- Mamy jedną pułapkę demograficzną – niską dzietność. W kolejnych latach coraz mniej osób będzie wchodzić na rynek pracy - uważa prof. Irena Kotowska demografka, przewodnicząca Komitetu Nauk Demograficznych PAN.

prof. Irena Kotowska demografka, przewodnicząca Komitetu Nauk Demograficznych PAN / nieznane
Jaki według pani płynie podstawowy wniosek z opublikowanych pierwszych wyników spisu powszechnego?
To, że nic mnie w tych ogólnych wynikach nie zaskakuje. Zaskakująco brzmią natomiast niektóre komentarze, które im towarzyszą, np. że płyną z tych danych niepokojące wieści, bo nasza populacja się starzeje. Przecież o tym my, demografowie, mówimy od ponad 20 lat! A tym bardziej nie jest to wiadomość niepokojąca.
Nie jest?
Oczywiście, że nie. Starzenie się populacji polega na tym, że coraz więcej osób dożywa starszego wieku. Wydłużanie życia ludzkiego to efekt podniesienia jakości życia, korzystania ze zdobyczy medycyny.
Rozumiem jednak, że tych, co mówią o niepokoju, martwią proporcje w ogólnej populacji.
Mówimy więc o zmianach struktury wieku. I nie chodzi w nich tylko o to, że rośnie liczba osób starszych, zwłaszcza 80- i 90-latków. Ale też o to, że zmniejsza się liczba osób w wieku produkcyjnym 18-59/64 lata i jej udział w całej populacji, co pogarsza proporcje między tymi dwoma grupami osób.
Po kolei: spis powszechny 2021 r. pokazał, że w Polsce mieszka 38 mln 179 tys. 800 osób. Co mówi nam ta liczba?
Przede wszystkim należy uściślić, że jest to liczba ludności według tzw. krajowej definicji miejsca zamieszkania. Czyli obejmuje stałych mieszkańców Polski. Także tych Polaków, którzy wyjechali za granicę bez względu na okres ich pobytu, ale jednocześnie pozostają w krajowych zasobach ewidencyjnych, nie wymeldowali się. A szacunek liczby osób pozostających za granicą przynajmniej trzy miesiące według GUS na koniec 2020 r. wynosił prawie 2,2 mln. W podanej teraz liczbie ponad 38 mln mamy więc także ludzi, których w Polsce nie ma, ale brali udział w spisie. Taka informacja jednak podczas oficjalnej prezentacji wyników nie padła. Podana liczba mieszkańców Polski na 31 marca 2021 r. jest ważna z innego punktu widzenia. Szacunki liczby ludności na 31 grudnia 2020 r. według tej samej definicji (czyli krajowej definicji miejsca zamieszkania) wynosiły 38 mln 265 tys. osób. Mamy więc potwierdzenie prawidłowości szacunków GUS. Osobnym zadaniem jest teraz określenie, ilu mieszkańców Polski realnie przebywa za granicą.
Wracając do przedstawionych liczb: jest nas o 332 tys. Mniej, niż wynikało ze spisu sprzed 10 lat. Co tłumaczy ten spadek?
Znów proponuję szersze ujęcie: w 2011 r. szacowano, że poza granicą (migracja czasowa, dłużej niż trzy miesiące) pozostawało 2 mln 60 tys. Polaków. Ostatnie szacunki mówią, przypomnę, o 2,2 mln. Spadku, niezależnie od innych trendów demograficznych, można więc częściowo upatrywać w tej różnicy. Jednak należy też zwrócić uwagę, że od 2013 r. więcej osób umiera, niż się rodzi, czyli mamy ujemny przyrost naturalny. Ta nadwyżka zgonów nad urodzeniami wynosiła w 2019 r. prawie 35 tys., a w 2020 r. wzrosła do 122 tys.
Premier, komentując wyniki spisu, mówił, że po raz pierwszy w historii Polski mamy dodatni bilans migracyjny, a więcej Polaków wraca do ojczyzny, niż z niej wyjeżdża.
Nie zgadzam się z taką interpretacją zmian salda migracji. Saldo dotyczy migracji definitywnych, czyli wyjazdów i przyjazdów na stałe. Od 2016 r. więcej osób przyjeżdża w tym trybie do Polski, niż wyjeżdża. Skala migracji definitywnych na podstawie najnowszych danych GUS to 13,3 tys. imigrantów i 8,8 tys. emigrantów w 2020 r. wobec odpowiednio 16,9 tys. i 10,7 tys. w 2019 r. GUS podaje, że wśród osób przyjeżdżających na stałe większość stanowią Polacy, którzy kiedyś wyjechali na stałe, głównie do Niemiec czy Wielkiej Brytanii (łącznie 68 proc. w 2020 r., w tym imigranci z Wielkiej Brytanii - 2,8 tys., z Niemiec - 2,2 tys.). Ale trzecią grupę imigrantów na stałe tworzą Ukraińcy (w 2020 r. było to 2,1 tys. osób).
Jednak te migracje definitywne stanowią niewielką część migracji zagranicznych. A o wyjazdach czasowych możemy wnioskować pośrednio na podstawie szacunku zmian liczby mieszkańców Polski przebywających czasowo (powyżej trzech miesięcy) poza krajem, czyli szacunku zasobu migracyjnego, a nie na podstawie danych o wyjazdach.
Co do proporcji w populacji, to najwięcej Polaków jest w wieku produkcyjnym (18-59/64 lata). Teraz ten odsetek wynosi 60 proc., a w 2011 r. 64,4 proc. Czyli spadek?
Tak, demografowie mówili o tym od lat, podkreślając, że od drugiej dekady tego stulecia zaczniemy coraz mocniej odczuwać brak ludzi w tej grupie wieku. Wskazywały też na to dane podawane co roku przez GUS - na koniec 2020 r. odsetek ten wynosił 59,5. Mówią o tym dziś już głośno pracodawcy. Widać istotną zmianę w proporcjach między tymi, co mogą pracować, a tymi, co nie pracują.
W wieku poprodukcyjnym jest 21,8 proc. populacji (2011 r. - 16,9 proc.).
Na to, co się dzieje w grupie 65 plus, głównie wpływa wyż powojenny urodzeń, który trwał do drugiej połowy lat 50. XX w. W tej licznej grupie jest niemało osób, które mimo osiągnięcia wieku emerytalnego dalej pracują. Korzystali dotychczas z wydłużających się szans życia. Jednak trend wzrostowy spowalnia. Lata 2020 i 2021 pokazują, że ryzyko zgonu na COVID-19 jest tu największe. Szacunek liczby osób w wieku poprodukcyjnym na koniec 2020 r. to 8 mln 540 tys. (22,3 proc.), a według spisu było 8 mln 337 tys.
Natomiast grupa, która zasila rynek pracy, pozostaje pod wpływem spadającej liczby urodzeń z ostatnich trzech dekad. Osobnym problemem jest to, jaka część z osób, które mogą pracować, faktycznie jest aktywna. Dane z BAEL pokazują, że znaczna ich część jest bierna zawodowo. Rzeczywiście, sam spadek liczby ludności Polski w wieku produkcyjnym można nieco złagodzić imigracją zarobkową. I tak się dzieje. Jednak nierozwiązaną kwestią jest aktywizacja zawodowa samych Polaków.
Mamy jeszcze grupę w wieku przedprodukcyjnym, która teraz wynosi 18,2 proc. (2011 r. - 18,7 proc.). Co to pokazuje?
Po prostu skutek spadku liczby urodzeń. W konsekwencji w kolejnych dekadach mniej osób będzie wchodzić na rynek. A to oznacza utrwalanie spadku w grupie ludzi, którzy tworzą zasoby pracy.
Co do komentarzy, to premier przekonywał, że dzięki polityce proludnościowej ze sztandarowym 500 plus udało się uniknąć katastrofy.
Nie wiem, co politycy rozumieją pod pojęciem katastrofy, ale na pewno liczba urodzeń będzie spadać. Bo wpływa na nią również liczba kobiet, które te dzieci mogą urodzić. Obecnie Polki decydują się na dziecko przeważnie w wieku 25-39 lat. I gdy ich jest mniej, to nawet gdyby częściej rodziły, i tak nie zniwelują tego spadku.
To jeszcze jeden cytat premiera Morawieckiego, który przekonywał, że spis powszechny pozwala na wyciąganie wielu wniosków, a Polska będzie się musiała zmierzyć z wieloma pułapkami demograficznymi.
Mamy jedną pułapkę demograficzną - to niska dzietność. Co do reszty: fakt, spis jest bardzo ważnym badaniem, to inwentaryzacja zasobów ludzkich w kraju. Dane zbierane co roku, informacje m.in. o zgonach, urodzeniach, migracjach pozwalają jedynie na dokonywanie szacunków liczby ludności i jej struktur demograficznych. Spis jest punktem odniesienia wymagającym weryfikacji. Bo im dalej od niego, tym szacunki są mniej dokładne.
Powierzchnia mieszkań pozostających do dyspozycji ludności wyniosła 1121,3 mln mkw. i w stosunku do poprzednich wyników zwiększyła się o niemal 175 mln mkw. (czyli o 18,5 proc.). To jest powód do zadowolenia?
Powiedzmy, że można to uznać za powód do ostrożnego zadowolenia. Pamiętam szacowane niedobory mieszkań na podstawie poprzedniego spisu, na poziomie ok. 1,5-2 mln mkw., dokonywane przy założeniu, że rodziny powinny mieć samodzielne lokum.
Obecny spis pokazuje, że przybyło 1,7 mln mieszkań od 2011 r. i jest ich już 15,2 mln. Liczba budynków to natomiast 6,8 mln. To więcej o 800 tys. (13,3 proc.) w porównaniu z 2011 r.
Czyli można założyć, że przyrost pokrył braki sprzed dekady. Ale pamiętajmy, że w ciągu 10 lat zmieniała się też liczba rodzin, o czym powiedzą nam właśnie dane tego spisu. Powstrzymam się więc z interpretacją tej liczby do czasu, gdy dostaniemy pełne informacje. Osobną kwestią jest konieczność przyjrzenia się, jaki jest stan tych mieszkań, gdzie powstają, ile wśród nich lokali socjalnych, jaka jest struktura własności. Czekamy też na informacje o liczbie związków małżeńskich i pozamałżeńskich. Bo spis jest jedynym źródłem informacji dla nas na ten temat. Będziemy mieli też wiedzę o przestrzennym rozkładzie populacji, o tym, ilu jest mieszkańców w poszczególnych jednostkach administracyjnych. To dane kluczowe do odpowiedzi, jacy jesteśmy.
Spis został przeprowadzony w czasie pandemii, głównie w formie elektronicznej ankiety. Czy to miało wpływ na jego wartość badawczą?
Pandemia ani przyjęta metodyka nie zaburzyła wartości badawczej spisu. A on sam był nam niezwykle potrzebny. Uważam, że to była odważna i słuszna decyzja, że nie zrezygnowano z jego realizacji. Dziś wiemy, że przesuwanie w czasie nic by nie dało, bo pojawiają się kolejne fale pandemii. Słusznie przedłużono spis do końca września. Część osób spisywała się bezpośrednio, część telefonicznie, komisarze docierali do kolejnych i pracowali w utrudnionych warunkach. To, że pierwsze wyniki mamy już teraz, jest dowodem na ogrom pracy zespołu zaangażowanego przy spisie. ©℗
Rozmawiała Paulina Nowosielska