Podejście do polityki alkoholowej nie idzie jednak po linii tradycyjnych podziałów w Polsce. Po jednej stronie mamy bowiem episkopat i partię Razem, a po drugiej szeroki mainstream – od Konfederacji po Polskie Stronnictwo Ludowe i Lewicę. Dla niektórych decyzja Karola Nawrockiego jest równoznaczna z promocją pijaństwa, dla innych – ze stanięciem po stronie praw i wolności obywatelskich.

Ograniczenia w dostępie do alkoholu - słychać przede wszystkim przeciwników

W debacie dominujący głos mają przeciwnicy wprowadzania ograniczeń dostępu do alkoholu. Trudno powiedzieć, na ile wynika to z działań lobby spirytusowego, na ile ze „zdrowego rozsądku” obywateli, a na ile ma to związek ze skalą nadmiernego spożycia – według danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA) dotyczy to prawie 3 mln Polaków
(z czego niecały milion to osoby uzależnione, a pozostałe pozostałe to tzw. pijący ryzykownie). Pewnie każdy z tych czynników ma wpływ na sceptycyzm wobec polityki antyalkoholowej.

Szeroka paleta argumentów zwolenników

Argumentów przeciwko restrykcjom można znaleźć sporo: spożycie etanolu na mieszkańca spada; w innych krajach konsumpcja jest na podobnym poziomie; alkohol nie jest w Polsce tańszy niż za granicą; podwyższenie cen uderzy w klasę ludową („zamiast na dzieci więcej pieniędzy pójdzie na wódkę”); picie to nieodłączny element naszej kultury, który pozytywnie wpływa na budowanie relacji społecznych; bez alkoholu ludzie znajdą inne, bardziej niebezpieczne środki odstresowania się; przemysł spirytusowy to ważna gałąź gospodarki; zagraniczne koncerny czekają, by przejąć polski rynek etc. Paleta argumentów jest więc szeroka, a z częścią z nich trudno polemizować. Co więcej, młode pokolenie zdaje się preferować inne używki. Spada też odsetek wypadków komunikacyjnych spowodowanych przez nietrzeźwych kierowców – za sprawą wieloletnich akcji społecznych prowadzenie „na podwójnym gazie” stało się zachowaniem nieakceptowalnym. No i wreszcie: wcale nie pijemy więcej niż Czesi (unijni liderzy), Niemcy, Francuzi czy Hiszpanie. Choć dane różnią się w zależności od źródła, to raczej mieścimy się w europejskiej średniej.

Czy to oznacza, że problemu nie ma? Zwolennicy bardziej restrykcyjnej polityki antyalkoholowej będą podkreślać, że liczba uzależnionych od procentów niespecjalnie spada, a koszty społeczne i zdrowotne picia są ogromne – w 2021 r. PARPA szacowała je na ponad 90 mld zł. Badania przeprowadzone w 2023 r. przez ekonomistów ze Szkoły Głównej Handlowej mówią nawet o 185 mld zł. Na koszty składają się nie tylko wydatki na opiekę zdrowotną czy wymiar sprawiedliwości, lecz przede wszystkim trudne do precyzyjnego oszacowania utracone lata aktywności zawodowej i zgony spowodowane nadmiernym spożyciem. Dochody z akcyzy w wysokości kilkunastu miliardów złotych pokrywają zaledwie część strat.

Medycyna o spożyciu alkoholu. Czy każda dawka jest szkodliwa?

Można podejść do sprawy w bardziej radykalny sposób. Według współczesnej medycyny każda dawka alkoholu jest szkodliwa dla organizmu niezależnie od tego, czy jesteśmy uzależnieni, czy nie. Co więcej, etanol to substancja bardziej uzależniająca od części narkotyków. W takim ujęciu ofiarą alkoholu jest zatem każdy, kto go spożywa, co powinno nas prowadzić do postulatu jego całkowitej delegalizacji. Przyjmuję jednak kontrargument, że zgodnie z takim podejściem powinniśmy się też domagać zakazu sprzedaży produktów zawierających cukier. Ban na alkohol wydaje się absurdalny również z przyczyn kulturowych i społecznych. Trudno oczekiwać, że substancja, która towarzyszy ludzkości od wieków, nagle zniknie. Nie należy jednak zapominać, że poza kosztami zdrowotnymi mamy jeszcze długofalowe skutki spożywania alkoholu, które trudno szacować w kategoriach ekonomicznych. Mowa tu m.in. o przemocy domowej, w tym o wykorzystaniu seksualnym nieletnich (badania wskazują, że nawet 80 proc. przypadków związanych jest z nadużywaniem alkoholu) i o rozpadzie więzi rodzinnych. Przy założeniu, że ofiarami alkoholu nie są tylko osoby pijące, lecz także najbliższe otoczenie, można przyjąć, że nawet co trzeci Polak jest dotknięty skazą alkoholizmu.

"Alkoholowe parasole" a zadania państwa

Moim zdaniem jest to wystarczający argument za tym, aby państwo podjęło działania mające na celu ograniczenie negatywnych skutków nadmiernego spożycia. To, że w innych krajach pije się równie dużo, nie powinno mieć tu znaczenia. Choć kampanie społeczne są cennym instrumentem polityki publicznej, w tym przypadku są niewystarczające, bo liczba uzależnionych drastycznie nie spada. Warto zatem sięgnąć po inne narzędzia. Tzw. drabina interwencji publicznej wskazuje kilka rozwiązań, które mogą wpłynąć na wielkość spożycia alkoholu. Da się je podzielić na dwie grupy: zakaz promocji alkoholu w przestrzeni publicznej i ograniczenie jego dostępności. W pierwszym przypadku zasadne byłoby wprowadzenie całkowitego zakazu reklamy napojów procentowych niezależnie od ich woltażu – zarówno w tradycyjnych mediach, jak i w internecie. Warto też rozważyć poszerzenie go o przynajmniej ograniczenie możliwości sponsorowania imprez sportowych i kulturalnych.

Ważnym elementem polityki państwa w tym obszarze powinno być także wyeliminowanie „alkoholowych parasoli” w branży gastronomicznej. Nie ma chyba bardziej nachalnego sposobu normalizowania picia w przestrzeni publicznej – nawet małe dzieci oswajają się z markami piwa. A warto zauważyć, że chmielowy trunek zawiera ten sam alkohol etylowy co wódka. Zresztą wiele osób uzależnionych potwierdza, że ich problem zaczął się właśnie od piwa.

Trzy rozwiązania, by na stołach nie pojawiały się zbyt często butelki wódki

Jeśli chodzi o dostępność trunków, to mamy na stole trzy potencjalne rozwiązania. Po pierwsze, należy znacząco ograniczyć liczbę koncesji na sprzedaż alkoholu, a tym samym liczbę punktów, w których można go kupić. Bezwzględny zakaz powinien dotyczyć przede wszystkim stacji benzynowych, bo trudno logicznie uzasadnić – poza kwestiami zysków ich właścicieli – dlaczego napoje procentowe są tam w ogóle obecne.

Po drugie, idąc za przykładem części samorządów, należy ustanowić prohibicję w godzinach nocnych. Dotychczasowe doświadczenia z tym rozwiązaniem są jednoznacznie pozytywne. Dlatego dziwi stanowisko stołecznych radnych, którzy sprzeciwiają się jego wprowadzeniu w Warszawie.

Po trzecie, poprzez politykę podatkową państwo może wpłynąć na cenę alkoholu. Cena butelki wódki właściwie się nie zmieniła od 25 lat – najtańsze pół litra można dostać za 20–30 zł. Jednocześnie w tym samym czasie płaca minimalna wzrosła sześciokrotnie, co oznacza, że Kowalski zarabiający najniższą krajową może dziś za nią kupić ponad 150 butelek wódki. Na początku XX w. stać go było na ok. 30. Co więcej, co weekend (a czasem częściej) sieci handlowe oferują promocje, np. zakup alkoholu za pół ceny w modelu „1+1” (jedna butelka płatna, druga gratis). Przeceny dotyczą głównie piwa, ale zdarzają się tygodnie, kiedy można taniej kupić również wódkę. Podczas tegorocznej majówki jedna z sieci oferowała aż 58 piw w cenie 29 na jedną kartę lojalnościową.

Według międzynarodowych badań poświęconych politykom alkoholowym, które niedawno przejrzał dr Michał Gulczyński z Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego, to właśnie działania prowadzące do wzrostu cen alkoholu są najskuteczniejszym narzędziem państwa w ograniczaniu jego spożycia. Nie twierdzę, że z tego powodu osoba uzależniona przestanie pić, ale ogólny spadek spożycia może się przełożyć na mniejszą liczbę ludzi wpadających w nałóg. Gra jest więc warta świeczki. Z tej też perspektywy decyzję prezydenta, aby zawetować ustawę o 15-procentowej podwyżce akcyzy na alkohol, należy ocenić jednoznacznie negatywnie.

Skoro Karol Nawrocki jest przeciwny takiemu rozwiązaniu, a jednocześnie bliskie są mu konserwatywne wartości, takie jak rodzina, powinien zaproponować inne działania w tym obszarze. Warto zacząć od zakazu reklamy i promocji oraz zakazu sprzedaży przynajmniej na stacjach benzynowych. Inaczej bez większej przesady będzie można mówić, że prezydent ponosi współodpowiedzialność za rozpijanie Polaków. ©Ⓟ

Autor jest publicystą, doktorem nauk ekonomicznych, adiunktem w Katedrze Stosunków Międzynarodowych UEK, członkiem Polskiej Sieci Ekonomii i ekspertem Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego