Nie trzeba było długo czekać, by się przekonać, że nowo przyjęta strategia bezpieczeństwa narodowego USA przyniesie praktyczne konsekwencje. Wielu komentatorów szukało w niej odniesień do Starego Kontynentu, wszechstronnie analizowano rolę Europy w tej nowej układance i jej znaczenie dla Ameryki pod rządami administracji Donalda Trumpa. Toczono spór, jak interpretować krytyczne uwagi wobec Europejczyków i instytucji Unii Europejskiej – czy jako rzekomo „bratnią” zachętę do poprawy własnej kondycji, czy też raczej jako wyraz definitywnego przekreślenia znaczenia relacji transatlantyckich.

Niekiedy zwracano uwagę, że pierwszym priorytetem Amerykanów ma być od teraz zachodnia półkula planety. Jednak w Europie temu zagadnieniu nie poświęcono wiele uwagi. Tymczasem szybko okazało się, że to właśnie wskrzeszenie doktryny Monroego, w jej trumpistowskiej modyfikacji (skąd ironiczne określenie „doktryna Donroe”), będzie miało dużo większe skutki dla Europy, niż nam się wszystkim wydawało. I może wywołać daleko poważniejsze spory niż jakiekolwiek inne działania Waszyngtonu skierowane bezpośrednio wobec Europy.

Z polskiej perspektywy: Wenezuela – dobrze, Grenlandia – niedobrze

Dwie z najgłośniejszych spraw, jakimi zajmuje się obecnie Ameryka, czyli Wenezuela oraz Grenlandia, pokazują zarazem to, co łączy Stary i Nowy Kontynent (wspomniany nacisk na kontrolę zachodniej hemisfery), ale także to, co je fundamentalnie dzieli. Jednocześnie pokazują zupełnie inne oblicza polityki.

Interwencja w Wenezueli została bowiem odebrana w Europie z dużym dystansem. Nikt oczywiście nie chciał bronić dyktatora Nicolása Maduro, ale nikt również nie chciał pochwalać ewidentnego złamania prawa międzynarodowego. Dla tych, którzy są przywiązani do zasad unijnych instytucji, nic nie usprawiedliwiało amerykańskich działań, bowiem naruszono święte paradygmaty. A jednak w Polsce spektakularne porwanie prezydenta Wenezueli powinno być oceniane z innej perspektywy. Maduro prowadził antyamerykańską, a zarazem prochińską i prorosyjską politykę, w związku z tym jego obalenie to posunięcie dla Polski korzystne. Mianowicie ta interwencja wprowadziła Stany Zjednoczone na kurs kolizyjny względem Pekinu i Moskwy, które tracą z tym posunięciem Amerykanów swoje wpływy w bliskim geograficznym otoczeniu USA. To z kolei oddala najgroźniejszą dla Polski wizję – dużego geopolitycznego porozumienia między USA i Rosją. Oczywiście niczego jeszcze nie przekreśla, ale na pewno utrudni rozmowy. Co więcej, demonstracja siły, skuteczności akcji i bezkompromisowość działań też miały niemałe znaczenie. Zwiększają strach u wszystkich, którym nie po drodze z amerykańskim imperium. Dotyczy to naturalnie Putina, choć trzeba na każdym kroku podkreślać, że Rosja to nie Wenezuela, a Putin to nie Maduro.

Wybór między troskliwą matką (UE) a silnym ojcem (USA)

O ile interwencja w Caracas miała dla polskich interesów dobre skutki, o tyle zupełnie przeciwny wektor ma amerykańska presja na Grenlandię. Dziś nie wiadomo jeszcze jak ta sprawa się zakończy, ale niezależnie od tego, co się wydarzy, koszty polityki Trumpa są odczuwalne już dziś. Nawet jeśli intencją prezydenta-miliardera nie jest przejęcie wyspy na własność USA, a jedynie zaznaczenie swojego zainteresowania Arktyką, to nieufność wobec Ameryki wewnątrz NATO wyraźnie wzrosła. Nawet jeśli okaże się, że akcja „Grenlandia” była podyktowana jedynie chęcią zdobycia poklasku u wyborców amerykańskich, a za dwa tygodnie Trump zajmie się innym nośnym tematem, to koszty już zostały poniesione. Dla sojuszników USA był to sygnał, że prezydent Stanów Zjednoczonych brutalnie gra, nie wahając się potraktować instrumentalnie fundamentalnych interesów i zasad swoich partnerów. Będzie to miało wpływ na dalszy rozjazd między USA i Unią Europejską, a nastroje antyamerykańskie będą wciąż rosły, przekładając się potem na polityczne wybory, co w efekcie zawęzi pola do porozumienia.

Z naszej perspektywy amerykańska groźba naruszenia integralności terytorialnej innego sojusznika z NATO to najgorsza dotychczasowa akcja, jaką przeprowadził Donald Trump. W żywotnym interesie Polski jest bowiem utrzymanie natowskiej polisy ubezpieczeniowej i trwanie jak najlepszych relacji między Europą i Ameryką. Najgorsze, co może nas spotkać, to wybór między troskliwą matką (UE) a silnym ojcem (USA). Działania obecnego prezydenta USA podważają wartość tej polisy i będą skazywać Polskę na coraz trudniejsze balansowanie między oddalającymi się dwoma brzegami Atlantyku.

Wreszcie, sprawy Wenezueli i Grenlandii pokazują, że wydarzenia nawet w odległych zakątkach świata mają dziś dla Polski kluczowe znaczenie. Podczas gdy wszyscy patrzyli na Trumpa, uważnie obserwując jego stosunek do Ukrainy czy relacji z UE, np. w kontekście handlu, to równie ważnym obszarem stała się w ostatnich tygodniach zachodnia półkula globu. Dzieją się tam rzeczy fascynujące, ale dla nas niestety też groźne.