Nie ma dzisiaj wynalazku technologicznego, który lepiej rozpracowałby nasz psychologiczny układ nagrody niż portale społecznościowe. Scrollujemy na potęgę i robią to także dzieci, tracąc po drodze możliwość koncentracji uwagi i umiejętność budowania zdrowych relacji międzyludzkich w realu. Tzw. media społecznościowe to po prostu cyfrowa, pluszowa wersja jednorękiego bandyty. Nigdy nie wiemy, co wyświetli się następne, a nasz mózg uwielbia dopaminę towarzyszącą temu oczekiwaniu. Tak działa hazard. Złaknieni akceptacji nieustannie sprawdzamy, czy ktoś coś nam polubił albo skomentował i traktujemy to jako dowód społecznej słuszności naszych spostrzeżeń. Na dodatek algorytmy chętnie pokazują nam więcej tego, co nas angażuje. Wobec tego wikłamy się w bańki informacyjne, stając się coraz bardziej podatni na dezinformację - coraz bardziej zaawansowaną i coraz częściej zaprojektowaną z politycznym zamiarem.

To prawda, że zakaz używania mediów społecznościowych przez dzieci może w praktyce łatwo okazać się fikcją. Ale w takim samym stopniu jest nią przekonanie, że jeśli zamkniemy oczy, to problem sam zniknie.

Technomiliarderzy, twórcy Facebooka i YouTube'a, ograniczają swoim dzieciom dostęp do internetu. Przypadek?

Justin Rosenstein, autor facebookowego lajka, odżegnuje się dziś od swojego wynalazku, twierdząc, że choć cyfrowy kciuk spełnił zakładane przez firmę oczekiwania, to „przyczynia się do złego spędzania czasu, zmarnowanego na przewijaniu popularnych filmów, które w żaden sposób nie wzbogacają życia”. Media społecznościowe porównał na swoim blogu do heroiny. Swojego czasu głośno było też o tym, że dzieci Gatesów mają wyznaczony limit czasu spędzanego przed ekranami oraz granicę wieku, od której mają dostęp do różnych urządzeń i portali. Ograniczenia w korzystaniu z mediów społecznościowych wprowadził też dla swoich dzieci Neal Mohan, prezes YouTube. Nie od dziś przecież wiadomo, że podczas gdy my myślimy, że jesteśmy użytkownikami mediów społecznościowych, w rzeczywistości jesteśmy dla nich tworzywem. Trudno by ktokolwiek zdawał sobie sprawę z tego lepiej niż królowie Doliny Krzemowej.

Już kilkanaście krajów europejskich wprowadziło różne formy zakazu korzystania ze smartfonów w szkołach. Starają się też to robić polskie podstawówki, balansując między koniecznością utrzymania uwagi uczniów a konstytucyjnym obwarowaniem władzy rodzicielskiej. Realia są takie, że zachęcając do oddawania telefonów do specjalnych skrytek czy pudełek, nauczyciele muszą sięgać po takie konstrukcje, jak umowa użyczenia, zabiegać o zgody rodziców i samych uczniów, często bez możliwości wyegzekwowania własnych nakazów, a także wydawać telefony na życzenie ucznia, biorąc za nie jednocześnie odpowiedzialność, kiedy młodzież nie ma dostępu do urządzeń. To prawda, że państwo nie powinno zastępować rodzica w wychowywaniu dziecka, ale jeszcze nigdy nie widziałam, żeby powodem kompulsywnego korzystania z telefonu przez nastolatka były gwarancje konstytucyjne władzy rodzicielskiej. Wiele razy widziałam za to, że była nim rodzicielska bezradność spod znaku: jak mogę zabronić smartfona, skoro inne dzieci je mają? Prawny zakaz, nawet jeśli ma swoje oczywiste mielizny, dawałby przynajmniej jakieś narzędzia rodzicom i nauczycielom.

Jakie prawo nam gotuje polityczny tercet egzotyczny: Roman Giertych, Barbara Nowacka i Monika Rosa?

Pytanie tylko, czy projektowaną regulację politycy potraktują serio. Sojusz Romana Giertycha, którego moje pokolenie kojarzy jeszcze z mundurkami w szkołach, Barbary Nowackiej, jednej z liderek Czarnego Protestu, oraz Moniki Rosy, zaczynającej karierę polityczną pod skrzydłami Ryszarda Petru, może wydawać się tercetem egzotycznym. Polem tej współpracy ma być właśnie projekt zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez dzieci i młodzież do piętnastego roku życia. Cała trójka, choć wywodzi się z kompletnie różnych środowisk, dziś jest w KO, czyli partii rządzącej. Postawiła jednak na projekt poselski, stąd wnioskuję, że w rządzie albo nie ma zgody na taką regulację, albo partie, które go dziś tworzą, są pochłonięte innymi, często wewnętrznymi sporami.

Pomysł ma jednak oczywisty polityczny potencjał. Piętnastolatki nie głosują, ale ich rodzice owszem. Opozycja słysząc o nowym zakazie, już ustawia się więc na pozycji obrony konstytucyjnych wolności, strasząc zamachem na władzę rodzicielską. Inicjatorzy budują za to suspens, mnożąc lęki rodziców. Jednych i drugich łączy to, że „umieją w internety”. Wiedzą przecież, że nic nie angażuje wyborców tak jak lęk. Zajmowanie się zakazem opłaca się więc wszystkim, bo każdemu będzie się coś klikało. A algorytmy mediów społecznościowych już same najlepiej wiedzą, komu jaki lęk podsunąć.