Piszę ten tekst pod koniec adwentu – czasu oczekiwania na Boże Narodzenie. I mam wrażenie, że przeżywamy w tej chwili coś w rodzaju podwójnego adwentu. Bo w wymiarze geopolitycznym, technologicznym, cywilizacyjnym również jesteśmy w okresie wielkiego oczekiwania, międzyepoki. Idą zmiany, część z nich widzimy gołym okiem, ale najważniejsze strukturalne przesunięcia wciąż przed nami. Samo czekanie jednak nie wystarczy. Trzeba się dobrze przygotować na przyszłość, która nadchodzi.

Zacznijmy od tego, co boleśnie uwidocznił odchodzący rok, a co wciąż w Polsce trudno niektórym przyjąć. Zarówno globalizacja, jak i demokracja liberalna nie są dane raz na zawsze. Na tych dwóch filarach został zbudowany dobrobyt świata zachodniego, ale „produktem ubocznym”, zwłaszcza ostatnich 30 lat, był wzrost potęgi Chin. Mówiąc wprost: globalizacja nigdy nie była ewangelią, misją humanitarną Waszyngtonu. Była systemem, który Ameryce się opłacał. Dziś, w zmienionych warunkach globalnej konkurencji, taki model już się nie kalkuluje. I dlatego ulega zmianie.

Koniec ery „globalnego policjanta”

Benevolent hegemony (życzliwa hegemonia) dobiegła końca. Zasadniczym celem opublikowanej niedawno Narodowej Strategii Bezpieczeństwa USA (NSS) jest zmniejszenie obciążeń wynikających z rozległej obecności sił amerykańskich w trzech teatrach geostrategicznych jednocześnie (Indo-Pacyfik, Bliski Wschód, Europa), podporządkowanie polityki zagranicznej priorytetom wewnętrznym (America First) oraz utrzymanie władzy innymi metodami: opierając się na przewadze technologicznej i finansowej. Nowe reguły będą bazować na – jak to określa strategia – równowadze, wzajemności i sprawiedliwości. Innymi słowy, to koniec ery „globalnego policjanta”. Nowy kierunek będzie służył budowie bloku państw współpracujących i wykluczaniu tych, którzy chcą „jechać na gapę” i nie odwzajemniają zobowiązań.

Fragment poświęcony Europie może budzić wiele pytań o przyszłość. Ale niestety to nie nowa strategia USA uczyniła Europę regionem o słabnącym znaczeniu gospodarczym. To konsekwencja ostatnich trzech dekad, a zwłaszcza ostatnich lat fatalnych rządów lewicowych i neoliberalnych unijnych elit. Przykro to pisać, ale dzisiejsza sytuacja odzwierciedla słabość, na którą Europejczycy sami zapracowali. To efekt oddawania marży, polityki Zielonego Ładu, polityki migracyjnej, wygaszania rodzimego przemysłu, utraty zdolności technologicznych i tchórzliwej wiary, że inni będą chronić nasze interesy skuteczniej niż my sami. Brutalna prawda jest taka, że Europa nie jest już traktowana równorzędnie, bo przez lata nie działała tak, jak partner działać powinien.

Koniec naiwnej globalizacji i świt nowego regionalizmu

W tym kontekście szczególną kwestią pozostaje rosyjskie zagrożenie i dalszy przebieg wojny na Ukrainie. W dokumencie pojawia się postulat „przywrócenia stabilności strategicznej z Rosją”. To, co z perspektywy NSS – podporządkowanej logice rywalizacji USA–Chiny – może wydawać się uporządkowaniem priorytetów, z perspektywy Polski i Europy jest trudne i rodzi pytania. Rosja nie jest i nie będzie partnerem, na którym można oprzeć jakikolwiek trwały układ. To państwo, którego przewidywalność zasadza się wyłącznie na przemocy, autorytaryzmie i imperialnych ambicjach.

Co więc powinna zrobić Polska? Relacje transatlantyckie zmieniają warunki, ale nie zmieniają swojego strategicznego znaczenia. W obecnej sytuacji wyłania się kilka obszarów, w obrębie których możemy skutecznie lewarować naszą geostrategiczną pozycję. Obserwujemy bowiem, powtórzę, koniec naiwnej globalizacji i świt nowego regionalizmu.

Rok 2026 będzie kolejnym rokiem kształtowania się multipolarnego układu sił, w którym bloki państw będą tworzyć swoje (często nowe) założenia gospodarcze i szlaki handlowe. Dlatego chcę podkreślić: nasze bezpieczeństwo i nasz rozwój będzie w najbliższej przyszłości zależeć od tego, w ilu formatach gospodarczo-politycznych (od Skandynawii po Turcję, od Korei Południowej po Bliski Wschód) uda nam się brać czynny udział i w ich ramach tworzyć przestrzeń do realizacji własnych celów. Potrzeba mocnego zaangażowania na europejskiej osi północ-południe, od Skandynawii po Turcję i Ukrainę. Trzeba też przebudować relacje i oczekiwania wobec USA i nade wszystko należy pilnie budować własną siłę odstraszania i odporność finansowo-militarną.

Polska dysponuje zasobami

W świecie, w którym trzeba szukać nisz i obszarów specjalizacji, Polska dysponuje zasobami, które może rozwinąć w spójny infrastrukturalny ekosystem: od CPK przez porty po wielowarstwową infrastrukturę cargo – zaczynając od LNG, kolei i logistyki intermodalnej, a kończąc na hubach przeładunkowych obsługujących handel Północ–Południe. To układ, który pozwala budować efekt skali i tworzyć wysoką rentowność i realną marżę – zarówno gospodarczą, jak i geostrategiczną. Polska może – a skoro może, to w obecnej sytuacji musi – stać się multisektorowym hubem regionu, bramą nowej Europy.

Jednego musimy być przy tym świadomi. Nikt naszych problemów nie rozwiąże za nas. Sprawy Europy są w pierwszej kolejności sprawami Europy. A sprawy Europy Środkowej i flanki wschodniej NATO są sprawami Europy Środkowej i flanki wschodniej NATO. W szczególności kwestia bezpieczeństwa to nasz narodowy obowiązek. Poza powodem pryncypialnym jest również powód pragmatyczny. Tylko silny sojusznik, umiejący rozgrywać własną grę i stabilizujący sytuację w regionie, to sojusznik, który będzie traktowany po partnersku.

Musimy oswoić strategiczną samotność

Dlatego musimy wejść na kolejny poziom budowy suwerenności. Nie możemy myśleć o obronie tylko w kategoriach kupowanego sprzętu czy obecności sojuszników – choć oba elementy są ważne. Musimy przejść do fazy aktywnego odstraszania, które opiera się na nowych zdolnościach defensywnych i ofensywnych. Tylko tak możemy „nabrać masy”, budować odporność i pozycję negocjacyjną zarazem. Zwłaszcza że w najbliższych latach przyjdzie nam negocjować z wieloma graczami jednocześnie.

Moje pokolenie ukształtowało się w modelu unipolarnym – zogniskowanym wokół USA, który łączył globalizację z demokracją liberalną i amerykańskim parasolem bezpieczeństwa. III RP była dzieckiem tego porządku. Jechaliśmy tą autostradą przez trzy i pół dekady – dziś ta autostrada się kończy i dalej trzeba ruszyć własną drogą.

Jednym z najważniejszych wyzwań dla Polski w najbliższym czasie jest oswojenie samotności strategicznej. Nie chodzi o podważenie sensu sojuszy, ale świadomość, że nie wszystkie nasze interesy są tożsame z interesami sprzymierzeńców i że własny rachunek strategiczny trzeba prowadzić samodzielnie.

Geopolityczne lekcje dla Polski

Dużo uwagi poświęcam tu kwestiom bezpieczeństwa rozumianego przez pryzmat geopolityki. One bowiem wyznaczają dziś horyzont działania wszystkich innych dziedzin – także polityki rozwojowej i gospodarczej. W świecie, którego podstawy ulegają głębokim przeobrażeniom, zewnętrzni patroni się wycofują, a dotychczasowe gwarancje tracą na wiarygodności, trzeba inwestować we własne silniki wzrostu. Dziś takim silnikiem jest sektor obronny – a dokładniej dual-use, czyli technologie o jednoczesnym zastosowaniu wojskowym i cywilnym. To właśnie ten obszar jest obecnie wielkim tyglem innowacji.

Dual-use zwraca się podwójnie: w bezpieczeństwie i w konkurencyjności gospodarki. Znaczna część tego ekosystemu może powstawać w Polsce, tworząc miejsca pracy i potencjał eksportowy. Rewolucja dronowa jest tu modelowym przykładem: mamy zasoby, położenie i unikalną szansę partnerstwa defence-tech z Ukrainą – od bezpiecznego zaplecza B+R, przez szybkie testy w terenie, po deregulację i uruchomienie prywatnego kapitału. W takich wyborach rozstrzyga się dziś realna miara siły państwa.

A skoro już o tym mowa: czas zdjąć z piedestału naiwną narrację o „dwudziestej gospodarce świata”. To dobra opowieść ku pokrzepieniu serc, ale słaba diagnoza. Owszem, cieszmy się przez chwilę tym sukcesem ostatnich 36 lat, ale miejmy też świadomość zaszytej w nim słabości. PKB mierzy przepływ, nie zasób, nie majątek, nie know-how, nie technologie. Tymczasem o realnej sile gospodarczej państw decyduje przede wszystkim „stock”: kapitał, technologia i zdolność do przechwytywania zysków, generowania marży. Na „flow” naszej dwudziestej gospodarki świata zarabia całkiem sporo zagraniczny kapitał, a w mniejszym stopniu polskie firmy. Krótko mówiąc: więcej środków z Polski wypływa, niż do niej wraca. Odwrócenie tego trendu to jedno z kluczowych zadań nadchodzącej dekady. Potrzebujemy zatem mniej hurraoptymizmu, a więcej technopatriotyzmu; mniej abstrakcyjnych celów, w tym odrealnionych celów klimatycznych, a więcej konkretnych misji technologicznych i gospodarczych.

Ale bez strategii to wszystko pozostanie niemożliwe. Tymczasem obecny rząd ugrzązł w stanie trwałej niewydolności strategicznej. Rok 2026 może być ostatnim momentem, by ten deficyt nadrobić. Wiąże się to z trudnymi decyzjami – w energetyce, w przemyśle. A ponadto żadna strategia się nie powiedzie, jeśli Polska pozostanie wewnętrznie pęknięta. Polaryzacja paraliżuje instytucje i osłabia zdolność działania. Musimy zdobyć się na minimum zgody wokół spraw najważniejszych – bezpieczeństwa czy polityki energetycznej.

Powtórzę: potrzebujemy wielkiej strategii państwa polskiego. Dopiero w jej ramach możemy nie tylko reagować na zmiany, lecz także je współkształtować. Ale mam dobrą wiadomość: jak pisała ekonomistka Mariana Mazzucato, innowacje nie rodzą się same z siebie, ale często przy okazji rozwiązywania wielkich problemów. A tych dziś nam nie brakuje. Dlatego tylko synergia silnego, ambitnego państwa i konkurencyjnego wolnego rynku może przynieść efekty, których Polska potrzebuje.