swój mit założycielski. Zdanie to najdobitniej wyraził kiedyś prezydent Bronisław Komorowski, mówiąc, że „Polska leżała wtedy w gruzach, a my (w domyśle: politycy Solidarności) musieliśmy ją odbudować”. Odbudowa z gruzów jest – jak wiadomo – trudna i trudno oczekiwać, by ci, którym przypadło w udziale to zadanie, mogli być zbyt surowo rozliczani za efekty tej odbudowy. Problem polegał jednak na tym, że o ile gospodarka PRL faktycznie znalazła się w późnych latach 80. w stanie głębokiej zapaści, to jednak nigdy nie były to gruzy. W 1988 r. istniało w Polsce 6549 zakładów przemysłowych o sporej wartości majątku i jeszcze większych mocach produkcyjnych. Zatrudnienie znajdowało w nich wówczas prawie 5 mln osób.

Ten przemysł był realnym kapitałem, który po 1989 r. został w sporej części sprywatyzowany. Częściowo drogą procesów uwłaszczeniowych, częściowo poprzez sprzedaż inwestorom zagranicznym oraz krajowym. Dalsze losy zakładów były różne. Niektóre działają do dziś, inne zamknięto, by pozbyć się konkurencji. Jeszcze inne wygaszono, bo uznano, że trzeba jak najszybciej spieniężyć jakąś część majątku fabryk, np. nieruchomości czy korzystnie ulokowaną ziemię. W większości przypadków opowieść o bezwartościowym polskim przemyśle była w interesie kupujących, bo ułatwiała im negocjacje cenowe. Prowadzone zazwyczaj z politykami przekonanymi – podobnie jak Komorowski – że ten cały przemysł to gruzy, a nie żadna ekonomiczna wartość.

Towarzyszyła temu doskonale znana ideologiczna opowieść o tym, że prywatne zawsze lepsze od państwowego. A kraje takie jak Polska już niebawem dołączą do nowego, wspaniałego, postprzemysłowego świata. Trzeba było czekać wiele lat, nim znani zachodni ekonomiści w rodzaju Daniego Rodrika zaczną dowodzić, że w wielu krajach nawracających się na neoliberalizm deindustrializacja była procesem przedwczesnym.

Wszystkie te czynniki sprawiły, że o polskim przemyśle z czasów PRL mówi się niechętnie. Przez lata brakowało nawet podstawowych danych statystycznych dotyczących samej deindustrializacji. Nikt nie był takim rachunkiem szczególnie zainteresowany. Tym większy szacunek należy się grupie ekonomistów i publicystów działających pod kierunkiem Andrzeja Karpińskiego, którzy od dobrych paru lat takie informacje zbierają. Wspólnie napisali nawet dwie książki. Obie z nich omawialiśmy na łamach DGP.

„Zbiór danych o zakładach przemysłowych istniejących w Polsce Ludowej” jest zwieńczeniem tego procesu. Dostajemy najpełniejszy wykaz prawdziwego potencjału gospodarczego PRL tuż przed rozpoczęciem procesu deindustrializacji. Na ponad stu stronach możemy się zapoznać z charakterystyką tego potencjału. Branża po branży: kopalnie, huty, przemysł spożywczy (80 zakładów mięsnych, 30 drobiarskich, 12 rybnych, 300 mleczarni etc.), lecz także przemysł papierniczy, elektrotechnika, budowa maszyn czy produkcja precyzyjna.

Podejrzliwych rozczaruję. Nie ma tu żadnej ideologii. Tylko suche fakty. Nazwa zakładu, jego potencjał i zatrudnienie w 1988 r. i los po przemianie ustrojowej (stan na 2015 r.). To często wystarczy za całą opowieść – bez zbędnego komentarza.