Nałożone w piątek cła mogą wyhamować wzrost gospodarczy w Chinach nawet o 1,5 pkt proc.
Reklama
Ameryka odpowiada za jedną piątą chińskiego eksportu, co oznacza, że Stany Zjednoczone to największy klient przedsiębiorstw z Państwa Środka. Na drugi brzeg Pacyfiku wysłały one w 2018 r. towary o łącznej wartości 539 mld dol., czyli niewiele mniej, niż wynosi cały PKB Polski, i mniej więcej tyle, co PKB Belgii. Nic dziwnego, że amerykańskie cła to realne zagrożenie dla chińskiej gospodarki.
Zdaniem analityków banku Barclays nałożone w piątek przez prezydenta Donalda Trumpa dodatkowe daniny mogą kosztować Chiny 0,5 pkt proc. wzrostu PKB w perspektywie następnych 12 miesięcy. Do tego dochodzi kolejne 0,5 pkt proc., jeśli Waszyngton zdecyduje się na obłożenie cłami reszty towarów zza Wielkiego Muru (na razie podwyższone stawki obowiązują na import o wartości 250 mld dol.), jak zresztą prezydent groził już w 2018 r. Wtedy Międzynarodowy Fundusz Walutowy przestrzegał, że wzrost w Chinach może skurczyć się o 1,5 pkt proc. (w ubiegłym roku wyniósł 6,6 proc.). To tak, jakby z mapy gospodarczej świata wymazać Nową Zelandię.
Dotychczasowe cła już zaowocowały spadkiem we wzajemnej wymianie handlowej między USA a Chinami. W porównaniu do I kwartału ubiegłego roku import chińskich towarów do USA zmalał o 14 proc. (ze 123 mld do 105 mld dol.), zaś amerykański eksport do Chin spadł o 19 proc. (z 32 mld do 26 mld dol.). Sami Chińczycy na razie robią dobrą minę do złej gry. W należącej do banku centralnego Państwa Środka gazecie „Finance News” napisano, że wpływ amerykańskich ceł na dynamikę PKB nie przekroczy 0,3 pkt proc. i będzie „możliwy do kontroli”. „Kondycja gospodarki znacząco poprawiła się w ostatnich miesiącach, a otoczenie makroekonomiczne i regulacyjne powinno zwiększyć odporność rynku na zewnętrzne wstrząsy” – napisał Ma Jun, jeden z ekspertów banku.
Zaordynowana w piątek przez Trumpa podwyżka będzie miała opóźniony efekt, ponieważ ma dotyczyć towarów załadowanych na statki po 10 maja. Rejs przez Pacyfik może trwać nawet miesiąc, a wszystko, co w momencie ogłaszania nowych stawek już znajdowało się w tranzycie do Stanów Zjednoczonych, nie zostanie objęte nową daniną. Najgorszym wariantem dla Chin byłaby sytuacja, w której amerykańscy kontrahenci zaczęliby przenosić zlecenia do innych krajów. To jednak nie zawsze jest proste; atrakcyjność Chin jako fabryki świata bierze się m.in. stąd, że wszystko jest tam pod ręką. To znaczy, że lokalna gospodarka jest w stanie dostarczyć praktycznie wszystkie komponenty niezbędne do wykonania końcowego produktu. W innym kraju może być trudno znaleźć miejsca, gdzie łańcuch dostaw będzie kompletny.
Z tego względu część amerykańskich przedsiębiorstw będzie naciskać na lokalnych dostawców, żeby obniżyli ceny, co nie będzie proste, bo w wielu branżach, np. elektroniki użytkowej, marże są jednocyfrowe. Część kosztów zostanie również przeniesiona na amerykańskich klientów. Wojna handlowa może mieć jednak również beneficjentów: te wszystkie kraje w pobliżu, do których produkcja najprostszych towarów już jest przenoszona, np. Wietnam. Konflikt Waszyngtonu i Pekinu może ten proces przyspieszyć.
Na razie chińscy oficjele wstrzymują się z krytyką USA. Być może dlatego, że – jak napisał w „Financial Times” Jamil Anderlini – Pekin po prostu nie oszacował poprawnie głębokości amerykańskiej frustracji wywołanej chińską polityką handlową. Piątkowe cła są bowiem efektem zwrotu akcji w rozmowach między supermocarstwami. Jak wynikało z zakulisowych relacji amerykańskich dyplomatów, jeszcze nieco ponad tydzień temu wydawało się, że strony porozumiały się co do najbardziej kontrowersyjnych punktów, po czym Chińczycy wykonali w kilku miejscach zwrot o 180 stopni.
„To zresztą jest rutynowa procedura operacyjna władz komunistycznych. Negocjatorzy nigdy nie mają wystarczająco dużo autonomii, aby finalizować umowy, i zawsze muszą prosić o zgodę swoich szefów przed podpisaniem umowy. To pozwala im przedstawiać się w roli »dobrych gliniarzy«, którzy robią, co mogą, aby przekonać cesarza do nierozsądnych żądań barbarzyńców” – czytamy.
Problem Pekinu polega na tym, że nie ma zbyt dużego pola manewru. Państwo Środka obłożyło już cłami import z USA o wartości 110 mld dol. Do oclenia zostało już niewiele więcej. Pekin potencjalnie mógłby podwyższyć te stawki, ale nie kosztem spadku konkurencyjności niektórych swoich produktów (w tym telefonów komórkowych) zależnych od amerykańskich technologii. Trudno też powiedzieć, czy władze zdecydują się pomajstrować przy amerykańskich obligacjach, których są największym posiadaczem na świecie. Pekin mógłby na przykład zagrozić sprzedażą dużej ich części, co miałoby wpływ na cenę. Problem polega na tym, że ich stabilność czyni je świetnym narzędziem do lokowania rezerw walutowych.