Do niedawna Polacy byli uważani za naród, który jada niemal wyłącznie w domu. To już historia: pokochaliśmy restauracje. A kebaby i zapiekanki przestają nam smakować. W ostatnim roku, po raz pierwszy od 2007 r., dynamika wydatków na jedzenie poza domem osiągnęła dwucyfrowy poziom.
Reklama
Polski rynek gastronomiczny / Dziennik Gazeta Prawna

Reklama
Zwiększyły się one o 11 proc., co przełożyło się na rekordowe przychody z działalności gastronomicznej – przekroczyły kwotę 30 mld zł. W tym roku ten trend zostanie utrzymany. Przyczyni się do tego w dużym stopniu wysoka liczba polskich i zagranicznych turystów.
Co do przyszłości rynku opinie są jednak podzielone. Negatywny wpływ może mieć wejście w życie zakazu handlu w niedzielę. Centra handlowe, w których znajduje się kilka tysięcy placówek gastronomicznych (co odpowiada około 15–20 proc. rynku), staną się „martwe” w ostatnim – i zarazem kluczowym z ich punktu widzenia – dniu tygodnia.
Najbardziej stracą bary szybkiej obsługi, kawiarnie, cukiernie i lodziarnie. Obronną ręką mogą wyjść natomiast restauracje z osobnym wejściem, czyli nie z poziomu centrum handlowego.
– Przygotowujemy się na zmiany. W tym celu zrezygnowaliśmy już z 13 restauracji we wspólnych częściach gastronomicznych centrów handlowych. W naszym przypadku zagrożone jest 11 mln zł przychodu. Liczymy jednak, że przynajmniej 5 mln zł uda się odrobić w innych dniach tygodnia – komentuje Jacek Kuś, wiceprezes zarządu Sfinks Polska. Z kolei zdaniem Jarosława Frontczaka z firmy badawczej PMR, tąpnięcie na rynku będzie, ale tylko chwilowe. W dłuższej perspektywie branża gastronomiczna może skorzystać na zakazie. – Klienci powrócą do centrów miast, gdzie są restauracje i bary – komentuje.
Renesans gastronomii nie dotyczy wszystkich. Według danych GUS w odwrocie są bary. Ubiegły rok był kolejnym, w którym ich liczba zmalała – o 5,2 proc. do 22,29 tys. Tym samym ich udział w rynku liczącym 68,3 tys. placówek sięga już 32,6 proc., czyli o 6 pkt proc. mniej niż jeszcze pięć lat temu. Wpływ na to mają zmieniające się przyzwyczajenia konsumentów, którzy oczekują nie tylko dobrej jakości jedzenia, ale i odpowiedniego wystroju wnętrza. Dla nich bary są zbyt surowe.
– To też efekt przemijania mód. Były już kebaby, kurczaki z rożna czy zapiekanki. Przekąski wyprowadzono do sklepów osiedlowych lub na stacje paliw, gdzie masowo powstają kąciki gastronomiczne. Tych jednak nie uwzględnia się w statystykach – wylicza Jarosław Frontczak.
Trend spadkowy nie dotyczy barów mlecznych. Te przeżywają renesans. – Na rynku powstały już minisieci. Przykładem jest „Mleczarnia”, która w Warszawie ma dziewięć punktów, a poza nią trzy. Tyle tylko że bary mleczne korzystają z dofinansowania Ministerstwa Finansów i samorządu. Oczywiście muszą spełnić określone warunki – zauważa Tomasz Starzyk z Bisnode Polska. Wreszcie widać wyraźnie trend, zgodnie z którym bary rozszerzają swój asortyment oraz powierzchnie, stając się w ten sposób restauracjami.
Jak wynika z danych GUS, na kurczeniu się rynku barów zyskują właśnie restauracje.
W 2015 r. ich liczba zwiększyła się o prawie 8 proc. do 18,7 tys. W ciągu pięciu lat ich udział w rynku wzrósł o ponad 6 pkt proc. do 27,5 proc. Przedsiębiorcy mają wciąż ambitne plany na tym rynku. McDonald’s zapowiada około 20 nowych restauracji rocznie. Podobne założenia ma AmRest. – W tym roku otworzymy 12 nowych lokali. Kolejnych sześć wyremontujemy. Nad kolejnymi czterema już pracujemy. Korzystamy na rosnącym popycie na usługi restauracyjne pod znanymi markami – komentuje Jacek Kuś.
Firmy zamykają lokale w galeriach handlowych. Sfinks zlikwidował ich 13.