Prezydent rozegrał tę partię niczym arcymistrz, który w skomplikowanej grze środkowej przewidział wszystkie warianty rządu Donalda Tuska na dziesięć ruchów do przodu. Zamiast zapowiadanego przez rząd „wielkiego resetu” mamy wielkie „sprawdzam”, po którym minister sprawiedliwości Waldemar Żurek znalazł się w potrzasku, a konkretnie – z ustawą z czasów PiS, której szczerze nienawidzi, ale którą od teraz musi się posługiwać.

Przez ostatnie miesiące resort sprawiedliwości malował wizję radosnego powrotu do europejskiej rodziny praworządnych narodów. Projekt ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa miał być tym lśniącym kluczem, który otworzy wszystkie zamki w Brukseli i Luksemburgu. Minister Żurek wielokrotnie podkreślał, że dokument jest owocem zgniłego, ale koniecznego kompromisu: nie skraca kadencji obecnej Rady, a prawo wyboru jej członków przyznaje wszystkim sędziom, niezależnie od momentu ich powołania. Prezydenta do tej koncepcji przekonać się jednak nie udało, co w sumie nie powinno nikogo dziwić. Prawdę mówiąc, nikt specjalnie nie próbował go przekonać, a obaj panowie nie udawali nawet, że szukają pola do porozumienia. Zamiast kuluarowych negocjacji i merytorycznego ucierania stanowisk przez miesiące obserwowaliśmy festiwal złośliwości, podlanych męskimi metaforami o ustawkach, boksie i nokautach.

Ruch pierwszy - weto

Uzasadniając weto, prezydent oskarżył rząd o próbę upolityczniania sądów. – Nie mogę podpisać ustawy, która pod hasłem przywracania praworządności w rzeczywistości wprowadza nowy etap chaosu i otwiera drogę do politycznego wpływu na sędziów – oświadczył. Zdaniem pałacu weto nie oznacza próżni prawnej, bo przecież kadencja obecnej KRS zostaje przedłużona do momentu powołania nowej.

Minister Żurek zapowiada wprowadzenie „planu B”, z tym że opiera się on na przepisach z czasów PiS. Rząd, chcąc obsadzać wakaty w sądach, staje przed dylematem godnym antycznej tragedii. Może całkowicie sparaliżować wymiar sprawiedliwości albo pójść do „neo-KRS” z prośbą o nominacje, legitymizując tym samym wszystko, czego zwalczenie zapowiadał.

Ruch drugi - projekt ustawy

Równolegle z wetem prezydent położył na stole swój własny projekt, który dla środowisk sędziowskich jest jak wrzucenie granatu do kurnika. Rozwiązania są radykalne: bezwzględny zakaz badania statusu sędziów i kary więzienia – od 6 miesięcy do nawet 10 lat – za podważanie prerogatyw prezydenta, Trybunału Konstytucyjnego i KRS. Wisienką na torcie jest mechanizm „autousunięcia” z zawodu. Jeśli sędzia odmówi orzekania z neo-kolegą, zostanie to automatycznie uznane za zrzeczenie się urzędu. To prawniczy odpowiednik usunięcia figury z planszy bez możliwości odwołania. Dla pałacu to rozwiązanie ostatecznie rozwiązujące problem, dla rządu – projekt niemożliwy do zaakceptowania. Jednak sam fakt jego złożenia stawia koalicję w defensywie. Nieuchronne odrzucenie propozycji da prezydentowi paliwo do budowania narracji: „Ja chciałem stabilizacji, a oni wolą trwać w sporze”.

Ruch trzeci - referendum

Najbardziej znaczącym ruchem prezydenta jest jednak zapowiedź referendum. – Jeżeli propozycje dialogu zostaną odrzucone, zwrócę się do narodu z wnioskiem o referendum w sprawie przywrócenia normalności w funkcjonowaniu sądów. Niech zdecydują obywatele – zapowiedział Karol Nawrocki.

Jednak, aby referendum się odbyło, zgodę musi wyrazić Senat, w którym większość ma koalicja rządząca. Odrzucenie wniosku zostanie natychmiast zinterpretowane przez prezydenta i opozycję jako „strach przed głosem obywateli”. Z kolei zgoda na nie wiąże się z gigantycznym ryzykiem politycznym. Choć frekwencja w Polsce bywa kapryśna, wyborcy Nawrockiego i elektorat PiS to grupy wysoce zmobilizowane.

Waldemar Żurek próbuje rozbrajać ten pomysł pytaniami o koszty, dodając, że teraz „odpowiedzialność za przewlekłość w sądach spada na prezydenta”. Tyle że w starciu z hasłem o „oddaniu głosu narodowi” rachunek ekonomiczny bywa politycznie bezbronny.

W tej rozgrywce prezydent rzeczywiście może ogłosić zwycięstwo. Zablokował sztandarowy projekt rządu, narzucił własną narrację o „stabilizacji”, postawił koalicję pod ścianą referendum i zmusił ministra sprawiedliwości do manewrowania w ramach przepisów, które tamten od dawna nazywał źródłem systemowej patologii. Z punktu widzenia taktyki – ruch czysty, precyzyjny, bez ryzyka utraty własnego elektoratu.

Problem w tym, że to zwycięstwo ma charakter wyłącznie polityczny. Państwo nie wychodzi z tej rozgrywki silniejsze ani bardziej przewidywalne. Pat w sądownictwie nie znika – zostaje zakonserwowany. Sędziowie wciąż będą kwestionowani, wyroki podważane, a obywatele będą miesiącami czekać na rozstrzygnięcia. Bruksela nie dostanie jednoznacznego sygnału o systemowym uporządkowaniu, a inwestorzy – gwarancji stabilności dla prowadzenia biznesu nad Wisłą. Szach mat w trzech ruchach? Być może. Tyle że figura, która spada z planszy, to nie minister Żurek ani rząd Tuska. To publiczne zaufanie do instytucji państwa.