To prawda, że w ostatnim czasie nikt nie próbował wysadzić w Polsce torów, a rosyjskie drony nie spadły na Podlasie. Złapano co prawda kilku szpiegów, ale do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Wojna znów wydaje się daleko, a gdyby nie czwarta rocznica agresji Putina na Ukrainę, można by odnieść wrażenie, że zagrożenie jakby zmalało.
Tyle że to złudzenie medialnego świata, który zajął się innymi sprawami. Wojna toczy się tak, jak wcześniej. Każdego dnia giną ludzie, a zagrożenie ze strony Rosji nie zmniejszyło się ani o milimetr. Można wręcz powiedzieć, że wzrasta, bo rozpędzona machina wojenna pędzi naprzód. W wielu analizach strategicznych i wojskowych pojawia się scenariusz, że do wojny z Zachodem może dojść w najbliższych latach, a Polska leży na pierwszej linii frontu.
Eksperci są zgodni: zagrożenie ze strony Rosji rośnie
To może być oczywiste przypomnienie stanu faktycznego, ale chyba potrzebne. W dyskusji o SAFE dość nieoczekiwanie wkradła się bowiem polityka. I to ta w najgorszym wydaniu – małostkowa, bezproduktywna. Ta nasza rytualna, od lat powtarzana polaryzacja, podział na tych, którzy lubią UE, i tych, którzy jej nie lubią; na tych, którzy widzą w Niemczech zagrożenie, i tych, którzy widzą w nich ważnego sojusznika. Ten spór jest długi, przewidywalny, ciągnie się wzdłuż i wszerz – od praworządności po wiatraki.
Przez chwilę naiwnie wydawało się, że w kwestii bezpieczeństwa – oprócz rytualnego kopania się po kostkach – jesteśmy zgodni. Że w sprawach fundamentalnych panuje zgoda: zagrożenie ze strony Rosji jest realne, wojna może nadejść w bliskiej przyszłości, a co gorsza, świat Zachodu nie jest już tak stabilny i jednomyślny. Odpowiednie przygotowanie na nadchodzącą falę jest więc kwestią egzystencjalną, zero-jedynkową. Tu nie ma przestrzeni na straszenie Niemcem, który chce na nas zarobić, albo na rozważanie, że może kiedyś ktoś zablokuje Polsce pieniądze na zbrojenia. Stawką jest nasze bezpieczeństwo i dorobek ostatnich dekad. Państwo powinno wykorzystać wszystkie możliwości i zasoby, aby w newralgicznym okresie zbudować odporność oraz siłę zdolną odstraszyć agresora, a w krytycznym momencie stawić mu czoła. To cel strategiczny, bezwzględny.
Program SAFE: realne wzmocnienie armii czy polityczny pretekst do sporu
Można oczywiście mówić, że zadłużamy się na 45 lat i że pożyczkę będą spłacać nasze wnuki. Warto jednak pamiętać, że za 45 lat – albo i za pięć – może też nas nie być. Historia jest dobrą nauczycielką, choć rzadko chcemy jej słuchać.
Teraz nagle się okazuje, że mimo powszechnego przekonania o zagrożeniu i mimo zgody co do konieczności szybkiego wzmocnienia sił zbrojnych pojawia się jakaś siła wyższa albo raczej stan wyższej konieczności politycznej. Program, który ma być potężnym i szybkim zastrzykiem środków, o skali porównywalnej z rocznymi wydatkami obronnymi Polski, nie powinien być realizowany, bo jest jakoby większym zagrożeniem dla naszej suwerenności niż imperialna Rosja Putina. Mamy więc szukać alternatywnych źródeł, dalej toczyć spory o to, jaką drogę wybrać. I co, będziemy je toczyć miesiącami, latami?
Jak pokazuje krytyka SAFE, nie potrzeba merytorycznych argumentów, gdy można je zastąpić, odwołując się do emocji, dokładając kolejne cegły lęków, aż przekona się nieprzekonanych, że ten program to samo nieszczęście. Bo Unia Europejska z Niemcami na czele będzie decydować o naszym bezpieczeństwie, będzie nam mówić, co mamy robić, co kupować i jak prowadzić politykę obronną.
Czy ktoś naprawdę w to wierzy? Czy ktokolwiek zgodziłby się na brukselski czy berliński dekret wbrew naszemu interesowi albo postanawiający coś za nas, narażając nasze bezpieczeństwo? Gdyby taki mechanizm zaistniał, odpowiedzialny za to człowiek (albo partia) następnego dnia byłby politycznie skończony. Argumentów przemawiających na rzecz odrzucenia SAFE jest naprawdę niewiele, a ich waga mizerna.
Dlatego apelujmy do Karola Nawrockiego, zwierzchnika sił zbrojnych i głowy państwa: rola prezydenta polega na wyjściu ponad bieżące spory, ponad identyfikację z którymkolwiek obozem. Istnieją kwestie fundamentalne, które wymagają stanięcia ponad podziałami w imię racji stanu. Program SAFE – mimo swoich niedoskonałości i pewnego ryzyka – obiecuje korzyści, które zdecydowanie przeważają nad jego słabościami. Potężny zastrzyk prawie 200 mld zł może w szybkim tempie wzmocnić naszą armię i bezpieczeństwo. Odrzucanie go tylko opóźni proces zbrojenia. Ktoś może zyska na nim politycznie, ale strategicznie niezaangażowanie się w niego będzie wyborem niekorzystnym dla Polski. ©℗