Gdy mowa o napięciach na Indo-Pacyfiku, odruchowo myślimy o kwestii tajwańskiej. Ale bomby tykają także gdzie indziej, a jedną z najgroźniejszych w ostatnim czasie jest spór pomiędzy Chińską Republiką Ludową a Filipinami.

Pekin rości sobie prawa do niemal całego Morza Południowochińskiego, w tym wód i wysp zlokalizowanych w pobliżu lądowego terytorium innych państw.

Spory mają długą tradycję: jeszcze nacjonalistyczny rząd Czang Kaj-szeka, tuż po II wojnie światowej i wyparciu japońskich okupantów, sformułował „doktrynę jedenastu kresek” dość dowolnie wykreślających obszar chińskiego panowania w regionie. Nieco później już komunistyczni władcy z Pekinu ograniczyli liczbę owych kresek do dziewięciu, nie rezygnując bynajmniej z ambicji terytorialnych poprzedników.

Żegluga i surowce

Uderzono w ten sposób w interesy ekonomiczne oraz bezpieczeństwo Filipin, a także Brunei, Indonezji, Malezji i Wietnamu. Nie chodzi tylko o kwestie formalne czy prestiżowe – sporne wody to jeden z ważniejszych w skali globalnej szlaków handlowych. Dość przypomnieć, że około połowa łącznego tonażu towarów przewożonych drogą morską na całym świecie przepływa tą właśnie drogą. Co więcej, pod falami Morza Południowochińskiego kryją się złoża surowców, w tym ropy naftowej i gazu – nie w pełni jeszcze zbadane, ale już wiadomo, że bardzo bogate. A w 2014 r. w Pekinie wyrysowano kreski od nowa – teraz jest ich 10 i obejmują jeszcze większą część akwenu.

Punktem spornym są m.in. Wyspy Paracelskie, położone nieco ponad 300 km od wybrzeża Wietnamu. Stanowiły niegdyś część francuskich Indochin, a po dekolonizacji „odziedziczył” je Wietnam Południowy. Gdy ten upadał pod naporem komunistycznej Północy, w 1974 r. wysepki zostały zajęte przez siły zbrojne ChRL. Do dziś pozostają pod administracją chińską, ale temat okresowo pojawia się jako kontrowersja w relacjach Pekinu z Hanoi. Z kolei do atoli Pratas, kontrolowanych obecnie przez Tajwan, pretensje roszczą sobie zarówno kontynentalne Chiny, jak i Filipiny, Wietnam, Malezja i Indonezja.

Łańcuch regionalnych sojuszy, którym patronują Amerykanie, otaczający strefy realnych i domniemanych interesów chińskich, stopniowo zaciska się i wzmacnia wojskowo oraz ekonomicznie. Pekin reaguje na to coraz bardziej nerwowo

Inny teren sporny – Spratleje. To w gruncie rzeczy nawet nie archipelag – raczej zespół miniaturowych wysepek, łach, mielizn, pojedynczych skał sterczących z wody i ukrytych tuż pod jej powierzchnią raf – zlokalizowany 180 mil morskich od filipińskiej wyspy Palawan. Do wybrzeża Wietnamu jest z nich ok. 340 mil, a do Chin nieco ponad 600. Strategiczne położenie i bogate zasoby naturalne (poza surowcami także ławice ryb oraz pokłady guana) sprawiają, że Spratleje to wyjątkowo łakomy kąsek. W efekcie militarne przyczółki tworzą sobie tutaj siły nie tylko filipińskie, wietnamskie i chińskie, lecz także tajwańskie i malezyjskie. To dość wybuchowa mieszanka. I tak Tajwan kontroluje Itu Aba – jedną z większych wysepek, nazywaną przez siebie Taiping. Ostatnio parlamentarzyści z różnych partii, zarówno ze strony rządzącej, jak i opozycyjnej, wezwali prezydent Tsai Ing-wen, by przed planowym ustąpieniem w maju udała się na ten skrawek lądu, aby potwierdzić suwerenność Tajwanu i obejrzeć nowo wyremontowany port, który może przyjmować większe statki cywilne oraz prawdopodobnie stanowić bazę dla sił wojskowych.

Chińczycy z kontynentu uzasadniają roszczenia „prawami historycznymi”, m.in. tym, że to ich przodkowie odkryli sporne wysepki. Reszta krajów regionu przytacza raczej argumenty oparte na prawie międzynarodowym, przede wszystkim powołując się na Konwencję Narodów Zjednoczonych o prawie morza. W 2016 r. międzynarodowy trybunał arbitrażowy ONZ, działając z inicjatywy Filipin, odrzucił chińskie stanowisko, nazywając je „całkowicie pozbawionym podstaw prawnych”. ChRL zignorowała ten werdykt, jednocześnie intensyfikując politykę faktów dokonanych. Pekin stara się zachowywać tak, jakby sporne obszary bez żadnych wątpliwości należały do niego – wysyła patrole swojej marynarki wojennej, które przeganiają cywilne jednostki innych państw, buduje sztuczne wyspy, a gdy ktoś próbuje temu przeciwdziałać, głośno krzyczy o „wrogich prowokacjach”. Ma już całkiem poważne bazy wojskowe na Morzu Południowochińskim, m.in. na trzech wysepkach i sztucznie rozbudowanych rafach otaczających Taiping: Subi Reef, Fiery Cross Reef i Mischief Reef.

Nie wszyscy lokalni aktorzy wykazują podobną determinację. Aspiracje Wietnamu wprawdzie od pewnego czasu rosną, ale są częścią subtelnej gry, którą ten kraj toczy równocześnie z Zachodem (głównie ze Stanami Zjednoczonymi) i z Chinami. Do eskalacji militarnej dzisiaj jej daleko, interesy aktorów są przede wszystkim handlowe i inwestycyjne. Zasadniczo podobnie jest z Malezją czy Indonezją. Inaczej ma się jednak sprawa z Filipinami.

Manila: kurs na USA

Relacje między Filipinami a ChRL pogarszają się bardzo szybko, zarówno w wyniku powtarzających się sporów terytorialnych, jak i zacieśniania przez władze w Manili stosunków politycznych i wojskowych ze Stanami Zjednoczonymi. Oba kraje są co prawda związane traktatem o wzajemnej obronie od 1951 r., ale w przeszłości – z różnych względów – pozostawał on głównie na mało istotnym papierze.

W miarę narastania napięć w regionie oraz postępowania demokratyzacji Filipin i porządkowania sytuacji wewnętrznej w tym kraju sytuacja się zmieniała. W zeszłym roku nowemu prezydentowi Ferdinandowi Marcosowi Jr. udało się nakłonić Waszyngton do sprecyzowania traktatowych zobowiązań w kwestiach bezpieczeństwa. Manila przy okazji prawie podwoiła liczbę swoich baz dostępnych dla sił amerykańskich. Do tej puli włączono trzy nowe zespoły obiektów, z uwagi na lokalizację szczególnie użyteczne w przypadku operacji wsparcia dla Tajwanu. Rozszerzono także mocno zakres corocznych wspólnych ćwiczeń wojskowych, wcześniej dość niemrawych i raczej symbolicznych. Teraz obejmują m.in. wspólne patrole powietrzne i morskie nad Morzem Południowochińskim i w pobliżu Tajwanu, co Chiny natychmiast uznały za prowokację.

Amerykanie zwiększyli zakres pomocy sprzętowej i szkoleniowej dla filipińskich sił zbrojnych, oficjalnie ruszyła także „pogłębiona współpraca wywiadowcza”.

Nic więc dziwnego, że kolejne miesiące przyniosły fale incydentów chińsko-filipińskich w rejonie spornych wysepek i na otwartym morzu, a także wzajemnych oskarżeń o działania agresywne i bezprawne. Xi Jinping wezwał niedawno siły zbrojne ChRL do „intensywniejszego koordynowania przygotowań do konfliktów zbrojnych na morzu”, co filipińscy politycy i media zinterpretowali jako zapowiedź kolejnych prowokacji. W tej atmosferze rosnącego napięcia we wtorek Manilę odwiedził amerykański sekretarz stanu Antony Blinken. Spotkał się m.in. z samym prezydentem – gest świadczący o determinacji obu partnerów w tej grze, zważywszy, że szef dyplomacji supermocarstwa ma przecież ostatnio na głowie sporo problemów w innych rejonach świata i zdecydowanie za mało czasu na tanią kurtuazję.

Blinken określił niedawne wzmocnienie więzi obronnych z Filipinami jako „nadzwyczajne” i zapowiedział dalsze pogłębianie tej współpracy. Zastrzegł, że „nie jest ona wymierzona w Chiny”, podobnie jak „inne, rozwijające się regionalne sojusze Waszyngtonu”, ale dorzucił, że to „działania Chin na Morzu Południowochińskim wywołały szerszą reakcję międzynarodową, zaś Stany Zjednoczone zaangażowały się w intensywne działania dyplomatyczne, aby potwierdzić prawo międzynarodowe”. Podkreślił, że porozumienie jest „żelazne”, dodając, że obejmuje gwarancje amerykańskiej interwencji w przypadku wojskowego ataku na filipińskie siły zbrojne, statki i samoloty cywilne, a także na jednostki straży przybrzeżnej Filipin „w dowolnym miejscu na Morzu Południowochińskim”. To deklaracja mocna i bezprecedensowa w dotychczasowej historii dyplomatycznych gier wokół tego konfliktu.

„Wyrażamy wspólne zaniepokojenie działaniami ChRL, które zagrażają naszej wspólnej wizji wolnego, otwartego Indo-Pacyfiku, w tym na Morzu Południowochińskim i w wyłącznej strefie ekonomicznej Filipin” – powiedział szef amerykańskiej dyplomacji na konferencji prasowej z udziałem kierownictwa filipińskiego MSZ. A prezydent Marcos dopowiadał: „będziemy musieli w dalszym ciągu robić wszystko, co w naszej mocy, aby bronić naszego terytorium morskiego w obliczu być może bardziej aktywnej próby aneksji części naszego terytorium przez Chińczyków”.

Smok jest rozdrażniony

Jakby tego było mało, Blinken zapowiedział, że powiązania gospodarcze Filipin ze Stanami Zjednoczonymi rozwiną się, obejmując wsparcie w dywersyfikacji łańcuchów dostaw i nowoczesne technologie. Przypomniał też, że w poprzednim tygodniu Filipiny odwiedził sekretarz handlu USA, który obiecał rychłe inwestycje amerykańskie o wartości ponad 1 mld dol. i nie krył, że jest to specjalna premia za strategiczną lojalność oraz polityczny gest w obliczu wspólnego zagrożenia.

W odpowiedzi Pekin podtrzymał stanowisko, że to filipińskie statki „uparcie wkraczają na jego wody”. Rzecznik chińskiego ministerstwa spraw zagranicznych Lin Jian powiedział we wtorek – w bardzo charakterystycznym dla swego resortu tonie – że „Waszyngton powinien się powstrzymać od mnożenia kłopotów na Morzu Południowochińskim”, a „Stany Zjednoczone nie mają prawa ingerować w spory między Manilą a Pekinem, gdy Chiny podejmują niezbędne działania w celu obrony swojego terytorium”. Dodał, że co prawda Filipińczycy mogą współpracować wojskowo, z kim chcą, nawet z USA, ale „nie powinno to szkodzić suwerenności Chin oraz ich prawom i interesom morskim na Morzu Południowochińskim, nie mówiąc już o wykorzystywaniu tej współpracy do wspierania nielegalnego stanowiska Filipin”.

Chińskie rozdrażnienie wynika zapewne nie tylko ze słów Blinkena podczas wizyty w Manili. Biały Dom poinformował bowiem niemal równocześnie, że 11 kwietnia prezydent Joe Biden przyjmie premiera Japonii Fumio Kishidę i prezydenta Marcosa w celu „omówienia powiązań gospodarczych i bezpieczeństwa regionu Indo-Pacyfiku”. Może to być istotny krok w zacieśnianiu również bilateralnej współpracy Manili i Tokio, a to zawsze zła wiadomość dla Pekinu.

Japończycy wykazują duże zrozumienie dla problemu Filipińczyków. Sami mają z Chinami dość podobny: chodzi o Senkaku, część wulkanicznego archipelagu Riukiu oddzielającego Morze Wschodniochińskie od otwartego Pacyfiku. Należy do Japonii, ale też jest objęty zasięgiem chińskich roszczeń. W ostatnich latach dochodziło już nad nim do incydentów zbrojnych, gdy lotnictwo chińskie próbowało wlatywać w strefę wyłącznej kontroli powietrznej gospodarzy. W doktrynie Pekinu jest przywoływany fakt, że lokalne dynastie przez wieki płaciły trybut cesarzom chińskim, co ma być podstawą podważania przynależności Riukiu do Japonii.

Łańcuch regionalnych sojuszy, którym patronują Amerykanie, otaczający strefy realnych i domniemanych interesów chińskich, stopniowo zaciska się i wzmacnia wojskowo oraz ekonomicznie. Pekin reaguje na to coraz bardziej nerwowo, co może być pochodną zarówno poczucia frustrującej bezradności, bo na otwarte przeciwdziałanie wojskowe wciąż raczej jest zbyt słaby, jak i braku wyraźnych sukcesów dyplomatycznych na innych polach. A także wciąż nie najlepszej wewnętrznej sytuacji ekonomicznej i społecznej. Tymczasem Stany Zjednoczone, mimo wiadomych perturbacji w polityce wobec Ukrainy i Izraela, akurat w kwestiach dalekowschodnich pozostają wciąż zdecydowane i sprawcze. Trudno też Chińczykom liczyć na poważną zmianę tej polityki w przypadku porażki Joego Bidena i ewentualnego powrotu do władzy Donalda Trumpa. Przeciwnie, o ile strategiczny kierunek raczej pozostanie z grubsza ten sam przy obu możliwych wynikach wyborów w USA – czyli powstrzymywanie aspiracji chińskich i osłabianie ich możliwości wojskowych i gospodarczych, a zwłaszcza technologicznych – o tyle w przypadku wygranej Trumpa wzrośnie czynnik nieprzewidywalności. A tego Chińczycy bardzo nie lubią. ©Ⓟ

Linia dziewięciu kresek wyznaczająca strefę chińskich roszczeń terytorialnych w regionie / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe