statystyki

Cichociemni - bohaterskość to za mało, by wygrać wojnę

autor: Andrzej Krajewski27.02.2016, 10:30
spadochron

Używane podczas kursu maszyny szkoleniowe posiadały specjalne dziury dla spadochroniarzy. Tymczasem samolot transportowy Armstrong Whitworth Whitley, lecący z Zabielskim oraz Stanisławem Krzymowskim „Kostką” i Czesławem Raczkowskim „Orkanem” w stronę okupowanej Polski miał jedynie boczne drzwi.źródło: ShutterStock

Trzystu może walczyć tak dzielnie, że wydają się całą armią, ale trudno liczyć, by w pojedynkę wygrali wojnę. Uczono nas na wszystkich kursach skakać przez dziurę w dnie samolotu. A tu raptem, kiedy mamy za kilka godzin odbyć nasz właściwy bojowy skok, okazuje się, że ten samolot nie ma dziury w podłodze” – głowił się nocą 16 lutego 1941 r. rotmistrz Józef Zabielski „Żbik”.

Reklama


Reklama


Używane podczas kursu maszyny szkoleniowe posiadały specjalne dziury dla spadochroniarzy. Tymczasem samolot transportowy Armstrong Whitworth Whitley, lecący z Zabielskim oraz Stanisławem Krzymowskim „Kostką” i Czesławem Raczkowskim „Orkanem” w stronę okupowanej Polski miał jedynie boczne drzwi. Mimo to trójce pasażerów nie wypadało stchórzyć. W końcu wszyscy byli ochotnikami i wybrano ich spośród najlepszych. Wracali do ojczyzny, żeby pomóc rodakom w walce z okupantem. Rozpoczynając 75 lat temu pisanie historii trzystu cichociemnych.

Pomysł na miarę wojny

Kapitanowie Maciej Kalenkiewicz i Jan Górski długo i bezskutecznie usiłowali przekonać zwierzchników, że rozpoczęta pół roku wcześnie wojna światowa wymaga niestandardowych działań. Postulat, aby stworzyć na Zachodzie elitarną jednostkę, która szkoliłaby specjalistów od walki partyzanckiej i sabotażu, długo pozostawały bez echa. Dopiero, gdy skapitulowała Francja i polski rząd, wraz z resztkami armii ewakuował się do Wielkiej Brytanii, pomysły dwóch młodych oficerów zainteresowały gen. Władysława Sikorskiego.

Premier rządu na uchodźstwie i zarazem Wódz Naczelny wiedział, że Winston Churchill 16 lipca 1940 r. zlecił ministrowi wojny ekonomicznej Hugh Daltonowi utworzenie instytucji o nazwie Special Operation Executive (Kierownictwo Operacji Specjalnych). Nakazując, by SOE „podpaliło Europę” za pomocą akcji sabotażowych przeciw Niemcom na całym kontynencie. Co znakomicie współgrało z pomysłami Kalenkiewicza i Górskiego.

Generał Sikorski zdecydował się odbyć z nimi rozmowę. „Dziś fantastyczny dzień. Wczoraj skończyłem referat o desantach. Rano niespodziewany telefon. P. Leśniowska prosi na śniadanie” – zapisał w pamiętniku Kalenkiewicz. Zofia Leśniowska, córka, a zarazem sekretarka Sikorskiego, zorganizowała dla ojca mały wykład. „Po kawie kobiety dyskretnie znikają. Zwyciężam na całego. Po południu robota odchodzi też już na całego” – notował kapitan. Przekonany do nowatorskich pomysłów Wódz Naczelny wydał decyzję o sformowaniu złożonej z polskich żołnierzy jednostki desantowej oraz utworzeniu w sztabie wydziału studiów i szkolenia wojsk specjalnych, nazywanych wówczas spadochronowymi.

Jego szefem został ppłk Wilhelm Heinrich, wspierali go Kalenkiewicz i Górski. Wkrótce opracowali plany kształcenia dywersantów oraz przerzucania ich do kraju. Pierwszych zaczęto przygotowywać do akcji już w październiku 1940 r. Jednak pełna niezależność od Anglików okazała się niemożliwa. Polskie siły specjalne zostały włączone do SOE, co okazywało się początkowo bardzo korzystnym rozwiązaniem. Brytyjczycy dysponowali sprzętem, świetnie wyposażonymi ośrodkami szkoleniowymi, a przede wszystkim zapewniali transport lotniczy. Rządowi na uchodźstwie udało się wywalczyć dla polskiej sekcji SOE (odwrotnie niż przedstawicielom innych podbitych państw) szeroką autonomię. Doboru ochotników dokonywali wydelegowani przez polski sztab dowódcy, podobnie rzecz się miała z decyzjami o tym, w jakich operacjach komandosi wezmą udział. Natomiast większość instruktorów, prowadzanych szkolenie, zapewniały angielskie siły zbrojne. Miało to wiele zalet. Anglicy dbali o serwowanie żołnierzom wyczerpującej zaprawy fizycznej i naukę różnych technik walki wręcz, z postawieniem największego nacisku na dżiu-dżitsu. Kursanci doskonalili się też w używaniu każdego rodzaju broni oraz szybkim strzelaniu z biodra rewolwerem marki Colt. Tak jak to robili rewolwerowcy na Dzikim Zachodzie. A na koniec musieli zaliczyć kurs skoków spadochronowych. Oprócz sprawności fizycznej dbano, by nabyli umiejętności powalające przetrwać w trudnym terenie, zachować zimną krew niezalenie od sytuacji, umieć błyskawicznie podejmować decyzje. Tak kształtowano nowoczesnego komandosa.

W tym procesie pomagać miała surowa selekcja. Podczas werbunku zgłosiło się 2413 ochotników, na szkolenie zakwalifikowało się tylko 579 osób. Do Polski przerzucono 316 żołnierzy. Od początku działali tak głęboko zakonspirowani, że do dziś nie ma pewności, kto wymyślił nazwę „cichociemni”. Jeden z instruktorów prowadzących kursy skoczków spadochronowych por. Władysław Stasiak w książce „W locie szumią spadochrony” wspominał, że koledzy z polskiej armii wielokrotnie zamęczali go pytaniami, co robi. Wtedy zawsze zasłaniał się tajemnicą wojskową. Ale pewnego razu publicznie zaczął wypytywać o dzień zajęć instruktor por. Józef Wijas. „Odpowiedziałem mu, że przecież dobrze wie, że mamy siedzieć cicho” – wspominał Stasiak. Porucznik Wijas odparł: „Ty ciemniaku nawet mnie nie ufasz? Taki jesteś cicho-ciemniak!” – rzucił, ostentacyjnie kreśląc palcem kółko na czole. „Z biegiem czasu wszystkich uczestników szkolenia zaczęto nazywać cicho-ciemnymi” – twierdził Klemens Stasiak.

Wpuszczeni w kanał

W ekspresowo krótkim czasie udało się wyszkolić grupę komandosów rwących się do walki. Lecz problemem nie byli żołnierze, tylko światowi przywódcy oraz sytuacja polityczna. Kiedy w połowie lutego 1941 r. kurier rządu na uchodźstwie Czesław Raczkowski leciał do kraju w obstawie dwóch cichociemnych Stanisława Krzymowskiego i Józefa Zabielskiego, wydawało się, że wkrótce oddziały specjalne staną się trzonem przyszłej powstańczej armii. Notabene pierwszy zrzut poszedł fatalnie, bo pilot zboczył z kursu i spadochroniarze wylądowali pod Cieszynem, za granicą Generalnej Guberni. Zamiast zostać przejęci przez partyzantów, sami musieli przedzierać się do Warszawy. Cichociemnym się udało, lecz Raczkowski wpadł w ręce straży granicznej. Na szczęście tak przekonująco udawał przemytnika, że wlepiono mu jedynie trzy miesiące aresztu.

Tymczasem radykalnie zmieniła się sytuacja polityczna, ponieważ 22 czerwca 1941 r. III Rzesza i jej sojusznicy uderzyli na Związek Radziecki. Dotychczasowy przyjaciel Hitlera z dnia na dzień stał się najcenniejszym sojusznikiem Wielkiej Brytanii. Wówczas Churchill zażądał, aby SOE na wszelkie sposoby wspierało przegrywających wojnę Sowietów. Generał Sikorski zgodził się rzucić cichociemnych do akcji dywersyjnych na zapleczu frontu wschodniego. Tak zaczęła się operacja „Wachlarz”. Na terenach Polesia, Białorusi i Ukrainy małe oddziały dywersyjne, które organizowali na miejscu cichociemni, starały się uderzać w czułe punkty wroga. Wykazując się przy tym brawurową odwagą i wielką chęcią do działania. Tak jak choćby w przypadku zablokowania Kanału Królewskiego.

W niedzielę wielkanocną 5 kwietnia 1942 r. do komendanta III Odcinka „Wachlarza” Alfreda Paczkowskiego, ps. „Wania”, dotarł krótki meldunek. „Na Kanale Królewskim między Antopolem a Horodcem utknął na mieliźnie monitor i załoga hitlerowska czeka na holownik, który by go ściągnął” – meldował dowódca bazy nr 1 w Brześciu por. Zbigniew Piasecki, ps. Topór. Paczkowski dostrzegł okazję, którą grzechem byłoby nie wykorzystać. Kanał stanowił bowiem główny szlak komunikacyjny przez Polesie, łączący Bug z Dnieprem. „Wania” rozkazał więc „Toporowi”, by przygotował plan zniszczenia rzecznego okrętu. Pod Antopol wyprawiała się grupa dywersantów, żeby zrobić rozpoznanie terenu. Statek stał przy południowym brzegu kanału, na jego pokładzie wartę pełniło dziewięciu Niemców. „Topór” odnotował, że jednostka była uzbrojona w dzieło i dwa karabiny maszynowe. Taka siła ognia wykluczała bezpośredni atak. Postanowiono zatem skrycie podłożyć ładunek wybuchowy przy burcie jednostki i dopiero po wybuchu uderzyć. Przygotowanie miny magnetycznej zajęło cichociemnym cztery dni. Tymczasem od obserwatora napłynął kolejny meldunek. „Widać kręcących się marynarzy, liczby nie można ustalić, strzelają do każdego bez uprzedzenia” – pisał. Pozostawanie tak długo na wrogim terenie najwyraźniej wzbudzało coraz większe obawy wśród niemieckiej załogi. I były one jak najzupełniej słuszne.


Pozostało jeszcze 60% treści

PROMOCJA
Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc już od 33,00 złZamów abonament

Przeczytaj artykuł
Koszt SMS-a 2,46 złZapłać sms-emMasz już kod?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Prawo na co dzień

Galerie

Reklama