Dwa tygodnie przed Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych wypadła 75. rocznica powstania Armii Krajowej. Ręka w górę, kto pamiętał. Jeżeli podniesie ją rząd, to bezczelnie skłamie
Reklama
Jeśli zastępowanie mitu Armii Krajowej legendą żołnierzy wyklętych będzie nadal tak szybko postępowało, to pozostanie tylko jedno logiczne wytłumaczenie fenomenu. Zarówno rządzący, jak i opozycja nie chcą drażnić naszej przyjaciółki kanclerz Angeli Merkel, bo przecież akowcy strzelali do Niemców. Teza absurdalna? Na pewno mniej niż zjawisko, którego jesteśmy świadkami.
Od ponad dekady trwa w Polsce debata na temat polityki historycznej. Dla lewicy takie pojęcie było odrażające oraz antyeuropejskie, prawica, zwłaszcza odwołująca się do wartości narodowych i patriotyzmu, uważała, że należy ją prowadzić. Kiedy Polacy kontynuowali swój dialog, zwykle sprowadzający się do wzajemnego obrzucania się obelgami, państwa wykazujące ambicje odgrywania ważnej roli na arenie międzynarodowej takową politykę od dawna prowadziły. Trzema wzorcowymi przykładami jej skuteczności są na pewno Izrael, Republika Federalna Niemiec i putinowska Rosja. Państwo żydowskie z żelazną konsekwencją dba o pamięć o Holocauście (Żydzi wolą określenie Shoah). Niemcom, po dekadach wysiłków na niwie medialnej i finansowej, udało się dowieść, że za zbrodnie II wojny światowej odpowiadają bliżej nieokreśleni naziści. Z kolei Kreml do upadłego walczy o to, żeby na Rosji nigdy nie spoczęło żadne odium prowadzenia polityki ludobójczej lub imperialnej, a Armia Czerwona zawsze kojarzyła się z wyzwalaniem i zniszczeniem nazizmu. Na tym tle polska polityka historyczna, kiedy starano się ją od czasu do czasu uskuteczniać, wypadała bardzo blado. Zmagania z używaniem zwrotu „polskie obozy koncentracyjne” przez zagraniczne media przywodzą na myśl walkę z wiatrakami. Lata mijają, a problem trwa. O innych objawach polskiej polityki historycznej trudno mówić, bo ich gołym okiem nie widać. Poza jednym – przywróceniem pamięci o żołnierzach wyklętych.
Przywracanie sprawiedliwości
„Zniszczymy wszystkich bandytów reakcyjnych bez skrupułów. Możecie jeszcze krzyczeć, że leje się krew narodu polskiego, że NKWD rządzi Polską, lecz to nie zawróci nas z drogi” – oznajmił Stanisławowi Mikołajczykowi w czerwcu 1945 r. Władysław Gomułka. Obu polityków zaprosił wówczas na spotkanie w Moskwie Józef Stalin, by dopiąć szczegóły powołania Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Należy się dziwić szefowi PSL, że zachował wtedy złudzenia, iż sprawy potoczą się inaczej, niż zapowiedział mu Gomułka. Komuniści przejmowali kontrolę nad krajem, w którym prawie nikt nie chciał ich rządów. Wszelki opór łamali bezwzględnie, a równie ważne, co zabijanie wrogów, stało się zniszczenie pamięci o nich. Gdy nie dawało się jej zupełnie zatrzeć, zohydzano ludzi walczących o niepodległość Polski. Przez lata reżymowa propaganda starała się uczynić ich „reakcyjnymi” lub „leśnymi bandytami”, oskarżając o rabunki, mordy na cywilach, a w najlepszym wypadku o strzelanie w plecy funkcjonariuszom władzy ludowej. Ze względu na te potrzeby postacie takie jak kpt. Romuald Rajs ps. „Bury” stanowiły coś na kształt daru niebios. Puszczenie przez jego oddział z dymem w styczniu 1946 r. białoruskiej wsi Zaleszany i wymordowanie mieszkańców, w tym siedmiorga dzieci, idealnie pasowało do propagandowego obrazka. Wśród ok. 200 tys. ludzi związanych po wojnie z antykomunistycznym podziemiem ci mający na rękach krew niewinnych ofiar stanowili mniejszość, ale nie da się zaprzeczyć, że się zdarzali. To wystarczyło władzom PRL do dyskredytowania samego oporu w oczach społeczeństwa.
Wykorzystywano ku temu każdą okazję oraz instytucję. Kiedy prymas Stefan Wyszyński starał się ratować resztki niezależności Kościoła katolickiego, nie miał skrupułów przed poświęceniem w tym celu pamięci o przegranych bohaterach. Wynegocjowane pod jego egidą Porozumienie Państwo-Kościół zawarte w kwietniu 1950 r. w punkcie ósmym jasno mówiło: „Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej”. Trudno mieć wątpliwości, z kim tak naprawdę sympatyzował Prymas Tysiąclecia, lecz polityczna konieczność sprawiała, że wybrał współuczestniczenie w propagandowym kłamstwie.
Odkręcenie tego kłamstwa wcale nie okazało się proste. Koniec PRL w 1989 r. nie oznaczał triumfalnego powrotu żołnierzy wyklętych. Ta dziś tak powszechnie używana nazwa powstała dopiero cztery lata później, za sprawą wystawy na Uniwersytecie Warszawskim przygotowanej przez Ligę Republikańską. Twórcy ekspozycji „Żołnierze Wyklęci. Antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 r.” Grzegorz Wąsowski i Leszek Żebrowski przygotowywali ją przy okazji kontestowania tego, jak po Okrągłym Stole wyglądał obóz rządzący niepodległą Polską. „Termin »żołnierze wyklęci« oznaczał, że po 1989 r. o bohaterach antykomunistycznego podziemia zapomniała elita III RP, a nie władze PRL” – wyjaśniał w 2012 r. w wywiadzie dla PAP pomysłodawca nazwy Grzegorz Wąsowski. Podczas tej rozmowy, przeprowadzanej z okazji obchodów ustanowionego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, ówczesny dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN dr Andrzej Zawistowski rozszerzył pojęcie „wyklęty”. Jak mówił: „Byli oni wyklęci kilka razy – w momencie, kiedy walczyli, wyklęła ich władza oraz społeczeństwo, które przyjęło propagandę komunistyczną; później wyklęto ich z pamięci, przez lata przedstawiano ich jako czarnych bohaterów, morderców, nazywano ich »bandami«. W pierwszych latach po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, w 1989 r. wspomnianych żołnierzy określano mianem »kontrowersyjnych«” – klarował dr Zawistowski. Przy czym IPN wówczas bezskutecznie promował nazwę „żołnierze niezłomni”, mającą podkreślać ich bohaterstwo. Tyle tylko że bycie ofiarą komunizmu, a następnie (przez zapomnienie) ofiarą III RP czyniło słowo „wyklęty” idealnym. Przywracanie pamięci o nich i oddawanie czci stanowiło akt sprawiedliwości, która się bohaterom antykomunistycznego podziemia należała od rodaków. Kłopot, że przy tej okazji zostali uznani za użyteczne narzędzie prowadzenia polityki historycznej.
Zmiana narracji
Odrzucenie przez Prawo i Sprawiedliwość spuścizny III RP zlało się w jedno z kultem żołnierzy wyklętych. Świetnym symbolem niezłomnej walki z wszystkim tym, co odbierało polskim patriotom wolność, a krajowi niepodległość. Przy tej okazji ocaleni od zapomnienia bohaterowie uwiedli młode pokolenie. Niczym się ono nie różni od wielu poprzednich, uwielbiających za młodu patriotyczne uniesienia i romantyczne wzorce, żywcem brane z poematów Mickiewicza czy kart sienkiewiczowskiej trylogii. Wśród ludzi w wieku od 15 do 24 lat, wedle opublikowanych w tym tygodniu badań Instytutu Spraw Publicznych, aż 66 proc. deklaruje się jako osoby o poglądach prawicowych. Znakomicie współgrających z wartościami konserwatywnymi i narodowymi symbolizowanymi przez wyklętych. Ci więc stają się pomostem łączącym młodzież z obozem władzy. Ten zaś niemal oszalał na ich punkcie, fetując, dotując publikacje, filmy, komiksy, spoty, koncerty. Koegzystencja z mitem wyklętych stała się tak bliska, że na inne zaczęło brakować już miejsca. Proces widoczny już w poprzednich latach, w tym roku dosłownie raził w oczy. Oto legenda żołnierzy wyklętych zaczęła wypierać nawet pamięć o Armii Krajowej. Owszem, nadal nie daje o sobie zapomnieć powstanie warszawskie, lecz już inne ważne wydarzenia tyczące się dziejów Polskiego Państwa Podziemnego zaczęły znikać z pierwszego planu. Rzecz to paradoksalna, zważywszy, że większość wyklętych wcześniej służyła w AK. Zaś podziemie antykomunistyczne było kontynuacją tego z czasów II wojny światowej.
Ten niuans okazuje się sprawą drugorzędną, bo propagowanie mitu, który stał się fundamentalny dla stronnictw prawicowych, musiało przynieść reakcję lewej strony. Przy czym jest ona typowa dla polskich realiów. Czyli mitowi należy przeciwstawić inny, bez oglądania się na fakty czy zdrowy rozsądek. Grunt to przelicytować przeciwnika, a przy okazji go oczernić. Celuje ostatnio w tym temacie środowisko „Gazety Wyborczej”, które sięgnęło po historię Armii Krajowej, by postawić ją w opozycji do żołnierzy wyklętych, czego świetnym przykładem jest opublikowany oczywiście dokładnie 1 marca wywiad pt. „Wyklęci byli żołnierze AK” przeprowadzony przez Tomasza Urzykowskiego z prezesem Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej prof. Leszkiem Żukowskim. Bez trudu można w nim zauważyć wielki żal, jaki w rozmówcy wzbudza odsuwanie AK na drugi plan oraz promowanie tezy, że po 1945 r. należało się z komunistycznym reżymem i Sowietami bić dalej, bez względu na koszty. „Po rozwiązaniu AK dowódcy wydający żołnierzom następne rozkazy powinni wiedzieć, co robią, co chcą uzyskać i jaka jest na to szansa w sytuacji, gdy nasi sprzymierzeńcy z Zachodu już nas sprzedali. Zgodzili się w Teheranie i Jałcie, że Polska będzie podporządkowana ZSRR. Kontynuowanie walki w takich okolicznościach nie miało sensu. Ktoś mi powiedział, że żołnierze, którzy nie złożyli broni, dawali nadzieję. Nadzieja nie była w gestii Polski, tylko naszych sprzymierzeńców na Zachodzie” – mówi w nim Żukowski. Jeśli założyć, iż wszystko zacznie przebiegać zgodnie z polską tradycją, to wkrótce proces przeciwstawiania legendy AK mitowi żołnierzy wyklętych zacznie się nasilać. A to oznacza, że polska polityka historyczna zmierza w stronę katastrofy.
Zatracanie proporcji
W nowoczesnym państwie ta najbardziej podstawowa definicja polityki historycznej jest prosta. Osoby zorientowane w temacie powiedziałyby, że chodzi głównie o kreowanie pozytywnego wizerunku własnego państwa na arenie międzynarodowej przy użyciu odniesień do przeszłości. Polityka historyczna jest więc jednym z ważniejszych narzędzi polityki zagranicznej, wartym inwestowania dużych pieniędzy, przekazywanych wybranym instytucjom, fundacjom, ludziom. Gdyby jednak zapytać osoby zorientowane, co sądzą o poczynaniach władz Rzeczpospolitej, nie wiedziałyby, co powiedzieć. Niełatwo bowiem zrozumieć kogoś, kto z własnej woli wyrzeka się swych największych atutów, promując te zdarzenia z przeszłości, które na dłuższą metę mogą obrócić się przeciwko niemu. Wspomnianym atutem, o wartości nie do przecenienia, jest Polskie Państwo Podziemne. Ewenement o takiej skali, że trudno znaleźć dla niego analogię w historii, nie tylko II wojny światowej. Tworzono je na terenie okupowanym przez dwa totalitarne mocarstwa, systematycznie mordujące obywateli II Rzeczpospolitej na masową skalę, poczynając od elity intelektualnej. Zarówno III Rzesza, jak i ZSRR wypracowały skuteczne metody rozbijania wszelkich organizacji konspiracyjnych. A mimo to powstało Polskie Państwo Podziemne, posiadające własną administrację, sądownictwo, szkolnictwo i siły zbrojne. W momencie szczytowej rozbudowy w Armii Krajowej służyło ok. 380 tys. żołnierzy, dowodzonych przez prawie 11 tys. dobrze znających swój fach oficerów. Do równie masowej skali rozbudowano konspiracyjne szkolnictwo. Nauczyciele, ryzykując życie, doprowadzili na tajnych kompletach do egzaminów maturalnych ponad 83 tys. uczniów, a 6,5 tys. młodych ludzi umożliwiono ukończenie studiów. W konspiracyjnych drukarniach składano do wydania aż 1,4 tys. tytułów prasowych, przy czym 17 gazet ukazywało się nieprzerwanie przez cały okres okupacji. Do podziemia zeszły nawet sztuka i działalność kulturalna. Nie do przecenienia był fakt ustanowienia własnego wymiaru sprawiedliwości, tworzonego przez cywilne sądy specjalne i konspiracyjną policję nazwaną Państwowym Korpusem Bezpieczeństwa. O tym, jak karać osoby oskarżone o kolaborację z okupantem lub pospolite przestępstwa, decydował nie dowódca wojskowy, lecz sąd. Rozpatrując osobno każdy przypadek. Dzięki temu nie tylko starano się unikać bezprawia i zbrodni, lecz także następowało samooczyszczanie się ruchu oporu ze zwykłych bandytów, którym wojna zawsze daje wielkie możliwości. Trzymano standardy i wysokie morale. Wreszcie udawało się utrzymywać jedność skomplikowanej struktury cywilno-wojskowej poprzez podporządkowanie jej przebywającemu na emigracji rządowi i jego cywilnemu przedstawicielowi – Delegatowi Rządu na Kraj.
Kontynuujący konspirację żołnierze wyklęci byli tylko cieniem dawnej świetności Polskiego Państwa Podziemnego. Nie udało się utrzymać jednolitego dowództwa, organizacji ani też systemu samooczyszczania szeregów z kryminalistów. Stanowili rozproszone grupy zbrojne prowadzące działania na własną rękę. Co nie mogło dziwić, bo Polska wykrwawiła się podczas wojny, a chęć stawiania oporu osłabła, gdy zachodni alianci spisali swego dawnego sojusznika na straty. Brak nadziei i wyczerpanie społeczeństwa ułatwiły komunistom przejęcie władzy. Choć bez wsparcia dywizji NKWD i tak okazałoby się to niemożliwe. Ci, którzy nadal walczyli, mieli prawo uważać się za niezłomnych. Co nie zmienia tego, że ich historia jest smutnym postscriptum dziejów Armii Krajowej, a nie czymś, co powinno przysłaniać legendę AK.
Siła uniwersalizmu
Niepodległa Polska przed 1939 r. była państwem dalekim od doskonałości. Rzeczą niezwykłą jest, że gdy musiała zejść do podziemia, wzięto z niej wszystko, co najlepsze, najbardziej moralne i wzniosłe. Zarówno w sferze organizacyjnej, jak i ideowej. Trzymanie standardów demokratycznych i przestrzeganie zasady zwierzchności cywilnego rządu nad armią nie stanowiło (delikatnie mówiąc) najmocniejszej strony II RP. Kiedy musiano stworzyć rząd na uchodźstwie, substytut parlamentu w postaci Rady Narodowej i siły zbrojne w okupowanym kraju, dużo staranniej przestrzegano reguł obowiązujących w krajach demokratycznych. I wcale nie był to koniec paradoksów, z których Polacy mają prawo czuć się dumni.
Lata 30. przyniosły w Kraju nad Wisłą gwałtowne nasilanie się nastrojów antysemickich. Były one tak mocne, że nawet początkowo odporny na nie obóz sanacyjny zaczął gorączkowo szukać miejsc w świecie, gdzie dałoby się polskich Żydów wyekspediować. Niemiecki okupant wystawił Polaków na iście diabelską pokusę – „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, sprowadzającego się do wymordowania wszystkich ludzi o semickich korzeniach. Przy czym Niemcy zamierzali to zrobić osobiście i wystarczyło tylko nie przeszkadzać. Tymczasem kiedy zaczął się Holocaust, jednym z ważniejszych elementów państwa podziemnego stała się Rada Pomocy Żydom przy Delegacie Rządu RP na Kraj ukryta pod nazwą Żegota. To kierowniczka referatu dziecięcego Żegoty Irena Sendlerowa zarządzała konspiracyjną strukturą, która ocaliła życie 2,5 tys. żydowskich dzieci. To kurier z Warszawy Jan Karski przygotował całościowy raport o zagładzie Żydów i przewiózł go na Zachód, by skłonić przywódców aliantów do podjęcia próby przerwania ludobójstwa. Gdy rządy Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych nie kiwnęły nawet palcem, to Armia Krajowa próbowała ocalić Żydów. Tę wyliczankę można kontynuować jeszcze bardzo długo, dorzucając kolejne przykłady budujące wielką legendę. Jak choćby wkład wywiadu AK w pokonanie III Rzeszy. Z rozlicznych operacji do dziś świat pamięta przerzucenie z okupowanej Polski do Wielkiej Brytanii rozłożonej na części rakiety V-2. Nim jeszcze Wunderwaffe Hitlera została użyta do niszczenia Londynu, przez całą wiosnę 1944 r. wywiadowcy AK usiłowali wykraść broń z rejonu poligonu doświadczalnego pod Mielcem. Kiedy tylko rakieta spadała na ziemię, odbywał się wyścig. Niemcy na miejsce upadku V-2 posyłali jednostkę wojskową, która otaczała teren, a potem starannie zbierała wszystkie części, akowcy zaś usiłowali wyprzedzić wroga. Wreszcie po wielu próbach 20 maja 1944 r. sztuka ta udała się nieopodal wsi Mężenin. Dzięki poświęceniu ludzi z ruchu oporu Brytyjczycy dobrze wiedzieli, czego się spodziewać, nim rakietami V-2 zaatakowano stolicę Zjednoczonego Królestwa.
W podręcznikach szkolenia sił specjalnych nadal przykładem operacji wzorcowej jest przejęcie 17 stycznia 1943 r., z rozkazu komendanta Armii Krajowej gen. Stefana „Grota” Roweckiego, więzienia w Pińsku. Po to, by odbić z rąk Niemców dowódcę III Odcinka „Wachlarza” (operacji dywersyjnej prowadzonej na Kresach) Alfreda Paczkowskiego i dwóch jego ludzi. Dokonała tego czternastoosobowa grupa dywersyjna dowodzona przez cichociemnego por. Jana Piwnika ps. „Ponury”. Cała rzecz polegała na tym, że do miasta, gdzie stacjonował batalion Wehrmachtu i pułk Kozaków gen. Własowa, łącznie 3 tys. uzbrojonych po zęby żołnierzy, samochodem i na ciężarówce wjechał polski oddział specjalny. Przez pierwsza bramę więzienia samochód osobowy przejechał dzięki temu, że pasażerowie przebrali się w mundury oficerów gestapo. W tej samej chwili trzy grupy szturmowe pokonały dzięki linom i drabinkom sznurowym pięciometrowy mur otaczający obiekt. Cichociemni zabili wartowników, zlikwidowali szefostwo więzienia, a Paczkowskiego i dwóch jego podwładnych przeprowadzili do parkującej przed bramą ciężarówki. Przy okazji oswobodzono 50 innych aresztantów, po czym równie sprawnie opuszczono Pińsk, niszcząc wcześniej miejską centralę telefoniczną. Wszystko to załatwiono między godziną 17 a 17.25 tak cicho, że żaden z 3 tys. stacjonujących w Pińsku żołnierzy niczego nie zauważył. Coś tak perfekcyjnego musi budzić podziw w każdym zakątku świata, bez względu na różnice kulturowe. Trzeba umieć tylko o tym opowiedzieć.
Kapitał mitu
Na narysowanym przez Włodzimierza Zakrzewskiego w 1945 r. plakacie pt. „Olbrzym i zapluty karzeł reakcji” widać pięknego żołnierza Ludowego Wojska Polskiego, którego opluwał karzełek z zawieszoną na szyi tabliczką opatrzoną napisem „AK”. Tak komunistyczna propaganda rozpoczynała walkę z mitem Armii Krajowej. Wtedy jeszcze nie robiono rozróżnienia na akowców i wyklętych. Jednak o ile pamięć społeczną o antykomunistycznym podziemiu udało się w miarę upływu czasu zupełnie wypaczyć, o tyle legenda Armii Krajowej okazała się niezwykle odporna. Po odwilży roku 1956 reżym zaprzestał otwartego prześladowania byłych akowców (choć SB niezmiennie miała na nich baczenie), a co więcej musiał zacząć ich rehabilitować, bo tego chciał ogół społeczeństwa. Z czasem pamięć o Armii Krajowej ulegała idealizacji. Do tego jeszcze psuła oficjalny wizerunek ZSRR jako przyjaciela Polski. Cokolwiek propaganda komunistyczna by nie zrobiła, wobec mitu AK pozostawała zupełnie bezradna. Zaś jego urokowi ulegały kolejne pokolenia młodych. Z dzisiejszej perspektywy dobrze widać, że taki stan rzeczy wróżył nieuchronną utratę władzy przez komunistyczny establishment w momencie, gdy Związek Radziecki nie miałby dość siły, żeby utrzymywać Polskę w stanie poddaństwa. Narzucony przez Kreml reżym zawsze pozostawał nad Wisłą ciałem obcym. Zaś mit AK zupełnie go delegitymizował. Tym sposobem Armia Krajowa wprawdzie poniosła militarną klęskę, lecz dzięki wartościom, na których ją tworzono, wygrywała przyszłość.
Tymczasem dziś ten wielki kapitał jest lekką ręką odsuwany przez obóz władzy na drugi plan i zastępowany czymś, co powinno zyskać nazwę dobrowolnej ukrainizacji polskiej polityki historycznej. Wielkim nieszczęściem współczesnej Ukrainy jest to, że budowanie swej tożsamości oparła na tradycji UPA. Jednak w przypadku naszego wschodniego sąsiada niespecjalnie było z czego wybierać z powodu krótkiej historii państwowości. Niestety Ukraińska Powstańcza Armia, choć walczyła o niepodległość, ma na swym koncie straszliwe zbrodnie, na czele z rzezią Polaków na Wołyniu. Każde ukraińskie odwołanie się do tradycji UPA może zostać łatwo użyte przeciwko samym Ukraińcom, zwłaszcza na arenie międzynarodowej. Regularnie czyni to Rosja, by podkopywać relacje Kijowa z sąsiednimi państwami. Żołnierze wyklęci mają spory potencjał, aby pomóc skłócić Polskę z jej sąsiadami. Dobrze widać to po reakcjach Białorusinów wywołanych II Marszem Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce. Równie udanie da się eksperymentować na Słowakach pamiętających egzekucje, które na Podhalu przeprowadzał oddział Józefa Kurasia „Ognia”.
Na pierwszy rzut oka może dziwić, że Prawo i Sprawiedliwość z jednej strony za swój strategiczny cel uznaje budowę Międzymorza lub Trójmorza, po czym w polityce historycznej robi wszystko, by to utrudnić. Ale jest to zdziwienie pozorne, ponieważ polskie państwo w tej chwili nie prowadzi już żadnej polityki historycznej. Brak nawet jasnych celów oraz tym bardziej dróg ich osiągnięcia. Zaś celebrowanie żołnierzy wyklętych to tylko element walki politycznej prowadzonej na krajowej scenie. Czyni się to z bezrefleksyjnym zachwytem, bo pomysł chwycił i przyciąga młodych ludzi. Przy czym obóz władzy przestał dostrzegać, że ostatnio mit wyklętych przysparza zwolenników nie jemu, lecz ugrupowaniom znajdującym się na prawo od PiS. Brak też zupełnie refleksji nad tym, co służy dobru państwa polskiego. Jeśli ta droga będzie prowadzić do marginalizacji legendy AK lub zbudowania sztucznego przeciwstawienia jej mitowi żołnierzy wyklętych, to na koniec pozostanie już tylko nieśmiertelny cytat z Wyspiańskiego. „Miałeś, chamie, złoty róg, miałeś, chamie, czapkę z piór”.
Olbrzymią wartością, a jednocześnie symbolem, na którym mogłaby się opierać nasza polityka historyczna, jest Polskie Państwo Podziemne. Ewenement o takiej skali, że trudno znaleźć dla niego analogię w historii, nie tylko II wojny światowej