Nieprawidłowości wyborcze trzeba zbadać i wyjaśnić, a kodeks poprawić na przyszłość. To nie ulega wątpliwości. Problem polega jednak na tym, że część sceny politycznej na podstawie błędów w kilkunastu z ponad 32,1 tys. komisji próbuje budować narrację o ukradzionych wyborach – pisze dziennikarz DGP Marek Mikołajczyk.
Nie zliczę, ile razy w ostatnich dniach czytałem o domniemanych fałszerstwach wyborczych i konieczności przeliczenia głosów we wszystkich okręgach wyborczych. Najpierw przez wiele dni takie zarzuty formułował były wicepremier Roman Giertych, później podobną narrację podjęli inni politycy Koalicji Obywatelskiej.
„Nie wszyscy chyba zrozumieli, na czym polega demokracja. Przy tak ogromnej skali błędów w komisjach powtórne przeliczenie głosów jest niezbędne. Właśnie po to, by ochronić zaufanie do demokracji, wyborów i państwa” – przekonywał minister Marcin Kierwiński w serwisach społecznościowych.
Zgadzam się z ministrem Kierwińskim w jednym: rzeczywiście nie wszyscy zdają sobie sprawę, na czym polega demokracja. Trudno uznać za normalne, by premier dużego europejskiego państwa na konferencji prasowej zasiewał ziarno niepewności wobec wyborów, które nie poszły po jego myśli. – Obywatele mają prawo wiedzieć, jak naprawdę wygląda wynik wyborów – przekonywał szef rządu w piątek. Oczywiście, że mają. Dlatego dzień po głosowaniu, 2 czerwca, Państwowa Komisja Wyborcza opublikowała obwieszczenie z wynikiem wyborów – na prezydenta został wybrany Karol Nawrocki.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.