Zwolennik Ubera i podobnych wynalazków powie, że tak dokonuje się postęp. Były sobie kiedyś korporacje taksówkowe, ale na dłuższą metę nie mają szans w starciu z serwisem internetowym, który łączy klienta i kierowcę dysponującym akurat wolnym czasem i ochotą, by przewieźć nas z punktu A do B. Oczywiście taniej, bo bez potrzeby dzielenia się zyskiem z korporacją. I z dala od takich instytucji jak związki zawodowe czy wszelkiej maści regulacje zakłócające „zdrowy” stan rynkowej równowagi. A jeśli komuś mało, to zawsze może jeszcze usłyszeć o pułapce myślowej zwanej lump of labour. Która polega na tym, że wydaje nam się, jakoby obecne zapotrzebowanie na pracę miało trwać w niezmienionym kształcie po wieki wieków. Co jest bzdurą. Bo cały czas powstają nowe profesje i nowe potrzeby. Wynalezienie i upowszechnienie komputera zabiło wiele prac księgowych polegających na prostym liczeniu, ale stworzyło miejsca pracy dla informatyków oraz specjalistów od zarządzania i porządkowania danych, które te komputery produkują. I tak dalej.

Wszystko to niby racja. Ale nie do końca. I właśnie o tym jest nowa książka amerykańskiego dziennikarza Stevena Hilla „Raw Deal. How the Uber Economy and Runaway Capitalism Are Screwing American Workers”. Co pewnie najłatwiej przełożyć na polski jako „Jak gospodarka Ubera robi amerykańskich pracowników w konia”. Hill podnosi tu zestaw znanych argumentów pokazujących drugą stronę całej tej uberopodobnej „ekonomii dzielenia”. Którą będzie (lub już jest) – niestety, niestety – postępująca prekaryzacja zachodniego rynku pracy i dalsze słabnięcie pozycji pracownika. Ale najciekawsze w jego pracy są dopiero długofalowe konsekwencje tego stanu rzeczy. Postępująca robotyzacja będzie prowadziła do rozbijania produkcji na coraz mniejsze kawałki. Dlaczego? Bo jest to bardziej opłacalne. Im mniej skomplikowany kawałek, tym taniej można go nabyć na rynku pracy. A na dodatek nie trzeba zatrudniać nikogo na stałe, tylko do wykonania konkretnego „dzieła”. Takie „dzieło” przestanie być wręcz traktowane jako praca.

Przeciwnie. Najlepiej – tak jak w przypadku Ubera lub Airbnb – gdyby wykonawca dostarczał ją w czasie wolnym. Dobra wiadomość jest taka, że w tym postuberowym świecie właściwie nie ma bezrobocia. Każdy przecież może kogoś przewieźć, wyprowadzić psa na spacer albo zrobić striptiz przez internet. Ale jest i zła wiadomość. Stąd już tylko krok do świata, w którym każdy z nas pracuje przez cały czas. A granica pomiędzy „pracą” i „po pracy” po prostu się zaciera. Na bycie poza pracą mogą sobie pozwolić tylko najlepiej sytuowani. Reszty – z powodu braku stałego zatrudnienia – właściwie nie stać na luksus odrzucania ofert. Nagle lądujemy w świecie, w którym każdą minutę naszego życia traktujemy jako towar, który przecież mogliśmy sprzedać, zamiast siedzieć tutaj i gapić się bezsensownie przez okno. Dacie radę tak żyć? Bo ja nie jestem pewien.