– Uważam, że prezydent popełnił błąd, rezygnując z udziału w inauguracji Rady Pokoju. Zaszczuli go ludzie z rządu i wycofał się – mówi jeden ze współpracowników Karola Nawrockiego, który uważa, że obecność Marcina Przydacza, szefa Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta, będzie niezauważona. – Nikt z nim nie będzie rozmawiał, bo to format przewidziany dla premierów i prezydentów – przekonuje.
I rzeczywiście ma sporo racji. Karol Nawrocki, wysyłając Marcina Przydacza na otwarcie Rady Pokoju, chciał uniknąć oskarżeń ze strony Stanów Zjednoczonych, że Polska lekceważąco podchodzi do nowo powołanego przez Donalda Trumpa ciała międzynarodowego. Obecność prezydenta w Waszyngtonie dałaby Polsce możliwość kontaktu z ważnymi przywódcami, w tym możliwość regularnych spotkań i rozmów z prezydentem USA. Pierwsze posiedzenie rady odbędzie się już w czwartek 19 lutego w Waszyngtonie. Wezmą w nim udział przedstawiciele co najmniej 20 państw. Polska otrzymała zaproszenie w charakterze obserwatora.
Kto pojedzie na inaugurację Rady Pokoju w Waszyngtonie?
Rada Pokoju została powołana przez Donalda Trumpa podczas 56. Światowego Forum Ekonomicznego w Davos. Do tej pory do organizacji dołączyły: Argentyna, Armenia, Azerbejdżan, Bahrajn, Bułgaria, Węgry, Indonezja, Jordania, Kazachstan, Kosowo, Mongolia, Maroko, Pakistan, Paragwaj, Katar, Arabia Saudyjska, Turcja, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Stany Zjednoczone, Uzbekistan, Salwador i Izrael. Zaproszenie odrzuciły m.in. Niemcy, Francja, Nowa Zelandia, Wielka Brytania, Norwegia i Szwecja.
Wcześniej na temat zbliżającego się posiedzenia rady wypowiedział się Donald Tusk. – Rada Pokoju prezydenta Trumpa zbiera się w Waszyngtonie. Jak już wielokrotnie informowaliśmy polską opinię publiczną, naszych partnerów, a także prezydenta, rząd nie przewiduje w tych okolicznościach i warunkach uczestnictwa Polski w Radzie Pokoju. Ewentualna wizyta w Waszyngtonie przedstawiciela prezydenta będzie miała charakter obserwacyjny, a więc w charakterze obserwatora przedstawiciel Polski może oczywiście uczestniczyć w tych obradach – mówił premier w trakcie posiedzenia rządu.
Podkreślił następnie, że „Polska na pewno nie zamierza i nie wyśle polskich żołnierzy do Strefy Gazy”. – Mamy swoje problemy bezpieczeństwa. (...) Polska także nie jest zainteresowana współfinansowaniem przedsięwzięć deweloperskich na terenie Gazy – dodał. Te słowa korespondują z tym, że Donald Trump, już po powołaniu rady, oznajmił, iż kraje biorące udział w jej pracach będą zobowiązane do wysłania żołnierzy w ramach sił stabilizacyjnych.
„Postawa wasalska” wobec USA nie podoba się Polakom
Argumenty rządu w sprawie nieprzystępowania do Rady Pokoju są racjonalne, szczególnie że żadne z dużych europejskich krajów nie zdecydowało się na przystąpienie do instytucji Trumpa. Co więcej, podejście rządu najwyraźniej przemówiło do samego prezydenta, który obawiał się jechać na własną rękę do Waszyngtonu. Politycy Koalicji Obywatelskiej twierdzili, że nawet gdyby prezydent dotarł na Radę Pokoju, niewiele by to zmieniło, bo nie jest w stanie podejmować wiążących decyzji za rząd.
– Postawa wasalska wobec Stanów Zjednoczonych nie podoba się Polakom. Prezydent śledzi, tak jak my, badania opinii publicznej – mówi polityk KO. Nie zgadza się z nim jeden ze współpracowników prezydenta, który uważa, że Polska powinna uczestniczyć w każdym gremium, w którym odbędzie się dyskusja na temat bezpieczeństwa Europy. Dementuje też, że Polska musiałaby zapłacić miliard dolarów za członkostwo w Radzie Pokoju, o czym mówił m.in. minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. – Tylko stałe członkostwo kosztuje miliard dolarów. Mogliśmy wejść na trzy lata do Rady Pokoju za darmo – komentuje człowiek Nawrockiego.
W sprawie kontrowersji wokół wpłat Biały Dom wypowiedział się w krótkim komunikacie wysłanym do portalu Wirtualna Polska. „Wszelkie wpłaty na rzecz Rady Pokoju są dobrowolne. Udział w spotkaniu rady nie wiąże się z żadnymi zobowiązaniami finansowymi” – przekazało biuro prasowe Białego Domu.