Termin „taktyka salami” (szalámitaktika) stworzył, jak się powszechnie uważa, nominat Stalina na stanowisko powojennego sekretarza generalnego miejscowej partii komunistycznej i premiera Węgier Mátyás Rákosi, który sam zresztą intensywnie tę taktykę stosował, likwidując kolejne ugrupowania polityczne, majątki ziemskie, gazety, bezstronność sądów, uczelnie, parafie i prawdziwych oraz mniemanych opozycjonistów. Oczywiście „taktyka salami” praktykowana była również w krajach wyżej ceniących salceson czy wędzonkę: od czasów zimnej wojny przyjęło się używać tego określenia na sposób eliminowania instytucji czy swobód, nie w trybie jednorazowego, brutalnego uderzenia, lecz „skrawania ich” cienkimi, niemal przejrzystymi plasterkami.
Taktyka salami w polityce historycznej Rosji
O podobnej taktyce mówić można również, komentując stosunek państwa rosyjskiego pod rządami Putina do masowego terroru epoki Stalina. Ten czas do dziś pozostał w Rosji, mimo lat glasnosti i relatywnej wolności lat 90., nieomówiony i nieprzepracowany. Nie miał tam miejsca żaden proces w zarysie choćby podobny do – też przecież kulawej i niekonsekwentnej – denazyfikacji w Niemczech. „Jest tragedia, są niewinne ofiary –nie ma jednak przestępstwa i nie ma przestępców” – podsumowuje to zjawisko Irina Flige, autorka niedawno wydanej również w Polsce pracy o historii pamięci Wielkiego Terroru, a wielki rosyjski emigracyjny pisarz współczesny Siergiej Lebiediew pisze o „wiecznej zmarzlinie trupów”, na jakiej spoczywa Rosja.
Niemniej w latach 90., nie podejmując tematu przestępców, usiłowano przynajmniej upamiętnić ofiary: w roku 1991 ustanowiono (formalnie obchodzone do dziś) w dniu 30 października Dzień Pamięci Ofiar Represji Politycznych; rok wcześniej, staraniem Stowarzyszenia Memoriał, na placu Łubiańskim, przed historyczną siedzibą szefostwa NKWD i KGB stanął słynny Kamień Sołowiecki, przywieziony z terenu „matki wszystkich łagrów”. Krzyże i pomniki (niezbyt wiele) stanęły od Magadanu po poligon w Butowie, miejsce masowych rozstrzeliwań moskiewskich ofiar, a w Permie otwarto pierwsze muzeum na terenie dawnego łagru.
Od Memoriału do zamknięcia Muzeum GUŁagu
Władimir Putin początkowo nie oponował przeciw tym praktykom: w pierwszym półroczu swej pierwszej prezydentury złożył hołd mieszkającemu już wówczas w Rosji Aleksandrowi Sołżenicynowi, opowiedział się za wprowadzeniem do kanonu lektur szkolnych „Archipelagu GUŁag”. W roku 2001 otwarto w Moskwie Muzeum Historii GUŁagu; kilka lat później Memoriał rozpoczął w całej Rosji akcję „Powrót imion”, czyli publiczną lekturę nazwisk ofiar czystek i terroru; w 2013 r. ruszyła akcja „Ostatni adres”, polegająca na umieszczaniu skromnych tabliczek z nazwiskami ofiar na fasadach domów, z których zabrano ich pod ścianę lub do łagru. Ba, jeszcze w 2017 r. prezydent Rosji odsłonił toporny, lecz pokaźny pomnik „Ściana Smutku” na placu Łubiańskim.
Stopniowo jednak rozpoczęło się skrawanie plasterków. W grudniu 2021 r. Sąd Najwyższy Rosji nakazał likwidację Stowarzyszenia Memoriał, czynnego odtąd tylko na emigracji. Akcja „Ostatni adres” zakazana została rok później; z fasad stalinowskich kamienic zerwano już przeszło trzy czwarte tabliczek. Od czterech lat nie odbywa się też akcja „Powrót imion”; w muzeum w Permie wspominana jest dziś ofiarność pracowników GUŁagu, a odkrywca i twórca miejsca pamięci w karelskim uroczysku Sandarmoch, gdzie zamordowano kilkadziesiąt tysięcy osób, 70-letni dziś Jurij Dmitriew skazany jest pod zmyślonymi zarzutami na ciężkie więzienie do roku 2036.
Czemu ogłoszone w ubiegłym tygodniu zamknięcie Muzeum GUŁagu (nieczynnego zresztą, pod pretekstami administracyjnymi, od półtora roku) wydaje się na tym tle plasterkiem stosunkowo grubym? Ponieważ było jedyną placówką ogólnorosyjską, położoną w stolicy, z rozbudowanym programem edukacyjnym. I może jeszcze – ponieważ w jego murach powstać ma muzeum poświęcone „ofiarom nazistowskiego ludobójstwa narodu radzieckiego”.
Nikt nie neguje milionów ofiar najazdu III Rzeszy na Związek Sowiecki. Ich pamięć jest już jednak obecna i kultywowana w dziesiątkach muzeów i tysiącach miejsc pamięci, stanowi składową najważniejszej rosyjskiej narracji historycznej, traktującej o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Myśl jednak, że mają one wyprzeć i przesłonić miliony ofiar ludobójczej polityki Kremla, jest równie zdumiewająca, jak i reanimowanie terminu „naród radziecki”, nieużywanego od końca lat 80.
Kołowrotek historii kręci się w tył naprawdę szybko. Kto wie, czy w nowym muzeum wśród ofiar nazistowskich zbrodni nie zostaną wielkodusznie wymienieni również polscy jeńcy rozstrzelani w Katyniu, Smoleńsku i Twerze?