Pewne cechy wykształcone u zarania dziejów człowieka nie zostały równo rozdystrybuowane. Jeśli masz gen niecierpliwości, to nie osiągniesz sukcesu w biznesie. Jeśli masz gen uporu, sukces jest kwestią czasu
Reklama
prof. Oded Galor izraelski ekonomista z Brown University na Rhode Island / Dziennik Gazeta Prawna
Inspiruje pana Herbert Spencer, słynny XIX-wieczny darwinista społeczny?
Nie.
Jak to? Przecież próbuje pan tłumaczyć gospodarkę mechanizmami ewolucji. Tak jak Spencer.
On nigdy mnie specjalnie nie zajmował. Darwinizm społeczny, który się Spencerowi przypisuje, może być naukowo wartościową teorią, lecz tylko w najogólniejszym rozumieniu. Trudno podważyć przecież tezę, że selekcja naturalna wpływa na kształt i rozwój społeczeństw.
Przetrwają tylko najlepiej przystosowani...
Z pewnością konkurencja jest częścią ludzkiej natury, elementem darwinowskiej strategii przetrwania. Ta strategia jest w nas wpisana. Chcemy być lepsi niż inni, bo dzięki temu zwiększamy szansę przetrwania – swoją i swojego potomstwa.
Skoro konkurencja to proces warunkowany biologicznie, to może istnienie gospodarki rynkowej także jest biologicznie zasadne?
Rynek to mechanizm wspomagający, czy też wzmacniający efektywność konkurencji, lecz nie jest to bezpośredni rezultat ewolucji biologicznej. Na pewno jednak w toku tej ewolucji promowane są cechy z rynkiem komplementarne – w wyniku ewolucji tworzy się chociażby indywidualizm, bez którego gospodarka rynkowa nie miałaby racji bytu. Mnie interesuje ewolucja na poziomie genetycznym. Zastanawiam się, czy na rozwój gospodarczy wpływa to, jak nasze DNA jest „skomponowane” – ale nie w ujęciu jednostkowym, ale całego społeczeństwa. Chodzi o różnorodność genetyczną społeczeństw.
I wpływa?
Owszem. Różnorodność genetyczna jest stopniowalna, może być mała lub duża, społeczeństwa mogą być genetycznie homogeniczne bądź heterogeniczne. Jej wpływ na rozwój gospodarczy jest tak duży, że pozwala wytłumaczyć, dlaczego jedne państwa są biedne, a inne bogate. Tłumaczy też niezwykłą skalę tych różnic. Pomaga zatem wyjaśnić, dlaczego nierówności wzrosły tak znacznie w ciągu ostatnich 200 lat, choć jeszcze w XV w. były relatywnie niewielkie. Moja teoria bazuje na znanym od dawna i opisanym w naukach ewolucyjnych efekcie założyciela. Wszyscy, jak wiadomo, pochodzimy z Afryki. 200 tys. lat temu wykształcił się w Afryce człowiek współczesny, a potem – ok. 50–80 tys. lat temu – zaczął emigrować z Afryki w różne strony świata. W zależności od tego, jak potoczyły się losy tych emigrantów, którzy z konieczności zabierali ze sobą tylko część afrykańskiego genotypu, tworzyły się społeczeństwa mniej lub bardziej zróżnicowane genetycznie. Generalnie im dalej od Afryki, tym mniejsza różnorodność genetyczna. W Etiopii jest największa, w Boliwii i innych krajach Ameryki Łacińskiej najmniejsza. Oczywiście zróżnicowanie kodu genetycznego przekłada się na kwestie zróżnicowania kulturowego.
Rozumiem, że te skrajności są niekorzystne dla rozwoju gospodarczego?
Tak. Weźmy wysoką różnorodność. Jeśli jest zbyt wysoka, wpływa negatywnie na spójność społeczną, zmniejsza skłonność do współpracy, a więc ogranicza potencjał wzrostu gospodarki. Jeśli jednak jest odpowiednio wysoka, uruchamia w gospodarce innowacyjność, co przekłada się na wzrost produktywności. Skrajnie różnorodna genetycznie Afryka rozrywana jest raz po raz konfliktami i brakiem harmonii społecznej, bez której gospodarka nie może się rozwijać. Z kolei w Ameryce Łacińskiej właściwie nie powstają żadne innowacje. Efekt jest taki, że te rejony świata są skrajnie biedne. Współczesne różnice w PKB per capita między państwami to zatem rezultat zdarzeń, które miały miejsce tysiące lat temu. Gdyby Boliwia miała optymalny poziom zróżnicowania genetycznego, dochód na głowę mieszkańca byłby 4–5 razy większy, niż jest.
Korelacja między „genomem społeczeństwa” a wzrostem gospodarczym jest bardzo silna, ale jak właściwie wytłumaczyć istnienie tego związku?
Zróżnicowanie genetyczne przekłada się na poziom zaufania społecznego. Rankingi zaufania społecznego są negatywnie skorelowane z różnorodnością genetyczną. Im większa różnorodność, tym mniejsze zaufanie. Te afrykańskie konflikty to właśnie wynik warunkowanego genetycznie braku zaufania. Ów brak sprawia też, że społeczeństwom trudniej wypracować spójne polityki redystrybucyjne, ponieważ zbyt duże są różnice w preferencjach politycznych. Nie ma na przykład zgody co do tego, jakie dobra publiczne powinno zapewniać państwo.
Próbuje pan powiedzieć, że nie ufamy innym, bo są od nas genetycznie różni? Przecież lubimy myśleć o sobie, że zaufanie do innych budujemy na bazie ich czynów, a nie koloru oczu i skóry. Że ma ono charakter ściśle etyczny, a nie biologiczny.
Niestety, ufamy tym, którzy są nam genetycznie bliscy. Ta bliskość może się wyrażać w cechach fenotypowych, czyli m.in. w wyglądzie, ale natura wyposaża nas także w instynkt czy też intuicję do odczuwania genetycznego pokrewieństwa. To także element strategii przetrwania.
To wszystko brzmi bardzo atawistycznie.
Nic na to nie poradzę, że ewolucja tak nas ukształtowała. U zarania ludzkości tak, jak w dżungli musieliśmy automatycznie wyczuwać zagrożenie ze strony zwierząt i uciekać, tak w stosunkach społecznych musieliśmy umieć szybko i sprawnie odróżniać swoich od obcych.
Żeby nie dostać maczugą... I nie możemy tego czujnika genetycznego zdusić, tak by zaufania do innych nie budować na biologii? To jakoś nie przystaje do XXI w.
Możemy to genetyczne uwarunkowanie pokonać za pomocą dobrej edukacji.
Całkowicie?
Tylko częściowo. W ostatecznym rozrachunku jesteśmy warunkowani przez geny i warunki początkowe, czyli właściwie przypadek, bo nie od nas zależy, czy nasza matka piła w czasie ciąży, czy mamy bogatych, czy biednych rodziców, czy w kraju panuje pokój itd.
Brzmi jak specyficzny rodzaj determinizmu. Smutna wizja.
To, co w gospodarce dzieje się dzisiaj, ma korzenie w przeszłości. Takie postawienie sprawy faktycznie ma jakieś deterministyczne zabarwienie. Zgadzam się. A jednak narzędzia łagodzące skutki takiego stanu rzeczy, czyli np. edukacja, mogą działać w dość zadowalającym stopniu. W nazbyt różnorodnej genetycznie Afryce oprócz alfabetu powinno się uczyć dzieci w szkołach tolerancji, zaufania, zrozumienia dla inności. Spadnie wtedy koszt genetycznego zróżnicowania, można zacząć nawet na nim korzystać. W homogenicznej Ameryce Łacińskiej natomiast edukacja powinna promować różnorodność, tworzyć pluralizm w myśleniu, uruchamiać kreatywny potencjał umysłów.
Czy pańska teoria nie wyjaśnia porażki socjalizmu? Ustrój ten wymagał absolutnego zaufania – jego uczestnicy musieli ufać sobie wzajemnie, że każdy zrobi, co do niego należy, i nie będzie wykorzystywał bliźniego. Tymczasem, jeśli dobrze rozumiem pańską teorię, nie istnieje w naturze absolutny poziom zaufania. Jest zawsze jakoś ograniczony i może być co najwyżej optymalny.
Ciekawa uwaga, ale nie posuwałbym się aż tak daleko w wyciąganiu wniosków z moich badań. Podwaliną gospodarki rynkowej jest jakaś mieszanka zaufania, bo na nim budujesz instytucje – i kontroli, bo nie każdemu można ufać. Z genetycznego punktu widzenia tam, gdzie jest różnorodność, jest miejsce na rynek, czyli kapitalizm. Tam zaś, gdzie jest homogeniczność, zmniejsza się rola jednostki, która jest tłamszona, i pojawia się grunt pod inne, najczęściej kolektywistyczne, doktryny gospodarcze. Tyle mogę powiedzieć na podstawie badań. W książce „Son also raises” prof. Gregory Clark z Uniwersytetu Kalifornijskiego analizuje mobilność społeczną na przestrzeni dziejów i dochodzi do wniosku, że – bez względu na ustrój polityczny i historyczne okoliczności – jest ona zawsze bardzo niska. Awans społeczny jest bardzo trudny. On także koniec końców tłumaczy to genetyką. Pewne cechy wykształcone u zarania dziejów człowieka nie zostały równo rozdystrybuowane. Jeśli masz gen, powiedzmy, niecierpliwości, nie osiągniesz sukcesu w biznesie czy w nauce. Jeśli masz przekazany przez przodków gen uporu, sukces jest kwestią czasu.
Pan podziela taką perspektywę?
Nie można oczywiście wykluczyć, że jest tak, jak twierdzi Clark. Jest to nawet dość prawdopodobne. Tyle że ja się nie zajmuję pojedynczymi genami i ich wpływem na sukces ekonomiczny jednostek. Nie zajmuję się też hierarchią genów, nie mówię, że te są lepsze, a te gorsze. To, co mnie interesuje, to miks genetyczny.
Czyli chodzi po prostu o czysto ilościowe określenie proporcji genów w populacji?
Można tak powiedzieć. Moje badania pokazują wręcz, że migracje z Afryki nie były związane z selekcją konkretnych genów. Chodzi o to, że stopień różnorodności genetycznej został rozdystrybuowany nierówno między społeczeństwami. I to jest źródło nierówności gospodarczych. Natomiast pamiętajmy jeszcze o jednej rzeczy: optymalne zróżnicowanie genetyczne nie jest dane nam na wieki. 500 lat temu najbardziej optymalny genotyp posiadały społeczeństwa Azji. Wówczas optimum plasowało się bliżej mniejszego zróżnicowania. Stąd ówczesne sukcesy społeczeństw Chin, Korei czy Japonii. A jednak 200 lat temu – i jest tak do dzisiaj – optimum przesunęło się w stronę większego zróżnicowania. Obecnie optymalnie zróżnicowane są społeczeństwa USA i Europy. To przesunięcie wynika z postępu technologicznego, który wytworzył środowisko premiujące bardziej różnorodność niż homogeniczność. Za 200 lat może być zupełnie inaczej – genetyczne optimum będzie gdzie indziej. Gdzie? Tego nie wiem. Jedyne, co można stwierdzić: poziom różnorodności ma znaczenie.
Czy pańska teoria może dać jakieś wskazówki politykom, którzy próbują rozwiązać kryzys migracyjny w Europie?
Nie sądzę. Genetyczna absorbcja imigranów zajmuje dekady. Zanim pojawi się oddziaływanie bardziej zróżnicowanej puli genowej na gospodarkę, mogą upłynąć nawet dwa pokolenia. Trudno więc teraz powiedzieć, czy będzie to oddziaływanie pozytywne, czy negatywne. Myślę, że będzie marginalne. Owszem, migracje generują różnorodność genetyczną. Trzeba jednak rozróżnić różnorodność w obrębie jednej populacji i różnorodność pomiędzy społeczeństwami. Genetyczny dystans pomiędzy dwoma różnymi Polakami jest większy niż pomiędzy przeciętnym Chińczykiem a przeciętnym Polakiem. Dla społeczeństwa istotna jest zaś różnorodność w jego obrębie, na którą obecne migracje mają relatywnie niewielki wpływ.
Skąd się bierze bogactwo narodów – to pytanie, na które dano już wiele odpowiedzi. Zastanawiał się nad tym już Monteskiusz, Adam Smith napisał cały traktat na ten temat. Wszyscy przed panem się mylili?
Niekoniecznie. Na powodzenie gospodarcze narodów wpływa wiele czynników – tyle że w różnym stopniu. Niektóre z teorii jednak faktycznie okazały się fałszywe. Na przykład Jared Diamond w książce „Strzelby, zarazki, maszyny” przekonywał, że to, na jakim poziomie znajdują się teraz poszczególne państwa, zostało zdeterminowane w trakcie rewolucji neolitycznej. Tak się złożyło, że w Euroazji wcześniej niż gdzie indziej zaczęto systemowo uprawiać ziemię i hodować zwierzęta. Ten splot sprzyjających okoliczności dał Euroazji historyczną przewagę. O ile teoria Diamonda jest słuszna, ale tylko w odniesieniu do okresu kończącego się w XV w., późniejszych zmian gospodarczych już nie tłumaczy. Więcej racji niż Diamond mają ci, którzy twierdzą, że o rozwoju decydują uwarunkowania geograficzne lub instytucjonalne. Tyle że instytucje to produkt uboczny różnorodności genetycznej, a geografia to czynnik drugorzędny. Samo położenie geograficzne tłumaczy w ok. 10 proc. rozwój danych państw. Ewolucja genetyczna to zaś aż 16 proc. wyjaśnienia.
W pańską teorię dobrze wpisuje się sukces Izraela – państwa powstałego w niezbyt korzystnym klimacie i w wybitnie niekorzystnych warunkach politycznych. Mimo tych przeciwności Izrael kwitnie.
To prawda. Naród żydowski jest genetycznie bardzo zróżnicowany, a to zróżnicowanie jest kompensowane przez wywodzącą się z jednej religii kulturę. Dodajmy, że dla Żydów od zawsze ważne były edukacja i powszechny kiedyś religjiny zwyczaj, by dzieci w wieku 13 lat mogły publicznie czytać Biblię. Do tego dochodzi historia prześladowań Żydów. Przetrwali ci o najbardziej sprzyjającym innowacyjności kodzie genetycznym. Kapitał ludzki w Izraelu jest w rezultacie tych czynników bardzo wysoki. Mamy wysoką innowacyjność przy zachowaniu spójności społecznej.
OK, Izrael potwierdza pańską teorię, ale czy Islandia jej nie przeczy? To kraj o jednym z najwyższych PKB per capita na świecie, a jednocześnie odcięta od cywilizacji wyspa, której mieszkańcy nie są szczególnie genetycznie zróżnicowani.
Nie jestem ekspertem od Islandii, ale nie sądzę, by jej dobrobyt brał się z innowacyjności. To z całą pewnością zbyt małe i zbyt homogeniczne społeczeństwo. Islandia bazuje głównie na zasobach naturalnych – rybołóstwie, przemyśle przetwórstwa rybnego, energii geotermalnej. Ważna jest także turystyka. Geograficzna izolacja ułatwia jej zapewne akumulację bogactwa. Słowem, nie wydaje mi się, że Islandia przeczy mojej teorii.
Wspomniał pan na początku, że pańskie badania mogą wytłumaczyć szybki wzrost gospodarczych nierówności w ciągu ostatnich dwóch wieków. Jak?
Mówi o tym moja Ujednolicona Teoria Wzrostu. Przez 99,8 proc. historii ludzkości globalna gospodarka znajdowała się w fazie maltuzjańskiej. Wzrost technologiczny odpowiadał mniej więcej wzrostowi populacji ziemi. Dochód na głowę fluktuował pomiędzy kwotą 400 a 600 dol. rocznie i właściwie nie rósł aż do 1800 r. Od tamtej pory wzrósł czterokrotnie! Jak to wytłumaczyć? W erze maltuzjańskiej to, co ludzie wypracowali, inwestowano w większą dzietność, nie w poprawę dobrobytu. W momencie gdy jednak wybuchła rewolucja przemysłowa i zaczęły mnożyć się przełomowe wynalazki, w gospodarce zaszła zmiana jakościowa. Oto zysków nie inwestowano już w „produkcję” nowych ludzi, ale w gromadzenie kapitału ludzkiego, czyli w edukację i umiejętności, które pozwalały korzystać z tych wszystkich nowych technologii. Spadła dzietność, urosła produktywność, a w konswekwencji wzrost PKB per capita zaczął przyśpieszać. I tak dotarliśmy do nierówności. W pierwszej fazie dziejów gospodarki, w epoce maltuzjańskiej, istotne było gromadzenie kapitału fizycznego, w drugiej – rozwój kapitału ludzkiego. W czasie pierwszego okresu skłonność do oszczędzania wykazywały jednak tylko bogatsze jednostki. Tworzyły się więc nierówności, które napędzały wzrost.
Nierówności przyśpieszają wzrost?
Tylko w pierwszym okresie. W drugim jest odwrotnie. Nierówności wytworzone w trakcie ery maltuzjańskiej nie zniknęły. Tyle że teraz zamiast napędzać gospodarkę, redukują jej wzrost. Przyczyna jest prosta – aby uformował się kapital społeczny, konieczna jest edukacja, i to taka, do której ludzie mają mniej więcej równy dostęp. A ten nie może być równy, jeśli zasoby majątkowe nie są równo rozdzielone.
Ale wciąż jakieś nierówności są konieczne i usprawiedliwione?
Tak, bo rynek nagradza w różnym stopniu różne cechy. Nierówności to więc naturalny produkt gospodarki rynkowej. Nie oznacza to, że mechanizm ten działa bez zarzutu i można usprawiedliwić sytuację, w której 1 proc. populacji globalnej posiada 99 proc. bogactwa. Oznacza to, że na tym najwyższym szczeblu wynagradzania coś się popsuło i bogacenie się nie odpowiada cechom produktywnym, a zależy od dziedziczonego majątku czy renty czerpanej z różnych przywilejów. Przecież prezes globalnego koncernu nie jest tysiąc razy bardziej produktywny niż profesor uniwersytetu, prawda?
Cóż, mówiąc szczerze, patrząc na niektórych profesorów, taka sytuacja może się zdarzyć.
Rzadko. Niemniej jednak, nie wiem, czy da się skutecznie walczyć z nadmiernymi nierównościami za pomocą regulacji.
Jeden z polskich ekonomistów, prof. Stanisław Gomułka, promuje teorię, zgodnie z którą świat dąży do konwergencji. W przyszłości kraje zbliżą się pod względem poziomu PKB per capita, a wzrost gospodarczy zacznie spowalniać, by w końcu osiąść na stabilnym, ale niskim pułapie. Ta prognoza jest zgodna z pańską teorią wzrostu?
Z całą pewnością będzie jakaś konwergencja w najbliższym stuleciu. Z całą pewnością także niektóre kraje, np. Chiny, będą rosły dużo wolniej niż teraz. Z obecnych 6,5 proc. wzrostu PKB rocznie zejdą do poziomu 1–2 proc. Ale czy świat jako całość doświadczy znaczącej konwergencji? Powiedziałbym, że to zależy od jakościowych cech nowych technologii – tych, które dopiero zostaną wymyślone. Moja teoria w tej kwestii zachowuje więc daleko posuniętą powściągliwość. Osobiście uważam, że pesymizm niektórych bierze się z przekonania, że nowe technologie nie wniosą już za wiele, że nawet wynalezienie internetu ma mniejsze znaczenie dla rozwoju gospodarczego niż wynalezienie elektryczności.
Przekonania niesłusznego?
Chyba niesłuszego.
A czy można zrobić coś, żeby przyśpieszyć rozwój gospodarczy? Jaki mamy wpływ na gospodarcze „megatrendy”?
Umiarkowany. Jeśli gospodarka sama z siebie rosłaby w XXI w. w średnim tempie 1 proc. rocznie, to dzięki mądrej polityce inwestowania w kapitał ludzki, badania i rozwój, eliminację biurokracji i barier gospodarczych można by ten wskaźnik podnieść do 1,5 proc. Niewiele, ale warto powalczyć.