- Nie dajcie sobie wmówić, że teraz wychodzi z was prawda, bo akurat mogą wychodzić rzeczy najgorsze - mówi w rozmowie z Robertem Mazurkiem siostra Maria Anastazja od Krzyża karmelitanka bosa, od 30 lat w klasztorze klauzurowym.
Reklama
Magazyn DGP 10.04.20. / Dziennik Gazeta Prawna
Dlaczego nie możemy sfotografować twarzy siostry?
Bo my na zdjęciach nie pokazujemy całej twarzy.
Wierzycie jak Indianie, że wraz z wizerunkiem kradną wam duszę?
(śmiech) Nie wszystkie wspólnoty kultywują ten zwyczaj, ale u nas jeszcze obowiązuje.
Ja siostrę widzę. Przez kratę, ale widzę.
Jeszcze niedawno mógłby mnie pan tylko słyszeć, bo oddzielałaby nas również zasłona. To stara karmelitańska tradycja, tak jak krata – symbol odsunięcia się od świata.
Bo siostra jest poza nim?
Sens klauzury polega na pójściu na pustynię. I ja też jestem tu na pustyni, choć wokół pola, ale od świata oddziela nas krata.
Mnisi, nawet surowi kameduli, pokazują twarze.
W męskich klasztorach nie ma też krat, a u nas są. To zapewne jest związane ze starożytną, dość pesymistyczną wizją kobiety, którą trzeba chronić. Mężczyźni czuli się odpowiedzialni za to, by nas chronić, czyli zamknąć za kratą… (śmiech)
Jak siostrę zamknę, to ją chronię czy raczej więżę?
Świat różnie dziś na to patrzy. W tradycji krata miała nas przed nim chronić, od niego oddzielać.
Jak sobie dać radę w samotności? To bardzo aktualne pytanie.
Mogę oczywiście powiedzieć, że jeśli to się wybiera i robi dla Boga, to ta samotność jest wypełniona modlitwą i odczuwa się ją inaczej, ale pewnie to pana nie zadowoli?
Nie, bo pytam, jak niezbyt pobożny singiel ma przeżyć kwarantannę czy zakaz wychodzenia z domu?
O wiele łatwiej złapać równowagę psychiczną, gdy mamy zorganizowany rytm życia. Najgorsze, jeśli nie wiemy, co zrobić z czasem. Każdego będę namawiała, by narzucił sobie plan dnia.
Pobudka o piątej, dwie godziny modlitwy…
Niekoniecznie, ale postawmy sobie zadania na ten dzień, i to z podziałem: przed południem robię to, a po południu tamto. To bardzo pomaga. Wiem, co mówię, mam 30 lat doświadczenia…
Dla jednych ta przymusowa izolacja oznacza samotność, dla innych spędzanie całego czasu z rodziną. Jak wytrzymać z nimi pod jednym dachem?
Nie dać sobie wmówić, że teraz wychodzi z nas prawda, bo akurat mogą wychodzić rzeczy najgorsze. Stwierdzenie, że jesteśmy właśnie tacy, jak w ekstremalnych warunkach, to pułapka. Bo do czego to może prowadzić? Do myślenia, że żona mnie nie kocha, bo nie może ze mną wytrzymać? Nie dajmy sobie tego wmówić!
Jeśli ktoś jeszcze nie zamordował własnych dzieci…
…to już dobrze, naprawdę. Trzeba wiedzieć, że nie każdy może wytrzymać w zamknięciu. Taki przykład: wchodzi do nas za klauzurę mechanik, by naprawić pralkę, po czym gwałtownie wybiega, bo nie może znieść poczucia, że zamknęły się za nim kraty. A to przecież tylko naprawa pralki.
To co ludzie mają teraz zrobić? Wybiec nie mogą.
Niech się komuś przydadzą. Może wolontariat? Zrobię zakupy starszym, pomogę w czymś, będę szyć maseczki…
Jak siostra wytrzymuje 30 lat z obcymi kobietami?
Po tylu latach one nie są już obce, to moja wspólnota. Wytrzymujemy to dzięki powołaniu i modlitwie, ale też dzięki temu, że pozwalamy sobie na swoje pasje. Ja mam choćby swoje zagadki matematyczne, które rozwiązuję. To można przełożyć na życie w kwarantannie. Biegałeś codziennie? Ćwicz w domu. My w klasztorze też mamy rowerek i ciężarki.
Nie każdy ma miejsce i pieniądze na rower stacjonarny.
To niech sobie kupi skakankę, mówię poważnie. Sama przez wiele lat w zakonie skakałam przez skakankę. Naprawdę skakałam!
I czytała siostra książki feministyczne.
Lubię wiedzieć, jak myślą inni ludzie. A feminizm mnie interesuje, co nie znaczy, że się z nim zawsze zgadzam. Chce pan rozmawiać o feminizmie?
Z zakonnicą? Zawsze, ale najpierw dokończmy wątek odosobnienia.
Dałabym ludziom, których ta bezczynność męczy, jedną radę. Zadajcie sobie pytanie, co chcieliście przez całe życie poznać czy zobaczyć, ale nie mieliście na to czasu lub pieniędzy. Przecież teraz można za pomocą internetu zwiedzić cały świat, posłuchać wspaniałej muzyki, przeczytać książki, dowiedzieć się czegoś. Można nauczyć się języka obcego…
Tak, jasne.
Przepraszam, ale ja dzięki książkom i kasetom nauczyłam się hiszpańskiego, choć z żadną Hiszpanką wtedy nie rozmawiałam. Przydało się, jak pojechałam na misję do Maroka, gdzie w klasztorze były siostry z Hiszpanii. Ale można nauczyć się czegoś innego, choćby gotować, są lekcje rysowania, jest wszystko! Trzeba tylko chcieć i postawić sobie taki cel.
Jak to się u siostry zaczęło? Chłopak siostrę rzucił?
Nie miałam chłopaka.
W tej sytuacji wybór klasztoru był oczywisty.
(śmiech) Miałam najlepszego przyjaciela i nasi rodzice bardzo chcieli, byśmy zostali małżeństwem, swatali nas i wyswatali. Ja zostałam karmelitanką, Piotr jest karmelitą.
O matko!
Jego rodzice są przekonani, że to ja go na złą drogę sprowadziłam, moi, że to wszystko przez niego.
„Szkoda cię, dziewczyno, ładna, inteligentna, nie żal ci życia marnować?”…
Przepraszam, ale że ładna jestem, to mi nie mówili. To znaczy, jestem ładna, wiem o tym, ale akurat mi tego nie mówili… (śmiech)
Ale że szkoda życia, na pewno.
Oczywiście. Każda z sióstr sto razy to słyszała. Moi rodzice bardzo ciężko to przeżyli.
Dziś są dumni?
Tata nie żyje, mama jakoś mnie akceptuje, ale gdybym jej powiedziała, że coś się stało i wychodzę, to byłby to jeden z najpiękniejszych dni w jej życiu. Mimo wszystko. Mój brat też tego nie rozumie.
Bo jak można zrozumieć ciężką chorobę psychiczną?
Tak to się diagnozuje czasami… (śmiech) Gdyby to jeszcze był inny klasztor, ale tak na zawsze za kratę? Nie tylko rodzina, czasem nawet duchowni tego nie rozumieją.
„Zakonnica w przekonaniu szeregowego kaznodziei jest głupia. I to się samo przez się rozumie: gdyby głupia nie była, toby zakonnicą nie została”. To nie moje słowa, to Małgorzata Borkowska, benedyktynka.
Pójście do klasztoru jest czymś niezrozumiałym, to próba. Z powołaniem jest tak, że kiedy człowiek poznaje Boga, to budzi się w nim pragnienie zjednoczenia z nim. Jest to takie doświadczenie dobra i miłości, że nie można przejść obok niego obojętnym.
I trzeba się zamknąć w klasztorze?
Zostawić wszystko, zamknąć się i nie zajmować niczym innym, tylko Bogiem. Innym to się wydaje absurdalne, dla mnie to był jedyny pomysł.
Skąd się wziął?
Miałam 16 lat, kiedy się nawróciłam i po raz pierwszy pomyślałam, że jeżeli Bóg istnieje, to jak ja mogę zajmować się czymś innym, jak mogę jakąkolwiek chwilę, minutę, godzinę swego życia poświęcić czemuś innemu?
I po liceum poszła siostra do zakonu?
To nie było takie proste, natrafiłam na bardzo duży opór ze strony rodziny, która nigdy nie była religijna. Zdawałam na architekturę, ale się nie dostałam. Nie ja jedna, dla takich jak ja, którzy nie dostali się na architekturę lub na ASP, było dwuletnie studium reklamy. Poszłam tam.
Reklamy?!
Najważniejsze były tam zajęcia plastyczne, wszyscy chcieli się dostać na studia.
To co tam robiła Kasia, która chciała żyć tylko z Bogiem?
Kiedy się nawróciłam, to nawet nie wiedziałam, że istnieją klasztory klauzurowe, to wszystko przychodziło do mnie etapami. Poza tym ja poszłam do szkoły rok wcześniej, kiedy zrobiłam maturę, nie byłam nawet zdolna do tego, by powiedzieć rodzicom, że wybieram zakon. Najpierw trzeba było się usamodzielnić i religijnie, i emocjonalnie.
Decyzja o zamknięciu się w klasztorze nie może być łatwa.
Nigdy taka nie była. Święta Teresa z Avili uciekała przed ojcem z domu i choć była pewna swego wyboru, to – jak pisze – było to dla niej doświadczenie porównywalne ze śmiercią.
Siostra czuła podobnie?
Tak, ostatnie miesiące przed wstąpieniem były bardzo trudne. Wtedy klauzura, zamknięcie, była dużo bardziej radykalna niż dzisiaj. Wydawało mi się, że już nigdy stamtąd nie wyjdę. Widziałam krowę i płakałam, że o, krowa, a ja już nigdy krowy nie zobaczę… (śmiech) Rozstanie z przyjaciółmi, z rodziną – to wszystko było bardzo ciężkie.
Piła siostra piwo?
Tak, lubię jego smak, ale nie byłam bardzo rozrywkową dziewczyną, więc rezygnacja z piwa nie była problemem. O wiele większym była rezygnacja z macierzyństwa. To było dla mnie – choć miałam dopiero 20 lat – największe wyrzeczenie. Nie spotkać się więcej z przyjaciółmi, nie pojechać już nigdy w góry, nie spotkać się z rodziną – to wszystko było bardzo trudne, ale rezygnacja z posiadania dziecka była na pierwszym miejscu.
Ta myśl potem nie wracała? Że jednak dziecko?
Nie, aż tak to nie. Bóg bardzo zaspokaja potrzeby człowieka, pogłębianie więzi z nim jest tak pasjonujące i tak ogarniające, że te myśli nie stają się natręctwem.
20-letnia Kasia może mieć takie tęsknoty, 40-letnia Anastazja wiedziała, że zaraz straci coś bezpowrotnie.
I wtedy się myśli, jak tę potrzebę zrealizować inaczej. Są różne sposoby, choćby we wspólnocie, która jest moją rodziną. Staję się starszą siostrą, z czasem przychodzą młodsze, które są trochę jak dzieci, wymagają opieki, pomocy.
To nie to samo. Gdyby siostra prowadziła przedszkole w Zambii…
My tego nie mamy i to jest bardzo konkretna forma ubóstwa, straty. To jest świadoma decyzja o pozbawieniu się czegoś, wyrzeczeniu na rzecz relacji z Bogiem.
Zero wahań?
Mnóstwo wahań, wątpliwości, niepewności, czy dam radę, ale to było przed wstąpieniem do karmelu. Był moment, kiedy wręcz powiedziałam sobie, że nie dam rady nie mieć dziecka. I wtedy w modlitwie usłyszałam: to ja będę twoim dzieckiem, to mnie będziesz kochała.
To nie to samo.
Miłość jest jedna, formy są różne. Każda miłość, czy to macierzyńska, małżeńska czy do Boga, sprowadza się do tego samego – realizuje się, gdy wchodzisz w głąb. Inną przerażającą myślą było to, jak można wytrzymać z samymi kobietami.
Bo nie można.
Też tak myślałam, ale żyję tu 30 lat i się da.
Gdy s. Anastazja patrzy na Kasię wstępującą do zakonu…
…to widzi, że Kasia miała bardzo niewielkie wyobrażenie o życiu zakonnym. Wejście tutaj to był skok w przepaść.
Można się poranić.
Dzisiaj to wygląda inaczej – dziewczyna, która się zgłasza, trafia na rok, dwa lata do aspiratu, czyli mieszka z nami w klasztorze, za klauzurą, ale co jakiś czas z niej wychodzi na dłużej.
Taka próba i celowe wystawianie na pokusy?
Raczej pokazanie, czym jest klasztor, do którego chce wstąpić na całe życie. Za moich czasów niczego takiego nie było i wchodząc, nie wiedziałyśmy naprawdę nic prócz tego, co można było usłyszeć przez kratę.
Będąc w klasztorze, nie poszła siostra na studia.
Nie mamy takiej możliwości.
Dbają o to, żebyście nie były zbyt mądre?
Nie, my mamy klauzurę. Teoretycznie mogłybyśmy studiować online, ale na razie tego nie praktykujemy. Zresztą teraz dziewczyny zazwyczaj wstępują po studiach. To wszystko nie znaczy, że nie mamy czasu na formację indywidualną. Mamy obowiązkowo godzinę czytania duchowego – naprawdę nie wszyscy ludzie mogą sobie pozwolić na komfort godzinnego czytania, i to nie kryminałów. Prócz tego każda z nas ma też czas na zgłębianie swych zainteresowań. Jak ktoś był przed wstąpieniem sportowcem, to ma większą potrzebę ruchu, jak ktoś był intelektualistą – czytania książek i myślenia, jak był artystą, to ma potrzebę malowania.
O której siostra wstaje?
O piątej osiem.
Dlaczego akurat osiem?
Dlatego, że wszystkie siostry wstają 5:15, a ja jestem zakrystianką i muszę otworzyć kościół.
A o której siostra się kładzie?
Ostatnia wspólna modlitwa kończy się o 21:30, godzinę później muszę już być w łóżku.
Siedem godzin snu?! Nie pamiętam, kiedy tyle spałem.
Lepiej wyspać się w nocy niż przysypiać za dnia na modlitwach – tak uważała św. Teresa. Inni twierdzili, że modlitwa wystarcza za sen.
Klasztor z kratą, którego nie można opuszczać i do którego nie mogą wchodzić obcy – to brzmi przerażająco.
A mnie klauzura daje wolność, niezależność myślenia, czas na nie.
Mieszkacie w pokojach, ale cela brzmi groźniej.
To stara nazwa, której używamy. Każda cela ma maleńką łazienkę z prysznicem. Poza tym łóżko, szafa i małe biurko z krzesłem. Nic więcej. W celach nie mamy radia, telefonów, komputerów. W całym klasztorze nie ma telewizora.
Nikt już nie ogląda telewizji.
Nigdy jej nie miałyśmy. Radia i telewizji używałyśmy tylko wtedy, gdy przyjeżdżał Ojciec Święty albo była kanonizacja któregoś z naszych świętych.
Skąd brałyście wtedy telewizor? Od sąsiadów?
A żeby pan wiedział, pożyczałyśmy. Było całe zamieszanie – przynoszenie telewizora, ustawianie go, podłączanie, instalowanie anteny…
Niezły cyrk. A teraz?
Mamy komputer z internetem i codziennie ktoś z niego korzysta, więc wiemy, co się dzieje na świecie. Oczywiście korzystamy z internetu za zgodą przeoryszy, w końcu to klasztor klauzurowy.
Z którego się nie wyjeżdża?
Nie.
Nie ma wakacji? Od 30 lat nie była siostra w domu rodzinnym?
Raz, bo byłam na spotkaniu zakonnym i akurat przejeżdżałyśmy przez Wyszków, a że miałam coś do odebrania, to zajechałam. Ale to był wyjątek, bo zasadniczo nie odwiedzamy rodzin.
Ale one mogą odwiedzić was?
Mogą, choć i tak widzimy się przez kratę.
Nawet z mamą?
Z wszystkimi, bez wyjątku. To ideał naszej założycielki św. Teresy z Avili i zgodnie z nim żyjemy.
Któraś z sióstr pali?
Nie, w naszej kulturze nikomu nie przyszłoby to nawet do głowy. Ale ktoś mógłby spytać „Skoro można jeść czekoladę, to czemu nie można palić?”. Wtedy odpowiedziałybyśmy pewnie, że szkoda zdrowia i pieniędzy. I nie palimy, chociaż na misjach widziałam zakonnice z papierosami.
To co wam zostało ze światowych przyjemności?
Czekolada, kawa…
Koniak? Sam kupuję jednej bardzo pobożnej zakonnicy w Afryce.
Alkohol nie jest zabroniony, ale bardzo rzadko zdarza się wypić wino.
Dużo czasu w samotności, milczenia.
Taki jest nasz ideał, ale mamy w ciągu dnia dwie godziny rekreacji, czyli czasu wspólnych rozmów. Nierzadko to więcej, niż rodzina poświęca sobie normalnie, poza kwarantanną.
Czytała siostra „Oślicę Balaama” Małgorzaty Borkowskiej?
Nie, ale wiem, że inne siostry czytały.
Pisze ona o „paternalistycznym traktowaniu zakonnic z góry” przez księży, o pogardzie, jakiej doświadczają ze strony duchownych.
Jako mniszka klauzurowa tego nie doświadczam. To nie jest ucieczka od odpowiedzi, po prostu siedząc w klasztorze, nie przeżyłam takich sytuacji.
„Psim obowiązkiem zakonnicy jest ścierać pył z podłogi przed godnością kapłana”.
Tak się to ukształtowało w naszej kulturze – i tu siostra Borkowska ma rację – choć nie musi tak być. Sama wiem, że często wchodzi gdzieś ksiądz, a dopiero po pół godzinie dogania go człowiek...
Trafne.
Czasem to nie jest ich wina, takie są oczekiwania, tak ich wychowano. Bywa, że wciąż traktuje się księdza jak nadczłowieka.
A zakonnicę jako podczłowieka?
Cóż, Polska jest specyficzna i polski klerykalizm jest specyficzny, za nami wiele niedobrych rzeczy, lecz to się naprawdę zmienia. Już Jan Paweł II bardzo docenił rolę kobiet w Kościele, a to, co robi Franciszek, jest krokiem milowym. Jesteśmy w drodze, nie można się na tym zatrzymać.
Żeby być zakonnicą, trzeba albo mieć hiperpokorę, albo być feministką.
Albo jedno i drugie. Nie ma żadnego powodu, by traktować zakonnicę inaczej niż księdza. Oczywiście on ma swoje funkcje jako kapłan, ale jeśli chodzi o godność, nie ma absolutnie żadnej różnicy.
Siostra na serio interesuje się feminizmem?
Czytam, śledzę, jak się traktuje kobiety w różnych częściach świata. Notabene nie mam poczucia, żeby w Polsce było z tym źle, uważam wręcz, że przy wszystkich zastrzeżeniach i ograniczeniach nasza kultura jest dość matriarchalna. Być może nie mamy takiego znaczenia w polityce, ale w rodzinie rola kobiety jest bardzo silna.
Siostra jest feministką?
Jeśli feminizmem jest poczucie własnej, nie mniejszej niż mężczyzny wartości, to tak, jestem feministką.
To będą dziwne święta.
Zupełnie inne niż te, które znamy.
Jak wiadomo, najważniejszym sakramentem w Polsce jest święcenie jajek. I co to będzie w tym roku?
Będziemy przeżywać święta jak wszyscy inni chrześcijanie, bez święcenia pokarmów, bo tej tradycji nie ma nigdzie poza Polską. To nie jest prawo ani Boże, ani kościelne.
Ale tradycji żal.
Jak każdej tradycji. Święcenie pokarmu ma nam przypomnieć, że wszystko otrzymujemy z rąk Boga i powinniśmy Mu za to dziękować. Trzeba to sobie uświadomić bez ceremonii święcenia jajek. Znacznie większym bólem jest brak możliwości udziału w Eucharystii.
Jak sobie z tym poradzić?
To jest autentyczna strata, jakiś post. Może warto skupić się na tym, że przeżywamy szczególne obchody paschalne w historii świata. Jest to moment umierania i przejścia do czegoś nowego, czego dokładnie nie znamy. Ta epidemia będzie przełomem i świat po niej będzie inny.
Będziemy przeżywać święta jak wszyscy inni chrześcijanie, bez święcenia pokarmów. Tej tradycji nie ma nigdzie poza Polską