Trzytomowe, pierwsze wolne od cenzury i kompletne wydanie „Pamiętników 1870-1920” Stanisława Stempowskiego (Wydawnictwo Więź, 2025), opus magnum ziemianina, intelektualisty, „lewicowego piłsudczyka” i autorytetu kilku pokoleń inteligencji, to rarytas wydawniczy. Napisane plastycznym i pięknym językiem, przenikliwe psychologicznie i społecznie, w kapitalnym opracowaniu krytycznym Łukasza Mikołajewskiego (tysiące przypisów, setki rozwiniętych wątków biograficznych i politycznych, nieznanych dotąd nawet znawcom spuścizny rodziny Stempowskich) należą do najlepszych polskich memuarów. Czytając je w roku 2026, najżywiej pewnie śledzimy zaangażowania ukraińskie autora, który – od dziecka dwujęzyczny – jako właściciel niewielkiego majątku na Podolu przed rewolucją wspierał emancypację miejscowych chłopów i organizowanie się Ukraińców w Cesarstwie Rosyjskim, a w roku 1920 został – z woli Piłsudskiego – ministrem w rządzie sprzymierzonego z Rzeczpospolitą Symona Petlury.
Stempowski jako biczyk na „polskich sprzedawczyków”
W pełni więc zgadzam się z laudacją „Pamiętników…”, napisaną przez Jarosława Kurskiego w „Gazecie Wyborczej”, nawet jeśli razi mnie patos fraz w rodzaju „książka, której nie może zabraknąć na półce polskiego inteligenta” czy „mroki stalinowskiej nocy”. Trudno, taki styl. Byłem w stanie przebrnąć przez pełne niechęci zdania o „polskim kolonializmie”, o „endeckich przekazach i sienkiewiczowskich malowankach” czy „wygolonym na karku i napakowanym w torsie Nawrockim”. Zniosłem to – dla Stempowskiego! – w nadziei dowiedzenia się o tej książce czegoś, czego nie przeczytałbym we wprowadzeniu i komentarzach.
Ta nadzieja się nie spełniła. Ale nie żałowałbym aż tak swojego czasu, gdyby nie koda tego tekstu (a zarazem – apel, pod którym podpisuję się oburącz, o solidarność z walczącą dziś Ukrainą). Koda ta, zawarta w leadzie, brzmi: „Już raz sprzedaliśmy Ukraińców sowieckiej Rosji”.
Owszem, ustalenia podpisanego 18 marca 1921 roku traktatu ryskiego były dla niepodległej Ukrainy tragiczne. Owszem, mierzi mnie postawa polskich negocjatorów, wśród których dominowali politycy Narodowej Demokracji, nie rozumiejący ukraińskich racji i wrodzy federalizmowi Piłsudskiego. Opisać jednak traktat ryski jako akt „sprzedania Ukraińców Sowietom” może tylko ktoś, kto zupełnie nie zna ówczesnego stanu spraw (dramatycznego osłabienia Polski brakiem rezerw, słabości sił ukraińskich i braku realnych sojuszników w Europie) – nie przeszkadza mu to jednak ukręcić z wydarzeń sprzed 105 lat prezentystycznego biczyka na „polskich sprzedawczyków”.
Źli Polacy sprzedający Ukrainę
Obserwując od lat z niekłamanym zainteresowaniem ewolucję retoryk „Gazety Wyborczej”, przekonany byłem, że zarówno teatralny patos, jak tzw. pedagogika wstydu (ci źli Polacy sprzedający Ukrainę!) należą do środków stylistycznych popularnych tam w latach 90., z których z czasem zrezygnowano. Myliłem się. Esej Jarosława Kurskiego pokazuje, że duch „pedagogiki wstydu”, duch – by sięgnąć po cytat z rozgoryczonego Piłsudskiego z lat 20. – „robiący małpie grymasy (…), przekształcający każdą myśl odwrotnie (…), krzyczący frazesy (…), wymyślający jakieś niesłychane historie” ma się tam doskonale.