Joe Biden, kandydat demokratów na prezydenta, oświadczył, że popiera powołanie państwowej komisji, która zbadałaby zasadność i możliwe formy reparacji za niewolnictwo. Jego były szef Barack Obama mówił kilka lat temu, że odszkodowania są niepraktyczne.
Reklama
Dziewięćdziesięciotysięczne Asheville położone jest w Karolinie Północnej, stanie, którego jedną trzecią populacji w połowie XIX w. stanowili niewolnicy. Dwa tygodnie temu tamtejsza rada miasta jednomyślnie uchwaliła rezolucję o poparciu reparacji dla ich potomków. Obok przeprosin za usankcjonowanie niewolnictwa i segregacji rasowej władze Asheville zadeklarowały, że rozpoczną prace nad ustanowieniem specjalnego funduszu, który służyłby poprawie szans czarnej społeczności. W ubiegłym roku swój plan dotyczący reparacji przedstawili też radni Evanston w Illinois. Zakłada on, że na programy dla czarnej społeczności przeznaczone zostaną wpływy z opodatkowania marihuany, która od 1 stycznia 2020 r. jest legalna w całym stanie.
Afroamerykanie o odszkodowania za niewolnictwo walczą od ponad 150 lat. W 1865 r., gdy wciąż trwała wojna domowa, William T. Sherman, jeden z generałów Północy, wydał federalny rozkaz obiecujący wyzwoleńcom „40 akrów i muła” jako rekompensatę za lata cierpień i wyzysku. Uchylił go jednak następca prezydenta Abrahama Lincolna Andrew Johnson. Zresztą żadne państwo, które było uwikłane w transatlantycki handel niewolnikami, nie uznało dotąd, że powinno wypłacić rekompensaty potomkom tego nieludzkiego procederu. Choć zadośćuczynienia za niesprawiedliwości i represje zadane obywatelom w przeszłości nie są niespotykane we współczesnej historii – np. rząd USA wypłacał odszkodowania Amerykanom pochodzenia japońskiego internowanym w czasie II wojny światowej.
Argumenty przeciwko reparacjom są dobrze znane. Po pierwsze, to bardzo kosztowna inicjatywa, po drugie, dlaczego ludzie mają dzisiaj płacić za krzywdy wyrządzone dziesiątki lat temu? Oczywiście, czasem za tym rozumowaniem kryje się brzydka prawda, że część białych Amerykanów nadal bagatelizuje lub wręcz usprawiedliwia system zniewolenia czarnych.
Druga strona twierdzi, że odszkodowania byłyby aktem sprawiedliwości i solidarności wspólnoty. Poza tym – podkreślają zwolennicy jakiejś formy zadośćuczynienia – wszyscy korzystają dziś z owoców pracy niewolniczej, na niej w dużej mierze zbudowano bogactwo USA. Jak wyliczał w Kongresie pisarz i dziennikarz Ta-Nehisi Coates, „w momencie zniesienia niewolnictwa wartość niewolników jako majątku była wyższa niż wszystkich innych aktywów w USA”. W głośnym eseju w piśmie „The Atlantic” Coates pisał, że skutki „250 lat zniewolenia, 90 lat praw Jima Crowa, 60 lat segregacji i 35 lat rasistowskich polityk mieszkaniowych” są widoczne w amerykańskim społeczeństwie do dziś. Zdaniem zwolenników odszkodowań nie ma innego sposobu, by zniwelować nierówności majątkowe między białymi i czarnymi niż właśnie poprzez reparacje.
To właśnie nagromadzony przez pokolenia majątek – a dokładniej jego brak – według wielu badaczy definiuje dziś położenie czarnych Amerykanów. „To majątek, a nie dochody są instrumentem gwarantowania bezpieczeństwa w Ameryce” – pisze nagrodzona Pulitzerem dziennikarka „New York Timesa” Nikole Hannah-Jones. Obywatele, którzy go posiadają, mogą np. kupić dom w bezpieczniejszej dzielnicy, gdzie szkoły są lepsze. Ale przede wszystkim majątek chroni rodzinę przed bezdomnością i upadkiem, gdy rodzic straci pracę albo zapadnie na poważniejszą chorobę.

Akcje afirmatywne dla białych

Hannah-Jones podkreśla coś, co dla wielu w Polsce, ale również w USA, nie jest oczywiste: „Rasizm jest dzieckiem ekonomicznego wyzysku, a nie jego ojcem”. Najpierw była bowiem chciwość. „Czasem zapominamy, może nawet celowo, że rasizm, z którym dziś walczymy, pojawił się, aby usprawiedliwić zmuszanie czarnych do pracy za darmo i aż do śmierci. (...) Dobrobyt w tym kraju jest nierozerwalnie związany z przymusową pracą przodków 40 mln czarnych Amerykanów, tak jak jest związany z grabieżą ziemi rdzennych mieszkańców. Choć nasze podręczniki rzadko nazywają to wprost: niewolnictwo i stulecie rasowego apartheidu oraz rasowego terroryzmu (prawa Jima Crowa) były przede wszystkim systemami eksploatacji ekonomicznej” – pisze Hannah-Jones.
W eseju „Czas na reparacje” („It’s Time for Reparations”) dziennikarka opisała, jak po okresie rekonstrukcji biali Amerykanie systematycznie pozbawiali czarnych rodaków możliwości gromadzenia majątku. Zarówno legalnymi, jak i nielegalnymi środkami, czyli sięgając po przemoc i grabieże. Na przykład w 1921 r. w Tulsie, w dzielnicy nazywanej wtedy „czarnym Wall Street”, biali zniszczyli dobytek i zamordowali – według oficjalnych danych – 26 Afroamerykanów, przedstawicieli lokalnej klasy średniej (badania historyków wskazują, że zabitych było nawet 300). Wachlarz metod stosowanych przez dekady był szeroki: od rasizmu na rynku pracy, po terroryzm, lincze i rabunki oraz segregację. Niektóre działania przypominały mafijne wymuszenia.
„Amerykański sen to obietnica, że dzięki ciężkiej pracy człowiek może stać się właścicielem domu, otworzyć biznes i założyć swoje gniazdo, również dla przyszłych pokoleń. Jednak to przekonanie wielokrotnie podważał amerykański rząd, który odmawiał szans na budowanie majątku czarnym Amerykanom” – pisze z kolei ośrodek analityczny Brookings Institute w opracowaniu „Why We Need Reparations for Black Americans” (Dlaczego odszkodowania dla czarnych Amerykanów są potrzebne?).
Złośliwi twierdzą, że amerykański rząd w przeszłości wielokrotnie realizował akcje afirmatywne dla białych. Na przykład uchwalona w 1944 r. ustawa GI Bill przewidywała różne formy wsparcia dla weteranów wracających z Europy: niskooprocentowane kredyty hipoteczne i korzystne pożyczki, pomoc w opłaceniu czesnego za studia albo rodzaj zasiłku. Czarni żołnierze walczący w II wojnie światowej w większości byli z tego wsparcia wykluczeni. Tak jak z wielu programów Nowego Ładu (New Deal) przyjętych w czasie wielkiego kryzysu. A przecież – jak zaznaczają eksperci – Nowy Ład stał się fundamentem pod budowę powojennej klasy średniej. Za szczególnie krzywdzące uważają polityki mieszkaniowe, które prowadziły do segregacji w miastach, co widać na mapach do dziś.
Według Brookings Institute statystycznie dobytek gospodarstw domowych białych rodzin jest 10 razy większy niż czarnych. Ekonomiści Moritz Schularick, Moritz Kuhn i Ulrike Steins na łamach „Journal of Political Economy” dodają, że nierówności majątkowe między czarnymi i białym nie zmieniają się od pięciu dekad. Z kolei badanie Uniwersytetu Yale pokazało, że większość Amerykanów nie zdaje sobie z tego sprawy i żyje w przeświadczeniu, iż te dysproporcje są dużo mniejsze niż w rzeczywistości. Zarówno konserwatyści, jak i liberałowie często zrzucają odpowiedzialność za biedę Afroamerykanów na ich wady charakteru, a nie systemową dyskryminację. Tymczasem badania Duke University dowodzą, że to czarni odkładają nieco więcej niż biali i trochę więcej przeznaczają na wsparcie edukacji dzieci.

80 tys. dol. czy pięć razy mniej

W czerwcowym sondażu Reuters/Ipsos na pytanie, czy amerykańscy podatnicy powinni wypłacić odszkodowania potomkom niewolników, czterech na pięciu respondentów odpowiedziało, że nie („za” była połowa czarnych obywateli i tylko 10 proc. białych). Badania Gallupa pokazują z kolei, że poparcie dla reparacji wzrosło z 14 proc. w 2002 r. do 29 proc. w 2019 r. (te różnice mogą mieć związek ze sposobem zadania pytania ankietowanym).
Inicjatywa ma na pewno coraz więcej zwolenników w Partii Demokratycznej. Nawet Joe Biden, rywal prezydenta Donalda Trumpa w tegorocznych wyborach, oświadczył niedawno, że popiera powołanie państwowej komisji, która zbadałaby kwestię zasadności i możliwe formy reparacji. Prace nad projektami ustaw w tej sprawie toczą się zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i Senacie. Jego były szef Barack Obama odrzucał pomysł odszkodowań, obawiając się, że ich wypłata mogłaby się stać wymówką, aby porzucić wysiłki na rzecz zwalczania dyskryminacji w zatrudnieniu i dostępie do mieszkań. Oraz że kryterium udzielania pomocy powinno być dochodowe, a nie rasowe.
Do tej pory w USA finansowe gesty jako rekompensatę za krzywdy przodków zapowiedziały niektóre uczelnie (np. Uniwersytet Georgetown ogłosił, że zbierze 400 tys. dol., które przekaże potomkom niewolników sprzedanych przez uczelnię, aby nie zbankrutować), a także kilka korporacji i niektóre kościoły. Najczęściej mają one formę stypendiów lub grantów. Profesor William A. Darity, ekonomista z Duke University, który od trzech dekad bada kwestię reparacji, przekonuje jednak, że tylko rząd federalny stać na realne rozwiązanie problemu. Szacuje, że potrzeba na to 10‒12 bln dol.
Jego zdaniem z powodów symbolicznych część tych pieniędzy powinna trafić bezpośrednio do potomków niewolników. Jak podjąć decyzję, komu się one należą? ‒ pytają sceptycy. Według prof. Darity’ego beneficjent powinien spełniać dwa warunki: po pierwsze musiałby dowieść, że ma co najmniej jednego przodka niewolnika, co jest trudne, ale nie niemożliwe; po drugie, od co najmniej 10 lat musiałby się identyfikować w urzędowych dokumentach jako Afroamerykanin.
Ekonomista z Duke University wyliczył, że każdy uprawniony do zadośćuczynienia powinien dostać 80 tys. dol. Kwoty podawane przez ekspertów różnią się jednak w zależności od metody ich kalkulacji (niektórzy mówią o sumach pięć razy niższych). Część badaczy proponuje wprowadzenie kryteriów majątkowych, co ograniczyłoby liczbę beneficjentów.
Sfinansowanie programu reparacji, który nie miałby wyłącznie symbolicznego charakteru, wymagałoby albo specjalnego podatku, albo zwiększenia długu publicznego. Zwolennicy tej propozycji przekonują, że dzięki takiej pomocy zmniejszy się liczba osób korzystających ze świadczeń socjalnych dla najuboższych. Niektórzy wzywają też korporacje, by dorzuciły się do rekompensat – w końcu one też wzbogaciły się na niewolnictwie (jak choćby JP Morgan czy Bank of America).
Krytycy – również na lewicy – twierdzą jednak, że odszkodowania doprowadzą do większych podziałów w społeczeństwie i osłabią więzy solidarności między ludźmi o różnych kolorach skóry. „To czysto rasowy postulat i musi doprowadzić do napięć między czarnymi a biednymi białymi, którzy mają przecież wspólne interesy ekonomiczne” ‒ pisał już kilka dekad temu Bayard Rustin, przyjaciel Martina Luthera Kinga. Jego zdaniem cała inicjatywa jest obraźliwa dla czarnych. Popularny wśród młodych lewicowców Bernie Sanders również odrzucał pomysł gotówkowych odszkodowań i wolał zamiast nich mówić o programach wspierania ubogich i społecznie upośledzonych – bez względu na rasę.
Lewicowy spór o to, czy należy w pierwszej kolejności walczyć z marginalizacją ekonomiczną, czy wykluczeniami opartymi na tożsamości (rasizm, szowinizm czy homofobia), toczy się już od kilku dekad. Francuski ekonomista prof. Thomas Piketty przekonuje jednak, że walka z rasizmem może wspomóc kampanię na rzecz reformy kapitalizmu. „Poza trudną, ale konieczną dyskusją dotyczącą odszkodowań musimy też przede wszystkim zwrócić się ku przyszłości. Żeby zadośćuczynić krzywdom zadanym społeczeństwu przez rasizm i kolonializm, musimy zmienić system gospodarczy i zbudować fundamenty pod redukcję nierówności, dzięki którym kobiety i mężczyźni mieliby naprawdę równy dostęp do edukacji, zatrudnienia i posiadania nieruchomości (w tym minimalnego dziedzictwa), niezależnie do pochodzenia (…)” – pisze ekonomista na swoim blogu w „Le Monde”. Zwraca też uwagę na okrutny paradoks związany z kapitalistycznym kultem własności prywatnej: zarówno we Francji, jak i w Wielkiej Brytanii po zniesieniu niewolnictwa wypłacano z publicznych pieniędzy odszkodowania… byłym właścicielom. Brytyjscy podatnicy spłacali ten „dług” do 2015 r. (na rekompensaty w 1833 r. przewidziano 20 mln funtów, co wówczas było niewyobrażalną sumą).
Związek między „brutalnością amerykańskiego kapitalizmu” a niewolnictwem uwypuklił też prof. Matthew Desmond, socjolog z Uniwersytetu Princeton. W ubiegłorocznym eseju dla „New York Timesa” pisał: „Ci, którzy zastanawiają się, dlaczego amerykański kapitalizm jest wyjątkowo surowy i rozpasany, znajdowali odpowiedzi w różnych miejscach: religii, polityce czy kulturze. Jednak ostatnimi czasy historycy przekonująco wskazują na plantacje Georgii i Alabamy”. Według Desmonda w systemie, w którym konkurencja oparta jest na możliwie najniższych zarobkach i cenach (a nie jakości), zaś niewykwalifikowani pracownicy są motywowani karami, a nie nagrodami, dominują wyzysk, nierówności, chciwość i ubóstwo. „Przypisywanie odpowiedzialności za brutalną przemoc głupiemu rasizmowi daje pewnie jakieś pocieszenie. Ale tak naprawdę nie chodziło o gniew jakiegoś biednego południowego nadzorcy niewolników, lecz o chciwość białych plantatorów. Przemoc nie była ani arbitralna, ani bezcelowa. Była racjonalna, kapitalistyczna, była częścią pomysłu na plantacje”.