W zależności od układu sił, a także od zdolności prezydenta do współpracy z nowym Kongresem, Biały Dom może mieć spore trudności z forsowaniem własnych pomysłów w polityce wewnętrznej. Pewne jest, że upadną takie pomysły jak chociażby zniesienie Obamacare, czyli reformy systemu ubezpieczeń zdrowotnych przyjętej podczas pierwszej kadencji Baracka Obamy. Trudno sobie także wyobrazić, żeby demokraci – programowo bardziej przychylni imigrantom niż republikanie – zgodzili się wpisać do budżetu takie pomysły jak budowa muru na granicy z Meksykiem.

Jeśli faktycznie agenda krajowa zostanie mocno ograniczona (co wcale nie jest takie oczywiste; demokraci są na przykład wielkimi orędownikami wzrostu nakładów na utrzymanie infrastruktury – coś, co prezydent obiecał jeszcze w kampanii, ale z czego nic nie wyszło), co może wobec tego zrobić Trump? Zwrócić się ku polityce zagranicznej. Tradycyjnie prezydenci, którzy mieli problemy z realizacją własnych pomysłów na arenie krajowej, zwiększali aktywność na forum międzynarodowym.

Przykładem chociażby poprzednik Trumpa Barack Obama, który skupił się podczas drugiej kadencji na normalizacji stosunków z Kubą i Iranem. Podobnie ku zagranicy zwrócił się Bill Clinton, próbując w Camp David doprowadzić do porozumienia między Izraelem a Palestyńczykami. W tym samym miejscu dwie dekady wcześniej podobny zwrot wykonał Jimmy Carter, mediując traktat pokojowy między Jerozolimą a Kairem (z sukcesem). W politykę zagraniczną uciekł także Richard Nixon. Kiedy kongresmeni szykowali jego impeachment, prezydent udał się w podróż do Chin, która zaowocowała normalizacją stosunków między dwoma krajami.

Amerykański parlament, chociaż często ma odmienne zdanie w kwestiach zagranicznych niż Biały Dom, generalnie stara się nie mieszać do polityki prowadzonej przez prezydenta. Nie znaczy to jednak, że od tej zasady nie ma wyjątków, o czym przekonał się zresztą także Trump. W 2017 r. Kongres za zgodą obu partii nie tylko nałożył nowe sankcje na Rosję, ale też odebrał prezydentowi bez zgody władzy ustawodawczej prawo do zdjęcia z Moskwy wcześniejszych obostrzeń, ustanowionych przez Baracka Obamę po aneksji Krymu w 2014 r.

Biały Dom może być za to spokojny, jeśli idzie o politykę względem Korei Północnej. Demokraci od zawsze popierali rozmowy z Pustelniczym Królestwem, więc nawet jeśli nie podoba im się sposób, w jaki robi to Trump, trudno będzie im zaprzeczyć, że prezydent podtrzymuje dialog z Kim Dzong Unem. Kongresmeni zapewne w spokoju zostawią też wojnę handlową, jaką prezydent toczy z Chinami (i resztą świata). Powody są dwa. Po pierwsze, demokraci są tak samo podzieleni jak republikanie, jeśli idzie o cła i ich wpływ na kondycję gospodarczą. Po drugie, dobre dane gospodarcze na razie ukrywają wszelkie negatywne efekty, jakie mogła wywołać protekcjonistyczna polityka Trumpa.

Nie należy też spodziewać się zmian w prowadzonej przez Trumpa polityce względem Chin, bo te zostały uznane za głównego konkurenta USA na globalnej scenie jeszcze przez poprzednika obecnego prezydenta, czyli Baracka Obamę. Demokraci nie zapomną za to o starych adwersarzach; jest prawdopodobne, że zmuszą prezydenta do bardziej konfrontacyjnej postawy względem Rosji – z nałożeniem nowych sankcji włącznie. To dobra wiadomość dla Polski, chociaż nieco równoważy ją to, że demokraci nie powstrzymają ataków Donalda Trumpa na NATO. Zarzut z Waszyngtonu, że Europa musi wziąć więcej odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo, był bowiem na przestrzeni lat formułowany bez względu na opcję, jaką reprezentował lokator Białego Domu.

Jeszcze przed wyborami niektórzy demokraci, w tym postrzegany jako następny przewodniczący komisji ds. wojskowych w Izbie Reprezentantów Adam Smith – uważali, że USA przeznaczają zbyt dużo środków na wojsko kosztem programów społecznych. Przy czym Smith nie chce ciąć wydatków na wojsko; jest jednak zdania, że w budżecie Pentagonu mnóstwo pieniędzy jest po prostu wyrzucanych w błoto. Za zbędny wydatek niektórzy demokraci uznają na przykład renowację arsenału nuklearnego, chociaż postawa ta może ulec zmiękczeniu pod wpływem narastającego wyścigu zbrojeń między mocarstwami.

Demokraci na pewno są wściekli z tego powodu, że Trump wyrzucił do kosza porozumienie atomowe z Iranem, czyli jedno z największych osiągnięć dyplomatycznych Baracka Obamy. Dopóki jednak ich kandydat nie zasiądzie w Białym Domu, nie mają wielkiego wpływu na kierunek działań administracji w tym względzie. Wczoraj zresztą weszła w życie kolejna transza sankcji przywróconych przez obecnego prezydenta.