Raport prokuratury generalnej Ukrainy, w którym figuruje nazwisko Ludmyły Kozłowskiej, zarzuca jej zdradę państwa i wspieranie organizacji terrorystycznych. Dokument jest podpisany przez ówczesnego zastępcę prokuratora generalnego Witalija Kaśkę. Są na nim pieczątki, nagłówki i sygnatury. Jedyną słabością jest fakt, że to fałszywka. Aby to ustalić, wystarczyło się skontaktować z Kaśką.
Ten nie tylko powiedział DGP, że nie podpisał się pod tym dokumentem, ale i stwierdził, że materiały w takiej formie w prokuraturze po prostu nie powstawały. Nic nie stało jednak na przeszkodzie, by przez niemal tydzień w niektórych mediach i na kontach twitterowych osób przekonanych o uwikłaniu szefowej Fundacji Otwarty Dialog powoływano się na ten właśnie raport. Nikt nie pokusił się o jego weryfikację.
Nie rozstrzygamy, czy były podstawy do wpisania Ludmyły Kozłowskiej do Systemu Informacyjnego Schengen, co wiąże się z zakazem wjazdu do państw strefy. Nie wiemy, czy prokuratura lub służby postawią jej kiedyś zarzuty. Zdajemy sobie sprawę, że wokół źródeł finansowania FOD jest mnóstwo pytań. Uważamy, że te wątpliwości powinny zostać wyjaśnione. Mimo to trudno nam przejść do porządku dziennego nad metodą weryfikacji FOD. Po raz pierwszy na taką skalę w państwie UE w obiegu znalazły się kompromaty – materiały kompromitujące typu wschodniego. Takie jak sekstaśma z rzekomym udziałem Kozłowskiej czy cytowane bez zażenowania fałszywe dokumenty. Korzysta się z czernuchy (czarnego PR) inspirowanej przez zagranicznego oligarchę, a kiepskiej jakości teksty funkcjonują jako analizy eksperckie.