Protesty w Iranie wybuchają coraz częściej, a ich katalizatorem stają się coraz mniej znaczące wydarzenia. Obecny wybuch nie został wywołany podejrzeniem sfałszowania wyborów, ujawnieniem jakiejś ogromnej afery czy głośną śmiercią spowodowaną przez funkcjonariuszy reżimu, jak to miało miejsce w 2022 r. po zamordowaniu Mahsy Amini przez policję obyczajową. W zasadzie nawet trudno określić konkretny powód wściekłości. Demonstranci wymieniają spadek kursu riala, niskie zarobki, ogólny brak perspektyw i zmęczenie reżimem. Tak ogólne stawianie sprawy świadczy o wysokim stopniu niezadowolenia kursem politycznym ajatollahów.

Trump chętny do działania

Protesty nakładają się na układankę globalną. Teheran jest jedną z trzech stolic – obok Mińska i Pjongjangu – które w sposób otwarty udzieliły Moskwie pomocy wojskowej w agresji na Ukrainę. Iran wysłał Rosji bezzałogowce uderzeniowe Szahed i podzielił się technologią, która pozwoliła na uruchomienie własnej produkcji. Kreml nie odwzajemnił się podobnym wsparciem, gdy Iran toczył w 2025 r. krótką wojnę z Izraelem, ale w ogólnym konflikcie z Zachodem Iran wciąż stoi po jego stronie, bo też Ali Chamenei nie ma specjalnie pola manewru. Dla Waszyngtonu reżim stanowi część osi zła niezależnie od tego, która partia dzierży stery. A Donald Trump sukcesem w postaci porwania Nicolása Maduro z Caracas wyraźnie się rozochocił.

Z tego względu nie należy wykluczać nawet wariantu siłowego. Już w 2020 r. pierwsza administracja Trumpa wyprowadziła uderzenie, zabijając w Bagdadzie gen. Ghasema Solejmaniego, kluczową postać reżimu. Pięć lat później republikanin wsparł Izrael w jego wojnie z Iranem. Szlak został więc przetarty. Pytanie brzmi, czy gdyby przyszło co do czego, Amerykanie nie postawiliby na złego konia. Profesjonalny PR robi sobie u republikanów Reza Pahlawi, syn obalonego w 1979 r. szacha. Jeśli wierzyć Pahlawiemu, jego rodacy wyszli na ulice z żądaniem przywrócenia monarchii. Trochę przypomina to ukraińską rewolucję lat 2013–2014 i twierdzenia ludzi Julii Tymoszenko, że to wszystko zwolennicy powrotu do rządów pani premier. Tak nie było.

Iran monarchią? Niekoniecznie

Monarchiści przytaczają na poparcie swojej tezy konkretne hasła pojawiające się na protestach, jak „In acharin nabarde, Pahlawi barmigarde”, czyli „To ostateczna bitwa, Pahlawi powróci”. Nie przytaczają za to innych, choćby „Nah achund, nah szah” – „Ani mułła, ani szach”. W Iranie nie prowadzi się miarodajnych badań socjologicznych na temat stosunku do monarchii, a społeczeństwo jest na tyle młode, że większość już jej nie pamięta. Jakaś forma nostalgii z pewnością występuje, skoro mamy do czynienia i z jugonostalgią na Bałkanach, i z tęsknotą za Sowietami z lodami po 19 kopiejek, i za kiełbasą jak za Gierka. A i Nicolae Ceaușescu ma ludzi, którzy za nim wzdychają.

Nie powinno to przyćmiewać świadomości, że upadek szacha nieprzypadkowo spotkał się z entuzjazmem milionów, choć zapewne to, co nastąpiło potem, wielu demonstrantów, którzy fetowali powrót do kraju Ruhollaha Chomejniego, rozczarowało. Rządy Pahlawich, zwłaszcza w schyłkowej fazie, charakteryzowały się wysokim poziomem korupcji, rozwarstwienia społecznego, represji wewnętrznych i absurdalnego rozrzucania pieniędzy na pokazówki. Reza Pahlawi zapewnia, że jest zwolennikiem liberalnej, świeckiej demokracji, a nawet sugeruje, że samą decyzję czy wrócić do monarchii czy też wprowadzić realną republikę poddałby pod referendum. Jego rządy, pod warunkiem spełnienia obietnic, byłyby pewnie dobrą wiadomością dla Zachodu. Pytanie brzmi, czy równie pozytywnie – a jeśli tak, to w jakim stopniu – potraktowaliby je Irańczycy.