Jeżeli zaś chodzi o tych, całkiem w końcu licznych zainteresowanych polityką, a nie wyłączających myślenia, nawet kiedy słyszą miłe sobie rzeczy, to na koniec pozostaje im i tak zagłosować na swoich, chociażby nie wiem co oni wygadywali. Po prostu ci nawykli do myślenia oddadzą swój głos bez przyjemności.
Andrzej Stankiewicz, analizując niedawno w Onecie, czemu bzdury Kaczyńskiego nie robią już takiego wrażenia jak kiedyś, dotknął m.in. przykrego zjawiska klakierstwa. Cóż, zawsze znajdą się pieczeniarze (liczni!), którzy będą klaskali. Na dodatek, co by prezes nie powiedział, bliskie mu media rzucają się, po pierwsze, do obrony słów prezesa, a po drugie, do gardeł tych, którzy słowa prezesa wyszydzają. W tym pierwszym przypadku liczą, że powtarzanie, iż „prezes mądrze powiedział”, ukoi nerwy tych czujących, że coś jest nie w porządku. W tym drugim działają według sprawdzonego schematu, w którym ustawia się „naszego” i „obcego” na tej samej półce. No, niech tam, pogawędka o pijących paniach, owszem, była ryzykowna, ale jakaś krytyczna wypowiedź na temat tej dziwnie rozwijającej się myśli prezesa – uj, to dopiero ohyda! A zawsze się jakaś krytyczna, a przy tym niesmaczna, głupia i podła wypowiedź znajdzie. Propagandysta czeka na nią cierpliwie, jak wędkarz, i w końcu hyc!, nawiedzona z opozycji bądź demokrata ambicjusz coś palną. I dalej jazda, mocium panie.