Projekt budżetu na 2026 rok nie wywołał burzy na rynkach, ale liczby mówią same za siebie: deficyt nadal wysoki, a dług publiczny niebezpiecznie zbliża się do konstytucyjnego limitu. Czeka nas przymusowa konsolidacja finansów czy... zmiana ustawy zasadniczej?
Przedstawienie przez ministra finansów przyjętego w czwartek 28 sierpnia 2025 r. przez rząd projektu ustawy budżetowej nie wywołało na rynku finansowym trzęsienia ziemi. Złoty praktycznie stoi w miejscu, giełda nie straciła, jeśli ceny obligacji się obniżyły, to tylko nieznacznie.
Może reakcja taka nikła dlatego, że deficyt budżetowy ma wynieść niewiele ponad 270 mld zł. A to mniej niż planowane na ten rok prawie 290 mld zł (na razie? Rząd spodziewa się wyraźnie niższych dochodów – być może powtórzy się ubiegłoroczna historia z nowelizacją obowiązującej ustawy budżetowej). To również mniej niż „rekordowe ponad 300 mld zł”, zapowiadane przez niektóre media.
Konsolidacja finansów na razie tylko na papierze
Ale projekt – na razie znamy go z rządowego komunikatu i konferencji ministra Andrzeja Domańskiego – raczej nie przynosi uspokojenia co do kondycji finansów publicznych. Warto popatrzeć na liczby według metodyki unijnej: tu deficyt nadal ma wynosić grubo ponad 6 proc. PKB. W stosunku do roku bieżącego się obniży, ale tylko dlatego, że szacunki dziury w finansach na ten rok rosną z 6,3 proc. do 6,9 proc. PKB.
Kolejny raz słyszymy zapowiedzi, że będzie „konsolidacja fiskalna”, tylko punkt startowy dla tej konsolidacji cały czas idzie w górę. Potrzeba by na to jakiegoś nowego terminu, który wykraczałby poza najczęściej używane przez ekonomistów „luzowanie fiskalne”.
Pudrowane „konsolidowanie” może i da się zastosować w przypadku deficytu. Z całą pewnością nie widać go jednak w szacunkach długu publicznego. Już wiadomo, że dług według metodyki unijnej (bez ukrywania po kątach – czytaj: funduszach pozabudżetowych) w tym roku przekroczy poziom 60 proc. PKB. A w przyszłym ma sięgnąć 66,8 proc. PKB.
60 proc. PKB długu zgodnego z zasadami statystyki unijnej wiele nie znaczy. Dla UE to tylko dodatkowy argument, by utrzymywać nas w procedurze nadmiernego deficytu (za kilka tygodni nowe podejście resortu finansów i rządu do pokazania ścieżki redukcji deficytu).
Dług coraz bliżej limitów: ustawowego i konstytucyjnego
Ale szybko idziemy też w stronę 60 proc. PKB z „państwowym długiem publicznym”, czyli tym, w którym nie widać zobowiązań chowanych po kątach. Minister podkreślał, że ciągle jesteśmy poniżej nawet progu ostrożnościowego z ustawy o finansach publicznych, ale część ekonomistów widzi perspektywę szybkiego wzrostu zadłużenia.
Przypomnijmy, co mówi ustawa o finansach publicznych. Już przekroczenie przez państwowy dług publiczny granicy 55 proc. PKB powoduje, że: „na kolejny rok Rada Ministrów uchwala projekt ustawy budżetowej, w którym:
- nie przewiduje się deficytu budżetu państwa lub przyjmuje się poziom różnicy dochodów i wydatków budżetu państwa, zapewniający, że relacja długu Skarbu Państwa do produktu krajowego brutto przewidywana na koniec roku budżetowego, którego dotyczy projekt ustawy, będzie niższa od relacji, o której mowa w art. 38 pkt 1 lit. b, ogłoszonej zgodnie z art. 38 (w skrócie: deficyt na kolejny rok ma być niższy – red.),
- nie przewiduje się wzrostu wynagrodzeń pracowników państwowej sfery budżetowej (…),
- waloryzacja rent i emerytur nie może przekroczyć poziomu odpowiadającego wzrostowi cen towarów i usług konsumpcyjnych, ogłoszonego przez Główny Urząd Statystyczny za poprzedni rok budżetowy,
- wprowadza się zakaz udzielania pożyczek i kredytów z budżetu państwa z wyjątkiem rat kredytów i pożyczek udzielonych w latach poprzednich,
- nie przewiduje się wzrostu wydatków w jednostkach, o których mowa w art. 139 ust. 2, (tzw. budżetowe święte krowy – red.) na poziomie wyższym niż w administracji rządowej”.
A co jeśli dojdziemy do 60 proc.? Poczytajmy konstytucję: „Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto.”
Czyli ściana. Dochodząc do 60 proc. PKB musielibyśmy natychmiast zrównoważyć budżet. Bawi nas od czasu do czasu, jak w Ameryce obie główne partie negocjują między sobą zwiększanie limitu zadłużenia. Z pewną dozą Schadenfreude patrzymy na to, jak przez kilka dni urzędnicy nie pracują, bo nie ma pieniędzy na wypłaty. W największej światowej gospodarce. A gdyby się okazało, że u nas nie będzie na wypłaty dla urzędników, nauczycieli, policjantów czy wojskowych? Na emerytury i renty? Na 800+?
Czy da się wyrosnąć z długu publicznego?
Na temat przyczyn rosnącego zadłużenia wylano tony atramentu. To nie jest wina ministra Domańskiego. Zaczęło się (i długo trwało) znacznie wcześniej. On dołożył tylko trochę wydatków, które miały być inwestycją w procenty poparcia dla rządzących (problem oczywiście w tym, że to „inwestycja”, z którą wiążą się trwałe wydatki, a efekt mocno niepewny). Jeśli coś można mu zarzucać, to głównie brak stanowczego stwierdzenia, że trzeba zacząć poważniej myśleć o równoważeniu finansów państwa.
Na razie liczymy na to, że z długu uda się wyrosnąć. Tak się stało za rządów Prawa i Sprawiedliwości – pomógł niespotykany od dekad skok inflacji. Teraz inflacja jest już w miarę niska, a minister Domański liczy na zbawienny wpływ wzrostu gospodarczego. Z tym, że potrzeba będzie trochę wyższego wzrostu niż ten, który mamy (albo/i wyraźnie niższego deficytu), żeby relacja długu do PKB przestała się pogarszać. O wyraźnej poprawie nie ma chyba co mówić. Zwłaszcza że już za chwilę mocno dadzą o sobie znać czynniki, które dług znów zaczną podnosić: większe wydatki na emerytury czy ochronę zdrowia w związku z niekorzystną demografią.
Problemy finansów publicznych wymuszą zmianę konstytucji?
Wróćmy do konstytucji. O jej zmianie na razie mówi się dość nieśmiało i z zupełnie innych powodów. A w ciągu kilku lat („kilku” oznacza tu bliżej trzech niż dziewięciu) może się pojawić konieczność nowelizacji, która będzie przypominała zmiany limitu długu w USA. Czas na zmianę będzie liczony w dniach lub tygodniach, a nie miesiącach czy latach. Niewyobrażalne?
Chyba, że skorzystamy z innej furtki, jaką dają obowiązujące przepisy konstytucji: „Sposób obliczania wartości rocznego produktu krajowego brutto oraz państwowego długu publicznego określa ustawa.” I podniesiemy – ustawowo – PKB albo wyłączymy coś z zadłużenia. A, nie. To może być trudne. Będzie przecież weto.