statystyki

Porażka z wyboru: Głos polskiego rządu jest mało słuchany w Unii

autor: Andrzej Godlewski10.03.2017, 07:20; Aktualizacja: 10.03.2017, 09:48
Od kilku miesięcy polskie władze zapowiadają, że będą domagać się reformy UE, w tym renegocjacji traktatu lizbońskiego.

Od kilku miesięcy polskie władze zapowiadają, że będą domagać się reformy UE, w tym renegocjacji traktatu lizbońskiego.źródło: Agencja Gazeta
autor zdjęcia: Fot. Marcin Wojciechowski Agencja Gazeta

Ponowny wybór Donalda Tuska na prezydenta Rady Europejskiej pokazuje, że głos polskiego rządu jest mało słuchany w Unii. Do tej pory naszym największym sukcesem przy negocjacjach nad przyszłością UE był traktat z Nicei z 2001 r., kiedy Polska jeszcze nie była członkiem Wspólnoty.

Jak jest po niemiecku pierwiastek? – rozpytywał przed konferencją w Brukseli Jacek Saryusz-Wolski. Było to 10 lat temu, kiedy zaprosił do Parlamentu Europejskiego polskich matematyków. Mieli oni przedstawiać europosłom zalety stosowania pierwiastka kwadratowego w polityce. Saryusz-Wolski wiedział, że do takiego rozwiązania trzeba przede wszystkim przekonać niemieckich posłów, którzy są najliczniejszą grupą w PE. Niemcom nie podobał się pierwiastek, bo ograniczał ich znaczenie we Wspólnocie. Nowe propozycje zakładały, że w razie głosowań szefów rządów oraz ministrów Unii, podczas których podejmowano by decyzje nie jednogłośnie, lecz kwalifikowaną większością, rozstrzygałyby dwa kryteria: liczba państw oraz liczba obywateli danego kraju.

Wprowadzenie do tego modelu pierwiastka kwadratowego z liczby obywateli oznaczałoby, że zyskiwałyby na tym głównie kraje małe, a traciły – duże. „To zbyt skomplikowane, a obywatele i tak już nie rozumieją Europy” – mówili niemieccy politycy. Ze strony polskiej był to i tak kompromis, bo traciliśmy bardzo silną pozycję, jaką uzyskaliśmy przed przystąpieniem do Unii. Zapisano ją w traktacie nicejskim, co było m.in. zasługą Saryusz-Wolskiego. Europoseł wiedział, że nie da się utrzymać dawnego sposobu głosowania, ale domagał się pierwiastka, bo dzięki niemu siła polskiego głosu nie topniała tak drastycznie. W tej sprawie musiał stoczyć batalie nie tylko z Niemcami, ale i z rządem PiS. Obydwie przegrał.

****

Jesienią 2000 r. wydawało się, że jesteśmy na prostej drodze do UE. Negocjacje toczyły się od prawie trzech lat i nabrały dynamiki, kiedy premier Jerzy Buzek mianował Saryusz-Wolskiego sekretarzem Komitetu Integracji Europejskiej. Ten znacząco zmienił optykę rządu w Warszawie i starał się o to także u partnerów zagranicznych: nie tylko Polska miała się dostosowywać do Unii, ale również stare kraje członkowskie miały bardziej się wytężyć i skuteczniej wesprzeć Warszawę w jej staraniach o członkostwo. „Potrzebujemy miłego traktatu, czyli nice treaty” – żartował wówczas Saryusz-Wolski, nawiązując do traktatu z Nicei (Treaty of Nice).

Dokument miał przygotować Wspólnotę na powiększenie z 15 do 27 państw – a chodziło o to, by zapobiec paraliżowi decyzyjnemu Unii. Pierwszego dnia szczytu w Nicei w grudniu 2000 r. starzy członkowie UE zaprosili kandydatów i obiecali im przyspieszenie rozmów. Kiedy piętnastka została już w swoim gronie i zaczęła ustalać szczegółowy układ sił w powiększonej Wspólnocie, okazało się, że przyszli członkowie mają mieć nieco mniejsze prawa niż tzw. stare kraje. Przy podobnej liczbie mieszkańców Litwa miała otrzymać mniej głosów w radzie UE niż Irlandia, a Polska mniej od Hiszpanii. Taki podział ma istotne znaczenie przy podejmowaniu decyzji kwalifikowaną większością głosów, których w Unii od dawna przybywa.


Pozostało jeszcze 73% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie