W USA od dawna nie było tak spolaryzowanego wyścigu prezydenckiego, którego uczestnicy mieliby tak odmienne spojrzenie na różne kwestie. Także w polityce zagranicznej, co oznacza konsekwencje dla Polski.
1. Wybór między Ameryką zaangażowaną a wycofaną. W kampanii wyborczej Donald Trump wielokrotnie wskazywał, że Ameryka musi się bardziej skupić na swoich wewnętrznych problemach, a mniej na problemach świata. Charakterystyczna była jego odpowiedź na pytanie młodego chłopaka, czy zamierza wydać więcej pieniędzy na podbój kosmosu. „Musimy najpierw załatać nasze drogi” – odpowiedział biznesmen.
Otwarte pozostaje pytanie, gdzie Trump chce szukać oszczędności na łatanie dróg. Na pewno nie chodziło o całość polityki zagranicznej – w tym militarnego zaangażowania – bowiem republikański kandydat wielokrotnie podkreślał, że chce za pomocą bomb zrównać Państwo Islamskie z ziemią. Trudno jednak powiedzieć, które międzynarodowe inicjatywy znajdą przychylność republikańskiego lidera, a które nie. Z perspektywy Warszawy zwiększa to niepewność. Pod tym względem Hillary Clinton będzie raczej kontynuatorką polityki Baracka Obamy, dbając o amerykańskie zaangażowanie w świecie.
2. Przyszłość NATO. Amerykanie, chcąc nie chcąc, zadecydują dzisiaj przy urnach wyborczych także o kierunku, w jakim pójdzie Sojusz Północnoatlantycki. Ze strony kandydatki demokratów nikt nie oczekuje rewolucji w polityce USA w tym zakresie. Znacznie mniej pewne wydaje się jednak, jakie plany wobec NATO ma Trump. Republikański kandydat w kampanii w wywiadzie dla „New York Timesa” uzależnił wywiązywanie się z zobowiązań płynących z Paktu od tego, czy inne strony również wywiązują się ze swoich – co spowodowało konsternację nie tylko wśród członków NATO, ale nawet w Waszyngtonie. – Trump kwestionuje automatyzm sojuszy, który dotychczas traktowaliśmy jako pewnik. A jeśli ktoś kwestionuje sojusze, to skąd mamy wiedzieć, jak zachowa się w sytuacji kryzysowej. To oznacza, że podniesie się poziom ryzyka w polityce międzynarodowej – ocenia prof. Bohdan Szklarski, dyrektor Ośrodka Studiów Amerykańskich.
Prawdą jest, że Trump na głos wyraził opinię, którą nie od dziś po cichu podziela wielu polityków po jednej i po drugiej stronie amerykańskiej sceny politycznej – że członkowie NATO nie przeznaczają wystarczających środków na obronność. Jest jednak znacząca różnica między nawoływaniem do zdjęcia części ciężaru z barków Ameryki a kwestionowaniem zobowiązań sojuszniczych.
3. Nastawienie względem Rosji. Wybierając przyszłego prezydenta, Amerykanie zadecydują również o przyszłej polityce względem Rosji. Z punktu widzenia Warszawy nie ma chyba ważniejszego aspektu nowej prezydentury, co pokazały dobitnie uczucia nad Wisłą, kiedy Obama zadeklarował reset w stosunkach z Rosją i realna stała się obawa, że Waszyngton będzie chciał się dogadywać z Moskwą bez oglądania się na interesy państw regionu. Donald Trump na kampanijnym szlaku kilkakrotnie wypowiedział się w ciepłych słowach o Władimirze Putinie, zapowiedział także odejście od polityki sankcji, co wskazywałoby, że będzie szukał zbliżenia z Rosją.
Clinton była sekretarzem stanu, kiedy Waszyngton ogłosił reset z Rosją. Zdaje się jednak, że długoterminowe fiasko takiej polityki sprawiło, że Clinton usztywniła swoje stanowisko względem Moskwy. Należy pamiętać, że z punktu widzenia Waszyngtonu zbliżenie z Rosją ma sens, bo uwolniłoby znaczące środki. Trudno więc się dziwić, że po drugiej stronie Atlantyku wciąż znajdą się zwolennicy tego rozwiązania. Niemniej jednak skutki mogłyby być fatalne – nie tylko dla Polski. – Jeśli Trump zgodnie ze swoimi zapowiedziami z kampanii odwróciłby się od polityki sankcji wobec Rosji, to rozbiłby transatlantycki konsensus, czego konsekwencje byłyby niewesołe – mówi Michał Baranowski, dyrektor warszawskiego biura German Marshall Fund.
4. Europa – USA. Fundamentem powojennego ładu są międzynarodowe instytucje. Do tych jednak Donald Trump ma stosunek co najmniej ambiwalentny. W lipcowym wywiadzie dla NBC News Trump stwierdził, że Unia Europejska to „konsorcjum do konkurowania ze Stanami Zjednoczonymi”, stworzone po to, żeby „pobić Stany Zjednoczone w robieniu pieniędzy”. Jeśli Trump faktycznie postrzega UE jako konkurencję, oznaczałoby to powrót do narracji sprzed kilku dekad, kiedy w Waszyngtonie nie postrzegano Europy jako partnera, ale jako konkurenta.
Dzisiaj Amerykanie przychylnie patrzą na projekt unijny. Owszem, lokator Białego Domu wciąż lubi rozmawiać z najsilniejszym liderem w Unii – w przypadku Obamy była to Angela Merkel – ale nie podważa samej instytucji. Trump może chcieć zignorować Unię albo przeciwstawić się wykładaniu pieniędzy przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy przy okazji następnego kryzysu na Starym Kontynencie. Znów, po Hillary Clinton spodziewać się można raczej szacunku do unijnych instytucji.
5. Bezpieczeństwo. Wszystkie powyższe kwestie nieuchronnie prowadzą do pytania o bezpieczeństwo Polski. Z perspektywy Warszawy najlepsza jest Ameryka aktywna, zaangażowana na świecie, gotowa do pogrożenia palcem, kiedy trzeba. Jeśli z wypowiedzi Trumpa można wnioskować o kierunkach jego przyszłej polityki, to chce on Amerykę ze świata wycofać, angażując się bardziej punktowo, działając tylko w amerykańskim interesie, jednostronnie i bez konsultacji. – Gdyby Amerykanie z czasem wycofali się z regionu, to przecież nie od razu wjechałyby do nas wrogie czołgi. Nie zmienia to jednak faktu, że brak Amerykanów przedłożyłby się na codzienne życie, chociażby z tego względu, że agresja względem Polski mogłaby przybrać ostrzejsze formy – mówi Baranowski.