Embargo na dostawy bomb dla Izraela to jak dotąd najpoważniejszy sygnał niezadowolenia USA z jego taktyki wojennej.

Największe pęknięcie w sojuszu amerykańsko-izraelskim od czterech dekad – tak komentatorzy oceniają stan relacji między Waszyngtonem a Tel Awiwem po tym, jak prezydent Joe Biden ogłosił wstrzymanie dostawy bomb do Izraela. – Od tych pocisków ginęli w Gazie cywile – powiedział przywódca USA w wywiadzie dla CNN 8 maja.

Punktem krytycznym było rozpoczęcie przez izraelską armię ofensywy w położonym na granicy z Egiptem mieście Rafah, w którym od wybuchu wojny schroniło się ponad milion palestyńskich uchodźców. Biden tłumaczył, że nie może pozwolić na wykorzystywanie amerykańskiej broni na gęsto zaludnionym terenie, gdzie może spowodować tysiące ofiar oraz rozległe zniszczenia, tak jak działo się to na północy enklawy. Zagroził też, że jeśli władze w Tel Awiwie przeprowadzą w Rafah inwazję na pełną skalę, nie licząc się z życiem cywilów, to kolejnym krokiem będzie zablokowanie wysyłki pocisków artyleryjskich. – Nie wycofujemy się ze wspierania Izraela, wycofujemy się ze wspierania jego zdolności do rozpętania wojny na tym obszarze – stwierdził prezydent. „To prawdziwe trzęsienie ziemi” – komentował posunięcie Bidena amerykański dyplomata i były szef Council on Foreign Relations Richard Haass. „Zanosiło się na to już od pewnego czasu, ale Rafah było kroplą, która przelała czarę” – mówił dziennikowi „Ha-Arec”.

O ile trwają dyskusje, czy to początek strategicznej zmiany polityki wobec rządu w Tel Awiwie, czy rozpaczliwa próba powstrzymania go przed zrównaniem miasta z ziemią, o tyle na razie nic nie wskazuje na to, by w działaniach Sił Zbrojnych Izraela (IDF) pojawiły się ślady zawahania. Kiedy prezydent USA ogłaszał decyzję na antenie CNN, wojsko miało już pod kontrolą przejście graniczne z Egiptem, a czołgi zbliżały się do przedmieść Rafah. – Jeśli będziemy musieli walczyć sami, to będziemy walczyć sami. Jeśli będzie taka konieczność, to będziemy walczyć paznokciami – zadeklarował premier Binjamin Netanjahu, ostentacyjnie dając do zrozumienia, że publiczne ostrzeżenie ze strony najbliższego sojusznika nie robi na nim wrażenia.

Jeśli będziemy musieli walczyć sami, to będziemy walczyć sami. Jeśli będzie taka konieczność, to będziemy walczyć paznokciami – zadeklarował premier Izraela Binjamin Netanjahu

Jak wynika z informacji UNRWA, agendy pomocowej ONZ, w ciągu ostatniego tygodnia z miasta uciekło prawie pół miliona ludzi. Buńczuczny ton Netanjahu nie jest w stanie przykryć tego, że amerykańskie uzbrojenie odgrywa kluczową rolę w kampanii Izraela przeciwko Hamasowi. Na podstawie 10-letniej umowy zawartej w 2016 r. USA przekazują mu wsparcie militarne opiewające rocznie na 3,8 mld dol. Sztokholmski Międzynarodowy Instytut Badań Pokojowych (SIPRI) wyliczył, że odpowiada ono łącznie za 68 proc. arsenału IDF. Niewykluczone, że odsetek ten będzie jeszcze wyższy, jeśli uwzględnić dodatkowy pakiet pomocy o wartości 17 mld dol., który Kongres przyjął pod koniec kwietnia.

Czerwona linia

Wprawdzie analitycy wojskowi uważają, że embargo na bomby nie odmieni losów ofensywy w Rafah, ale jest to dotąd najpoważniejszy sygnał niezadowolenia Stanów Zjednoczonych z taktyki wojennej konsekwentnie stosowanej przez Izrael. Trwająca od siedmiu miesięcy inwazja – według danych władz Strefy Gazy – pochłonęła już życie prawie 35 tys. ludzi, a 2,3 mln naraziła na głód. Rzecz w tym, że Biały Dom do tej pory nie sprecyzował, gdzie dokładnie przebiega czerwona linia, jeśli chodzi o postępowanie izraelskiej armii.

Od miesięcy pod adresem administracji Bidena piętrzą się zarzuty, że ignoruje doniesienia o aktach okrucieństwa popełnianych przez IDF za pomocą wyprodukowanych w USA bomb i rakiet. Raporty organizacji pozarządowych opisują postępowanie izraelskich żołnierzy i decydentów jako świadome, systemowe naruszenia praw człowieka: masakry ludności cywilnej, masowe wysiedlenia, ostrzeliwanie osiedli i szpitali, utrudnianie dostaw żywności i leków. Departament Stanu w końcu zapowiedział, że zbada zasadność tych oskarżeń, aby rozwiać wątpliwości prawne związane ze sposobem używania amerykańskiego uzbrojenia, ale długo wyczekiwany raport w tej sprawie nie przyniósł definitywnej odpowiedzi. Przeciwnie – dokument zawiera sprzeczne konkluzje, co tylko spotęgowało wrażenie, że administracja rozwadnia przekaz, aby nie dostarczać krytykom argumentów za ograniczeniem wojennego wsparcia dla Izraela. Z jednej strony autorzy raportu oceniają, że IDF najprawdopodobniej wykorzystywały broń dostarczoną przez USA w sposób niezgodny z prawem międzynarodowym; z drugiej stwierdzają, że ze względu na trwające walki nie byli w stanie zweryfikować konkretnych przypadków naruszeń, które uzasadniałyby wstrzymanie pomocy militarnej. Nie znaleziono również dowodów na to, że władze izraelskie celowo utrudniały transporty humanitarne.

W ubiegły weekend sekretarz stanu Antony Blinken tylko powtórzył w CBS za swoim szefem, że nie wyklucza zamrożenia kolejnych transferów uzbrojenia, jeśli Tel Awiw zdecyduje się „przeprowadzić w Rafah wielką operację wojskową”. Ale również tym razem zabrakło wskazania, gdzie przebiega nieprzekraczalna granica. W pakiecie, który zgodnie z harmonogramem ma trafić do Izraela w najbliższym czasie, są m.in. systemy JDAM, które pozwalają zamieniać rakiety niekierowane w broń precyzyjnego rażenia, a także pociski przeciwpancerne i moździerze.

Ostatnim razem do tak ostrego rozdźwięku w relacjach między Waszyngtonem a Tel Awiwem doszło w czasie pierwszej wojny libańskiej w 1982 r. Wówczas prezydent Ronald Reagan wstrzymał dostawy amunicji kasetowej do Izraela, bo istniały mocne dowody na to, że IDF wykorzystuje ją do zabijania cywilów, mimo że umowa między partnerami zezwalała na używanie tak śmiercionośnej broni wyłącznie do celów obronnych. Niespełna rok później odmówił też transferu 75 myśliwców F-16 do czasu wycofania się izraelskich wojsk z Libanu. – Prawo zakazuje nam przekazania tych samolotów – mówił wtedy Reagan, sugerując, że Izrael po raz kolejny naruszył warunki porozumienia z USA (IDF wycofały się w 1985 r. do tzw. strefy bezpieczeństwa na południu Libanu, którą ostatecznie opuściły dopiero 15 lat później).

Wprawdzie już wcześniejsze administracje wykorzystywały potęgę militarną Ameryki, aby zdyscyplinować bliskowschodniego partnera, ale to Reagan, wstrząśnięty obrazami zmasakrowanych przez bomby ciał Libańczyków, był pierwszym prezydentem, który pokazał Izraelowi, gdzie przebiega granica, po której naruszeniu amerykańska pomoc zostanie wstrzymana.

Dyplomatyczny klincz

Niezachwiane poparcie, jakie po 7 października 2023 r. okazała rządowi Izraela administracja USA, skrywało napięcia narastające między Bidenem a Netanjahu. Już w pierwszych miesiącach inwazji w Gazie Waszyngton wysyłał sygnały, że ślepe bombardowanie miast naraża na szwank relacje Tel Awiwu z zachodnimi sojusznikami. W lutym, jeszcze zanim izraelskie władze zaczęły przygotowywać opinię publiczną na ofensywę w Rafah, Biały Dom ostrzegł je, że powtórzenie tam scenariusza z północnej części enklawy może wpłynąć na zmianę jego polityki. W tym samym miesiącu Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze wydał orzeczenie, w którym nie tylko nakazał rządowi Netanjahu, aby ułatwił dostarczanie pomocy humanitarnej Palestyńczykom, lecz także dał mu do zrozumienia, że niektóre działania IDF mogą nosić znamiona ludobójstwa, a wypowiedzi jego ministrów mogą do niego zachęcać.

Wraz z rosnącą liczbą ofiar wojny na ulicach i kampusach na całym świecie wybuchały protesty w obronie Palestyńczyków, którym ton nadawały wezwania do natychmiastowego zawieszenia broni i postawienia izraelskich przywódców w stan oskarżenia. Wprawdzie przedstawiciele Białego Domu coraz głośniej mówili o tym, że IDF muszą ograniczyć skalę ofiar i zniszczeń, ale broń dalej płynęła bez zakłóceń. Nie zmieniły tego ani presja społeczności globalnej, ani naciski ze strony progresywnego skrzydła Partii Demokratycznej, które chciałoby przykręcenia śruby władzom w Tel Awiwie. Aż do tego momentu Biden, reprezentujący starsze pokolenie liberałów, tradycyjnie należące do najbardziej oddanych rzeczników Izraela, unikał posunięć, które dawałyby choćby podstawę do spekulacji o naderwaniu więzi sojuszniczych.

Ogłoszenie wstrzymania dostawy bomb poprzedziły mozolne zabiegi dyplomatyczne za zamkniętymi drzwiami. Biden i jego ekipa podjęli niezliczone próby przekonania Netanjahu, że ofensywa w gęsto zaludnionym Rafah nie tylko spowoduje kolejny exodus i ogromne straty wśród cywilów, lecz także oddali perspektywę uwolnienia zakładników przetrzymywanych przez Hamas. Bezskutecznie. Jak wynika z ustaleń „New York Timesa”, punktem zwrotnym dla USA był izraelski atak rakietowy, w którym zginęło siedmioro pracowników organizacji World Central Kitchen (w tym Polak Daniel Soból). Prezydent uznał, że relacje z Netanjahu doszły do punktu, który wymaga użycia mocniejszych argumentów. Zwłaszcza że wraz z planowaną operacją w Rafah negocjacje w sprawie zawieszenia broni i wypuszczenia zakładników znalazły się w impasie.

Ośmielanie wrogów

Wśród krytyków Bidena panuje opinia, że o korekcie kursu w rzeczywistości zadecydowały nie tyle względy humanitarne, ile kalkulacje wyborcze. W sytuacji gdy Donald Trump ma sondażową przewagę w pięciu kluczowych stanach, gospodarz Białego Domu nie może sobie pozwolić na utratę głosów wyborców muzułmańskich i progresywnych Amerykanów, których sympatie wyraźnie przechylają się w stronę Palestyńczyków. Dotyczy to w szczególności osób młodych, coraz bardziej rozsierdzonych pobłażliwością administracji wobec władz w Tel Awiwie. Jak pokazuje niedawne badanie Instytutu Gallupa, o ile rok temu przychylną opinię na temat Izraela deklarowało 64 proc. 18–34-latków w USA, o tyle dzisiaj już tylko 38 proc. Jaskrawą ilustracją politycznych nastrojów dominujących w progresywnym odłamie pokolenia Z są burzliwe protesty na kampusach, których Biden stał się jednym z antybohaterów (skrajnie lewicowi aktywiści nadali mu nawet przydomek „Genocide Joe”, czyli Ludobójca Joe).

Jednak zdaniem Richarda Haassa sprowadzanie posunięcia Bidena do ustępstwa na rzecz propalestyńskich demokratów jest błędem. „Nie twierdzę, że polityka nie odgrywa tutaj roli, ale Biden jest największym obrońcą sojuszu amerykańsko-izraelskiego w swojej administracji. Niektórzy jego doradcy już od dawna chcieli, żeby zmniejszył dostawy broni” – tłumaczył w rozmowie z dziennikiem „Ha-Arec”.

Jak pokazuje niedawne badanie Instytutu Gallupa, o ile rok temu przychylną opinię na temat Izraela deklarowało 64 proc. 18–34-latków w USA, o tyle dzisiaj już tylko 38 proc.

A nawet jeśli decyzja Białego Domu obłaskawiła progresywne skrzydło, to jej skutkiem ubocznym jest niezadowolenie wśród proizraelskich demokratów – również w newralgicznych stanach, które w praktyce rozstrzygają o wyniku wyborów. „Głęboko rozczarowujące” – skomentował na portalu X zmianę podejścia administracji John Fetterman, senator z Pensylwanii. Z kolei 26 kongresmenów przekazało Białemu Domowi list, w którym wyrażają obawy, że wstrzymanie transferu bomb to wysłanie złego sygnału w kierunku wrogów Izraela. Podziały w kwestii polityki wobec Tel Awiwu w łonie Partii Demokratycznej stały się więc jeszcze wyraźniejsze.

Odpowiedź prawicy na wstrzymanie dostawy bomb była natychmiastowa – i przewidywalna. „To, co zrobił prezydent, to oddanie wielkiego zwycięstwa Hamasowi” – napisał w oświadczeniu senator James Risch, członek komisji spraw zagranicznych izby wyższej, zarzucając administracji, że „osłabia zdolność Izraela do samoobrony”. Liderzy republikanów w Izbie Reprezentantów zarzucili mu „ośmielanie wrogów” Tel Awiwu. Nagłówek konserwatywnego dziennika „New York Post”, należącego do imperium medialnego Ruperta Murdocha, oznajmiał na pierwszej stronie: „Biden obiecuje odcięcie broni, jeśli Izrael spróbuje wykończyć Hamas”.

Trump, który brakiem subtelności potrafi często przebić nawet prawicowych publicystów, nie zawiódł również tym razem: w mediach społecznościowych napisał, że prezydent „wziął stronę terrorystów i radykalnego motłochu, który zawładnął kampusami”. Na początku tego tygodnia grupa republikańskich kongresmenów wniosła projekty ustawy, która zakazałaby administracji blokowania pomocy militarnej dla Izraela i zmusiła do wysłania zaplanowanej dostawy bomb. Biały Dom i jego sojusznicy w Kongresie zapowiedzieli stanowczy sprzeciw, argumentując, że takie przepisy ograniczyłyby prezydentowi możliwość prowadzenia polityki zagranicznej.

Reakcje te pokazują, jak bardzo polityka USA wobec Izraela zmieniła się w ostatnich kilku dekadach. O ile za rządów Reagana, który pozostaje ikoną dla wielu współczesnych konserwatystów, za największych przyjaciół Tel Awiwu uważano demokratów, o tyle dzisiaj to Partia Republikańska jest jego bezwarunkowym sojusznikiem. Nie bez znaczenia dla tego procesu jest rosnąca siła ewangelikanów, którzy powszechnie postrzegają Żydów jako naród wybrany przez Boga, a narodziny państwa Izrael jako spełnienie biblijnego proroctwa. ©Ⓟ