Premier Donald Tusk miał rację, kwestionując zasady i kształt Rady Pokoju. Rada jest bowiem niczym więcej niż kolejną polityczną łapówką dla prezydenta USA, który od lat już naruszał normy prawa międzynarodowego i sojusze, a politykę postrzega czysto transakcyjnie. Wpłaty w wysokości miliarda dolarów są po prostu haraczem płaconym przywódcy, który przy pierwszej okazji zdradzi swoich sojuszników (a więc i kraje należące do Rady) – tak jak zdradzał partnerów biznesowych, politycznych sprzymierzeńców i inne państwa.

Rada Pokoju Trumpa: cele, zasady i kontrowersje wokół członkostwa

Polska polityka zagraniczna niewiele może na członkostwie zyskać. Cele Rady są niejasne. Nie ma spójnej wizji ani przejrzystego zestawu zamierzeń. Rada powstała po głosowaniu w ONZ w listopadzie 2025 r., w nadziei na zaangażowanie Trumpa w proces pokojowy w Gazie. Tymczasem w obecnym statucie Rady nie ma o Gazie ani słowa. Oświadczenia Rady są mgliste, pełne błędów ortograficznych i skupiają się głównie na projektach deweloperskich Trumpa.

Zamiast tego istnieją regulacje czyniące z Trumpa prezydenta dożywotniego, który ma wyłączne prawo wyboru członków i zakończenia ich członkostwa oraz dysponuje absolutnym wetem wobec jej działań. Nawet „dożywotnie” członkostwo, kosztujące miliard dolarów, zależy od kaprysu Trumpa – może on w każdej chwili zmienić zdanie i wyrzucić „stałych” członków. Przypomnijmy, że Donald Trump wycofał zaproszenie do Rady dla Kanady tylko dlatego, że poczuł się urażony przemówieniem premiera Marka Carneya w Davos. W rezultacie powstał klub „pay-to-play” państw, które mają nadzieję, że ich miliardy skłonią Trumpa do faworyzowania ich interesów.

Przekonanie, że Polska uzyska uprzywilejowany status międzynarodowy lub szczególne relacje z prezydentem USA, jest błędne. Trump zdaje się okazywać respekt dyktatorom, takim jak Xi Jinping, Władimir Putin czy Kim Dzong Un, ale jest wyjątkowo niezdolny do traktowania poważnie demokratycznych przywódców, ponieważ nie oferują mu ani przykładu absolutnej władzy, ani osobistych korzyści. Nie szanuje NATO ani Unii Europejskiej, a w polityce wewnętrznej szantażował kancelarie prawne i uniwersytety oraz zniszczył USAID – jedno z najważniejszych narzędzi amerykańskiej „soft power”. Haniebna krytyka marszałka polskiego parlamentu przez ambasadora USA w Warszawie i groźba wycofania amerykańskiego wsparcia pojawiły się dlatego, że marszałek Włodzimierz Czarzasty odmówił podpisania nominacji prezydenta Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla – sprawy absurdalnej już w założeniu. Innymi słowy, Rada Pokoju jest kolejnym przejawem kapryśnej polityki Donalda Trumpa, która nie ma względu ani na instytucje międzynarodowe, ani na demokratycznych sojuszników.

Polska, NATO i UE: co można stracić, wchodząc do Rady Pokoju

Dotychczas żadne poważne europejskie mocarstwo nie przystąpiło do Rady. Wielka Brytania, Niemcy i Francja nie zadeklarowały członkostwa, przyjmując raczej elastyczne podejście – utrzymują kanały komunikacji, nie zobowiązując się do udziału, co próbował wymusić Trump. Jeśli Polska, jedna z największych gospodarek UE i kraj obficie inwestujący w wojsko, zechce dołączyć do grona Bułgarii i Węgier, będzie to wybór co najmniej osobliwy. Oznaczałoby to ustawienie się w jednym szeregu z takimi „luminarzami” praw człowieka i cenionymi międzynarodowo partnerami jak Pakistan, Salwador czy Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Poważne sojusze międzynarodowe, takie jak NATO czy UE, opierają się na wspólnych interesach i wartościach. Spajają je traktaty i statuty zapewniające wzajemny szacunek, mechanizmy rozwiązywania konfliktów oraz reguły podejmowania decyzji. W tym przypadku nie ma śladu takich fundamentów.

Prezydent Karol Nawrocki powinien być wdzięczny, że premier Donald Tusk i polski parlament nie wykazują chęci do przystąpienia do Rady Pokoju – może dzięki temu powtarzać anachroniczną retorykę polityczną bez ponoszenia realnych kosztów politycznych. Zamiast krytykować Włodzimierza Czarzastego jako „marszałka sejmu pozbawionego pewnej wyobraźni w odniesieniu do sytuacji międzynarodowej”, lepiej byłoby, gdyby rozwinął własną wyobraźnię w kwestii Donalda Trumpa i rzeczywistego znaczenia jego Rady.

Przystąpienie do tego organu byłoby zmarnowaniem miliarda dolarów i reputacji Polski bez gwarancji jakichkolwiek korzyści, nie licząc powiększenia korupcyjnych zysków z urzędu prezydenta przez Donalda Trumpa. Co więcej, przyszłe administracje amerykańskie będą traktować Polskę mniej poważnie, wiedząc, że uległa w przeszłości takiej naiwności.