„Polityka to gałąź branży rozrywkowej” – mawiał muzyk Frank Zappa. Ostatnimi czasy już nie tylko ludzie rozrywki i kultury tak sądzą, ale zdaje się, że także dziennikarze, a przede wszystkim sami politycy. Co więcej, ci ostatni zaczynają wręcz działać w myśl tej koncepcji.

Dziś polityka ma bawić, a polityk musi występować w mediach ku uciesze gawiedzi. Proces, który dokonał się już choćby w Norwegii, m.in. za sprawą telewizyjnego talk-show „Skavlan”, teraz zaczął wchodzić wielkimi krokami do Polski. Wpierw marszałek Sejmu Szymon Hołownia sprowadził obrady Sejmu do „Sejmfiksu”, który ludzie mieli oglądać niczym serial albo program rozrywkowy. Było to o tyle zrozumiałe, że sam Hołownia wywodził się z show-biznesu i chyba nie do końca odnalazł się w roli męża stanu. Ale w roli zabawiacza tłumów już tak. Ostatecznie efekt „Sejmfliksa” okazał się krótkotrwały i uderzył na końcu przede wszystkim w samego Hołownię, którego występ w polityce został powszechnie zakwalifikowany jako performance artystyczno-komediowy. Ostatnim aktem było głosowanie na prezesa partii Polska 2050, które przerodziło się w smutne widowisko.

O co chodzi w „Lidze Debat” na Kanale Zero?

Ale żarty na bok. Przerobienie polityki na show stanowi bowiem poważne zagrożenie dla debaty publicznej. Tymczasem Kanał Zero – wyraźnie zafascynowany wszelkimi sportowymi kontekstami postrzegania polityki – postanowił iść właśnie tą drogą i zamienić politykę w system ligowy przy pomocy debat, w których politycy biorą udział niczym w rozgrywkach sportowych. Chodzi o program „Liga Debat” – do studia zapraszani są przedstawiciele różnych partii i żywo dyskutują na zadane tematy. Na razie brzmi to jak coś zupełnie zwyczajnego i niewinnego jak na standardy telewizyjno-internetowe, gdyby nie elementy grywalizacji w postaci zdobywanych przez tychże polityków punktów.

Podkreślmy, że format zorganizowany przez Kanał Zero nie jest czymś nowym – Amerykanie już dawno znaleźli na to określenie: horse race journalism. W Stanach Zjednoczonych pisali o tym tacy badacze jak Thomas E. Patterson czy Jay Rosen. Obydwaj wskazywali, że polityka relacjonowana niczym wyścigi konne zabija de facto demokrację. W takim układzie bowiem politycy znajdują się w emocjonalnej pętli, dopinguje się ich do robienia z debaty coraz większego cyrku i budowania na tym zasięgów; te zaś powiększają się zawsze wtedy, kiedy ludzie robią coraz to bardziej kontrowersyjne rzeczy.

Jeżeli bowiem zastanowić się nad istotą demokracji, to okaże się, że jest nią ścieranie się racji, szukanie kompromisów i próby wypracowywania wspólnego stanowiska. A nie granie na siebie, na swoje osobiste zasięgi i popularność w sieci. Problem w tym, że dogadywanie się i wypracowywanie konsensusu, zwłaszcza po tym, jak trzeba ustąpić ze swoich partykularnych interesów na rzecz wspólnego dobra, nie klika się. Zupełnie inaczej jest z konfliktem. On napędza klikalność podrzędnym politykom, niczym freak fighty mniej znanym influencerom.

Polityczna gra w zasięgi. Współczesne wydanie liberum veto

Cały absurd procesu zamieniania polityki w „grę na zasięgi” objawi nam się w pełni, kiedy przeniesiemy jego mechanizmy w czasie i spojrzymy na nie przez pryzmat I Rzeczypospolitej. Dosyć powszechnie uważa się, że parlamentaryzm doby sarmackiej przypominał awanturę przekrzykujących się warchołów, którzy kierowali się prywatą. I co tu wiele mówić – dosyć często tak było. Zgadzamy się również, że przez prywatę Rzeczpospolita może nie upadła, ale na pewno ku temu upadkowi się zbliżyła.

Dziś z kolei sami – jako widzowie – wspieramy mechanizm, w którym nagradza się polityczne warcholstwo. Głupie, przesadzone lub nacechowane nadmiernymi emocjami wystąpienia posłów mają najwyższą wartość w walucie klików. Cały ten spektakl urządza się na dodatek pod płaszczykiem obrony demokracji. To tak, jakbyśmy postawili kamerę przed Wacławem Wiktorynem Sicińskim (pierwszym posłem-szlachcicem, który użył liberum veto) i dopingowali go w tym, aby zerwał sejm, bo dzięki temu będzie większa oglądalność i zbudujemy większe zasięgi. W ten sposób pozwalamy, aby prywata (w tym wypadku: podbijanie wizerunku) stała się głównym motywatorem dla posłów.

Nie wykluczam, że Krzysztof Stanowski i inni twórcy Kanału Zero mieli dobre intencje. Być może chcieli, aby politycy mogli wypowiedzieć się szerzej i aby media na bieżąco kontrolowały ich działania oraz słowa, ale efekt zdaje się być odwrotny. Zamiast kontrolować polityków, wychowuje się rzesze politycznych amatorów, którzy potrafią tylko brylować w mediach i przekraczać kolejne granice. Tylko potem niech nikt nie rozdziera szat, kiedy przyniesie to opłakane skutki.