Zniesienie dwukadencyjności w samorządach – kluczowy projekt Polskiego Stronnictwa Ludowego – wrócił do komisji nadzwyczajnej ds. zmian w kodyfikacjach. Nowelizacja ustawy miałaby znieść wprowadzoną przez Prawo i Sprawiedliwość w 2018 r. zasadę, że wójtem, burmistrzem czy prezydentem miasta można być tylko przez dwie pięcioletnie kadencje.

Jeśli dwukadencyjność nie zostanie zniesiona, prawo do reelekcji straci ponad 1,5 tys. samorządowców

Utrzymanie obecnych przepisów oznaczałoby w 2029 r. prawdziwe polityczne trzęsienie ziemi, bo prawo do reelekcji straciłoby ponad 1,5 tys. włodarzy, co wymusiłoby przymusową wymianę kadr w ok. 60 proc. polskich gmin. Dla PSL byłby to fatalny scenariusz. Choć pod szyldem Trzeciej Drogi do samorządów weszło 179 wójtów i burmistrzów - z czego miażdżąca większość to członkowie PSL - to w rzeczywistości blokada uderzyłaby w blisko 500 lokalnych liderów tworzących szerokie zaplecze wpływów ludowców w terenie. To właśnie w gminach wiejskich, stanowiących polityczny trzon PSL, skala wymiany byłaby najwyższa i objęłaby ok. 65 proc. takich jednostek.

Projekt właściwie przeszedł już całą ścieżkę legislacyjną poprzedzającą głosowanie w Sejmie. Na początku stycznia pojawił się nawet w harmonogramie obrad, ale w ostatniej chwili – na wniosek ludowców – został wycofany i skierowany z powrotem do komisji. Powód był dość prosty: PSL nie miało pewności, że uzyska wystarczającą liczbę głosów. Ludowcy liczyli na wsparcie koalicjantów, ale temat wywołał podziały wewnątrz klubów. Choć prezesowi ludowców, wicepremierowi Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi udało się przeciągnąć na swoją stronę premiera Donalda Tuska, który zaapelował do wszystkich parlamentarzystów o poparcie proponowanych przez PSL zmian, Koalicja Obywatelska nie wprowadziła dyscypliny klubowej.

PSL liczy na koalicjantów. Co zrobią KO, Polska 2050 i Lewica?

– Nie wprowadziliśmy dyscypliny, natomiast dyskusja wewnątrzklubowa doprowadziła do tego, że w tej chwili trudno mi znaleźć kogoś, kto popierałby pozostanie przy tym ograniczeniu – mówi jeden z parlamentarzystów KO. Zniesienie dwukadencyjności wspierają prezydenci miast z ramienia KO, w tym pełniący drugą kadencję w roli prezydenta Warszawy Rafał Trzaskowski. – Nie należy tego jednak traktować jako ukłonu w jego stronę. Po wyborach prezydenckich klimat się zmienił, nawet w tej kwestii – zaznacza. Ludowcy chcą też zawalczyć o poparcie Polski 2050, która jest zajęta pełnymi zwrotów akcji wyborami na przewodniczącego klubu. – Z tego, co nam przekazywano, mają się określić w tej sprawie po wyborach, ale ten proces trwa dłużej, niż się spodziewaliśmy – wyjaśnia polityk PSL.

Klub Polski 2050 jest wewnętrznie podzielony także w sprawie dwukadencyjności. – Nie zamknęliśmy tego tematu podczas dyskusji na posiedzeniu klubu. Zdania są rozbieżne. Tak naprawdę sprawa rozbija się o to, czy ktoś był samorządowcem, czy nie – mówi jedna z posłanek Polski 2050. Główny argument za odrzuceniem proponowanych przez PSL zmian dotyczy ryzyka zabetonowania stanowisk w samorządach. – Druga strona przekonuje, że jeśli ktoś się sprawdza, to nie powinniśmy mu odbierać możliwości ponownego startu. W klubie cały czas prowadzimy tę dyskusję – podkreśla nasza rozmówczyni.

Lewica ustami marszałka Włodzimierza Czarzastego oświadczyła, że decyzję podejmie dopiero po zapoznaniu się z projektem, kiedy ostatecznie wyjdzie on z komisji. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że klub nie wprowadzi dyscypliny partyjnej podczas głosowania. – Dyscyplina funkcjonuje u nas przy projektach rządowych, przy poselskich to się raczej nie zdarza – tłumaczy poseł Lewicy. I przekonuje, że znaczenia nie będzie miała w tym kontekście postawa PSL w sprawie projektu o Państwowej Inspekcji Pracy. – Nie ma mowy o przehandlowaniu poparcia dwukadencyjności za PIP, bo ta sprawa, mimo wstępnego oporu premiera, znowu nabrała tempa i zostanie doprowadzona do końca – zapewnia.

Wewnętrzne podziały w PiS i Konfederacji

Dodatkowych głosów, jak mówi jeden z naszych rozmówców, PSL może szukać w opozycji. Choć za utrzymaniem dwukadencyjności opowiada się znaczna część posłów PiS, w klubie jest też frakcja wspierająca jej zniesienie. – Sami wprowadziliśmy tę zmianę, ale po kilku latach docierają do nas głosy, że to rozwiązanie się nie sprawdziło. Jaki ma sens osłabianie naszych struktur w samorządach? – komentuje nasz rozmówca. Jednoznacznej deklaracji próżno szukać też wśród posłów Konfederacji. – Nie mamy w tej sprawie dyscypliny, bo zdania i racje są podzielone. Uważam, że to dobrze – powiedział w rozmowie z Wirtualną Polską jeden z jej liderów Krzysztof Bosak. Przeciwko zniesieniu dwukadencyjności opowiadają się też posłowie Razem. – Wycofanie tego ograniczenia będzie się równać zabetonowaniu lokalnych układów – stwierdził Adrian Zandberg.

W obliczu tak silnego rozdrobnienia stanowisk w niemal każdym klubie parlamentarnym matematyka sejmowa pozostaje dla PSL bezlitosna. Przy pełnej frekwencji ludowcy muszą zgromadzić 231 głosów, podczas gdy ich własne zasoby wraz z deklarowanym poparciem Koalicji Obywatelskiej dają obecnie jedynie 188 w miarę pewnych szabel. Oznacza to, że losy projektu spoczywają w rękach niezdecydowanych posłów Polski 2050 oraz rozproszonych grup wewnątrz Lewicy i PiS. Ryzykowna gra o zniesienie limitu kadencji stała się więc testem na skuteczność zakulisowych negocjacji Kosiniaka-Kamysza. Bez poparcia przynajmniej 43 dodatkowych parlamentarzystów z innych ugrupowań, ta kluczowa dla przetrwania struktur PSL reforma może upaść.