Zmiana w Białym Domu może skomplikować relacje z Ameryką.
Reklama
Za utrzymanie dobrych relacji z Waszyngtonem po listopadowych wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych będzie odpowiadał przede wszystkim prezydent Andrzej Duda, a w jego zapleczu najprawdopodobniej pierwsze skrzypce w stosunkach transatlantyckich nadal odgrywać będzie Krzysztof Szczerski, szef jego gabinetu. Pomimo spekulacji, że mógłby zastąpić Jacka Czaputowicza na stanowisku szefa MSZ, polityk deklaruje chęć pozostania w Pałacu Prezydenckim.
W rozmowie z DGP Szczerski przyznaje, że wynik wyborów prezydenckich jest jednym z wielkich znaków zapytania w polityce zagranicznej. Jak mówi, pierwszym i największym jest układ sił po pandemii COVID-19 i to, jak na świecie zmieni się hierarchia państw. Zaraz potem – potencjalna zmiana w Białym Domu.
– Tak jakbym sobie życzył, by dzika frustracja nie rządziła mentalnością polskiej opozycji, tak samo jestem przekonany, że mentalnością polityki amerykańskiej nie rządzi jakiś rewanżyzm za dobre relacje z prezydentem Donaldem Trumpem i że Polska miałaby być za nie ukarana – mówi Krzysztof Szczerski. Jak dodaje, za prezydentury Trumpa relacje polsko-amerykańskie zostały przeniesione na wyższy poziom i teraz celem jest, by ten poziom został utrzymany, niezależnie od wyniku wyborów. – Jak ktoś się mnie pyta, dlaczego Polska tyle inwestuje w relacje z prezydentem Trumpem, to ja odpowiadam, że przecież nie ma innego prezydenta. Nie sądzę, by opozycja amerykańska wychodziła z założenia, że nie powinniśmy mieć dobrych relacji z obecnym prezydentem, bo nie należy. Nie wierzę, by nowy prezydent miał się mścić na nas tylko dlatego, że mieliśmy dobre stosunki z jego poprzednikiem. Tak nie funkcjonuje polityka międzynarodowa – przekonuje szef gabinetu prezydenta.
Ale nasi rozmówcy z otoczenia Joego Bidena twierdzą, że polski rząd w ogóle nie szuka z nimi kontaktu i nie jest przygotowany na potencjalne zwycięstwo demokraty w listopadowych wyborach. Jeżeli Biden wygra, polityka zagraniczna USA na pewno się zmieni. Rząd Bidena zajmie się odbudową relacji z UE i w ramach NATO. Jego stanowisko wobec Polski będzie więc zależało od posunięć samej UE. Waszyngton nie będzie wychodził przed szereg, ale na pewno będzie bliżej współpracował z Brukselą i naradzał się z europejskimi przywódcami, jak reagować na wzbudzające kontrowersje posunięcia PiS wobec mediów, sądownictwa czy społeczności LGBT. Z tego co usłyszeliśmy, sankcje są raczej mało prawdopodobne, ale wróci presja z czasów Baracka Obamy, kiedy Victoria Nuland przyjeżdżała do Warszawy i stanowczo oponowała przeciwko niszczeniu Trybunału Konstytucyjnego przez PiS. Zresztą, o czym pisaliśmy na łamach DGP, ludzie z otoczenia Trumpa mówili, że prezydent nie jest, mówiąc delikatnie, specjalnie zainteresowany kwestią polską. Za Bidena Polska też nie byłaby kluczową sprawą, ale można się spodziewać bardziej konsekwentnej i przemyślanej polityki Stanów Zjednoczonych. Można nawet postawić tezę, że reelekcja Trumpa byłaby dla Polski mniej korzystna. Głównie ze względu na jego nieprzewidywalność. W tym sensie minister Szczerski może się mylić, mówiąc o przeniesieniu za Trumpa relacji polsko-amerykańskich na wyższy poziom, bo jedna czy dwie deklaracje obecnego prezydenta USA w osobistych rozmowach nie ukształtowały jak dotąd dwustronnej polityki tak, jak chciała tego Warszawa.
Zmiana w Białym Domu zrewiduje nie tylko relacje pomiędzy Warszawą a Waszyngtonem. Prezydentura Trumpa była pełna napięć w stosunkach z Unią Europejską, zwłaszcza z Niemcami. Joe Biden oznaczałby dla Brukseli powrót do bardziej przewidywalnej polityki amerykańskiej, a dla Berlina możliwość naprawy nadwątlonych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi. Donald Trump wystawił je na dużą próbę, strofując niemiecką kanclerz Angelę Merkel za niewystarczające wydatki na obronność w ramach NATO. Jego prezydentura mocno osłabiła zresztą zaufanie niemieckiego społeczeństwa do Stanów Zjednoczonych w ogóle, co pokazała reakcja Niemców na zapowiedziane przez Trumpa wycofanie wojsk USA. To, co Trump uznał za karę, a rząd w Berlinie za ruch nie do zaakceptowania, oni przyjęli z zadowoleniem. Według badania ośrodka YouGov dla agencji prasowej DPA decyzję tę popiera 47 proc. Niemców, a 25 proc. chciałoby wycofania się Amerykanów z ich kraju na dobre.
Europa oczekuje, że Ameryka pod ewentualnym przywództwem Bidena zmieni swoje nastawienie do organizacji i umów międzynarodowych, od NATO po porozumienie paryskie w sprawie walki z ociepleniem klimatu. Ale to nie takie proste. Prezydentura Trumpa wyznaczyła precedensy, że USA mogą się jednostronnie wycofać z różnych paktów. Nawet jeśli Biden naprawi relacje z Europą, to kolejny republikański prezydent wróci do trumpowskiego status quo. Skutkiem tego spadają waga i powaga Ameryki na arenie międzynarodowej. Żeby temu zapobiec, z ewentualnym prezydentem Bidenem będą musieli, przynajmniej w polityce zagranicznej, ściśle współpracować republikańscy senatorowie. Może Biden powinien rozważyć powołanie na sekretarza stanu multilateralnie nastawionego polityka prawicy? W ten sposób amerykański establishment polityczny pokaże jedność w etosowym podejściu do spraw transatlantyckich i podkreśleniu niezłomności tego partnerstwa. Ludzie z zaplecza Bidena, z którymi rozmawialiśmy, twierdzą, że erozja autorytetu Ameryki będzie największym wyzwaniem dla ich szefa, jeśli ten wygra wybory. Sztabowcy obawiają się, że niektóre niedemokratyczne kraje będą chciały to wykorzystać, np. Iran może twardo negocjować i żądać odszkodowania za to, że USA się wycofały z porozumienia nuklearnego.
Dlatego Europa niezależnie od wyniku listopadowych wyborów za oceanem zamierza usamodzielnić się w polityce globalnej. O idei europejskiej suwerenności po raz pierwszy mówił prezydent Francji Emmanuel Macron. Tę ideę przejął Berlin, który sprawuje w tym półroczu przewodnictwo w Radzie UE. Minister spraw zagranicznych Niemiec Heiko Maas chce, by Europa, która zwłaszcza w dziedzinie obronności polegała na relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, była w stanie rozwiązywać konflikty w sąsiedzkich regionach bez USA.
Polski rząd nie jest przygotowany na potencjalne zwycięstwo Bidena