Konflikt z Komisją Europejską przekłada się na inne interesy Polski w Unii. Najbardziej wyraźnie widać to podczas rozmów o kolejnym wieloletnim budżecie UE.
Reklama
To on był bezpośrednim powodem przygotowania przez Komisję Europejską projektu rozporządzenia dającego możliwość zakręcania kurka z euro dla danego kraju, jeśli nie przestrzega on zasad praworządności. Polska jest temu przeciwna, ale trwają negocjacje szczegółów tego rozwiązania. Także sam kształt projektu wieloletnich ram finansowych na lata 2021–2027 pokazuje, że słabsza pozycja Polski oznacza mniejszy budżet. To nie jedyne kwestie, w których widać, że pośrednio płacimy koszty konfliktu o praworządność.
Polska przegrała bój o dyrektywę o pracownikach delegowanych. W zeszłym tygodniu nowe regulacje zostały przyjęte w kształcie bardziej niekorzystnym dla naszych firm niż wynikało to z pierwotnych założeń. Zgodnie z przyjętym projektem pracownik wysyłany za granicę zostanie objęty prawem kraju przyjmującego już po roku (lub na wniosek pracodawcy po 1,5 roku), chociaż początkowo była mowa o dwóch latach. Po tym czasie będą mu przysługiwać pensja minimalna oraz świadczenia socjalne obowiązujące w miejscu pracy. Poza tym nowe regulacje będą obowiązywać od połowy 2020 r., a nie – jak początkowo zakładano – od 2022 r.
To nie koniec batalii o delegowanie pracowników, bo kwestia zatrudnienia kierowców ciężarówek ma być uregulowana osobno w pakiecie mobilności, nad którym prace dopiero nabierają tempa. Niewykluczone, że przejdzie pierwotna propozycja KE, która zakłada, że kierowca podlega dyrektywie o delegowaniu pracowników po spędzeniu w kraju przyjmującym trzech dni miesięcznie. Francuzom udało się utrącić korzystne dla nas decyzje komisji transportu Parlamentu Europejskiego i teraz zapadną one na sali plenarnej. – To była nieczysta zagrywka. Tego typu procedura jest uruchamiana bardzo rzadko i w skrajnych przypadkach. Polskiej delegacji nie przyszło do głowy, by ją zastosować, gdy z komisji zatrudnienia wyszedł projekt dyrektywy matki – twierdzi źródło w europarlamencie i mówi o dyskryminacji krajów Europy Środkowej.

Reklama
Podobną próbę podjęto już wcześniej z dyrektywą gazową. Komisja przemysłu poparła propozycję KE, która zakłada objęcie prawem unijnym podmorskich części gazociągów na terenie UE. Takie rozwiązanie mogłoby podważyć opłacalność projektu Nord Stream 2. Ale potem grupa eurodeputowanych próbowała przeforsować wniosek w sprawie głosowania całej izby nad projektem, co otworzyłoby drogę do zmiany zapisów niekorzystnych dla rosyjskiego Gazpromu. Ostatecznie wniosek upadł, dzięki czemu obowiązujące dla Parlamentu Europejskiego jest stanowisko komisji przemysłu. Ale by prace poszły dalej, wspólne stanowisko muszą wypracować także kraje członkowskie w Radzie UE. A na to się w najbliższym czasie nie zapowiada. Bułgarska prezydencja wobec impasu w rozmowach zdecydowała się przedłużyć prace na etapie eksperckim. Nie pomogły apele Polski o przyspieszenie. W maju zaś ruszyła budowa NS2.
Polska administracja angażuje dużo energii w walkę w sprawie art. 7, podczas gdy mogłaby zajmować się tematami dotyczącymi realnych interesów gospodarczych, m.in. w energetyce. Choć KE notyfikowała naszą ustawę o rynku mocy (mechanizm pozwalający na dopłaty producentom energii nie tylko do jej produkcji, ale też gotowości do niej w szczycie), problem wciąż nie jest rozwiązany. Komisja chce, by docelowo pomoc publiczna była możliwa dla instalacji o emisyjności CO2 do 550g/MWh, czego bloki węglowe nie spełniają (a to podstawa naszej energetyki). Ostateczny kształt unijnego rozporządzenia jest jeszcze przedmiotem negocjacji, ale gdy zacznie obowiązywać, będzie mieć pierwszeństwo stosowania przed krajową ustawą.
Druga istotna sprawa to pakiet zimowy, czyli negocjowany obecnie zestaw przyszłych dyrektyw energetycznych. Wydaje się, że nasi politycy będą musieli powiedzieć jasno, że proces odchodzenia od węgla w naszym kraju będzie szybszy, niż mówili na początku kadencji. Nie ma bowiem szans, byśmy dostali kolejne przedłużenie zgody na pomoc publiczną na zamykanie kopalń; do 2023 r. wydamy na to kilkanaście miliardów złotych. Efekt? Górnictwo będzie może bardziej rentowne, ale węgla już nam brakuje, co powoduje zwiększony import, głównie z Rosji. Trudno będzie też o ewentualną realizację budowy nowych kopalń. Najwięksi gracze finansowi wycofują się bowiem z „czarnych” projektów.
Polska pozycja nie jest silna także w polityce migracyjnej, która jest jednym z największych problemów Unii. Polska i Węgry sprzeciwiają się uzgodnionej w 2015 r. relokacji migrantów. To powoduje, że jesteśmy w UE na cenzurowanym.
Argumenty rządu są dwa: po pierwsze, imigranci nie chcą do nas przyjeżdżać, a nie można ich tu trzymać na siłę. Po drugie, Polska jako kraj na wschodniej flance UE przyjmuje uchodźców i imigrantów z krajów byłego ZSRR i innych przedostających się przez wschodnią granicę. O ile ta druga teza częściowo trafia do unijnych liderów, co można było usłyszeć z ust Jeana-Claude’a Junckera i Angeli Merkel, o tyle nie przekonuje zwłaszcza KE. To właśnie polskie „nie” w polityce migracyjnej jest obok kwestii praworządności najczęstszym powodem żądań obcięcia środków z UE dla państw naszego regionu.
Polska przegrała bój o dyrektywę o pracownikach delegowanych.