Od 1 października tzw. ustawa dezubekizacyjna obniża emerytury i renty za okres "służby na rzecz totalitarnego państwa" od 22 lipca 1944 r. do 31 lipca 1990 r. (w połowie 1990 r. zlikwidowano Służbę Bezpieczeństwa, a utworzono Urząd Ochrony Państwa). Na jej mocy emerytury i renty byłych funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa PRL nie mogą być wyższe od średniego świadczenia wypłacanego przez ZUS (w 2015 r. emerytura wynosiła ok. 2 tys. zł brutto, renta - ok. 1,5 tys. zł, renta rodzinna - ok. 1,7 tys. zł). Informacje o przebiegu służby funkcjonariuszy sprawdza IPN. Od decyzji obniżającej świadczenia przysługuje odwołanie do sądu.

więcej
Wideo

Mańka o ustawie dezubekizacyjnej: przywraca elementarne zasady sprawiedliwości

"Osoby, które w okresie PRL-u działały na niekorzyść państwa polskiego, na niekorzyść obywateli, które często ich prześladowały albo inwigilowały, albo w różny inny sposób działały na niekorzyść służb specjalnych, milicji itd. otrzymywały bardzo wysokie emerytury sięgające kilku czy kilkunastu tysięcy złotych, podczas gdy normalni obywatele otrzymywali tysiąc złotych, tysiąc dwieście, tysiąc pięćset złotych" - mówił Mańka.

Jego zdaniem, "to budziło elementarne poczucie niesprawiedliwości i tworzyło taki zły porządek, że ci, którzy byli agresorami, ci, którzy prześladowali, ci, którzy zbierali informacje, byli nagradzani".

Publicysta podkreślał, że mimo, iż skończył się PRL, to byli funkcjonariusze "byli nadal nagradzani przez III Rzeczpospolitą, przez nowe państwo, a ci, którzy byli ofiarami byli karani, bo otrzymywali bardzo niskie świadczenia".

Zdaniem Mańki to jest głębszy problem, którym należało się zająć już na początku lat 90. "Należało przeprowadzić restytucję niepodległości - takie ustawy były zgłaszane, ale one zostały niestety odrzucone. Należało przeprowadzić lustrację - tutaj też były próby, ale również one spełzły na niczym, lustracja musiała czekać bardzo długo na zrealizowanie" - wyjaśniał.

Według publicysty należało przeprowadzić przede wszystkim dekomunizację, dezubekizację. A ponieważ tego nie zrobiono, te problemy się nawarstwiły i strukturalnie były utrzymywane.

"Nikt tego nie chciał dotknąć, m.in. dlatego, że ta sfera agentów służb specjalnych to jest bardzo silne środowisko, to jest potężna grupa wpływów, potężna grupa interesów, mająca umiejętność wytwarzania narracji opiniotwórczych, a także mobilizowania grup społecznych, aranżowania rozmaitych prowokacji" - powiedział Mańka.

Jego zdaniem, władza polityczna często się tych środowisk bała. "Nawet władza postsolidarnościowa, która miała moralny mandat i interes w tym, żeby te świadczenia, te przywileje odebrać" - mówił publicysta.

"Trzeba też pamiętać, że przez długi okres transformacji, w Polsce władzę sprawował Sojusz Lewicy Demokratycznej i Polskie Stronnictwo Ludowe, a więc partie postkomunistyczne, które wyrosły z komunizmu" - podkreślił Mańka.

Jak wyjaśniał: "one w ogóle nie były zainteresowane odebraniem tych przywilejów, wręcz przeciwnie - one chciały je utrwalać, one powstały w dużej mierze dlatego, aby bronić tych postpeerelowskich, grup interesów, ośrodków wpływu i aby zapewniać im spokojne życie".

Jak podkreślił, sytuacja zmieniła pod koniec 2015 r., "kiedy do władzy doszła partia, która głosi radykalną zmianę i chce to stare, postkomunistyczne status quo naruszyć i przerwać".