Jewgienij Prigożyn wyrasta na głównego jastrzębia inwazji na Ukrainę. Krytykuje dowódców wojskowych i ujawnia ambicje polityczne.

Jewgienij Prigożyn, oligarcha „z awansu społecznego”

Po utracie Łymanu, gdy Ramzan Kadyrow zażądał od Władimira Putina zrzucenia na Ukrainę bomby atomowej, do ataku na rosyjski sztab generalny i MON przyłączył się oligarcha „z awansu społecznego” Jewgienij Prigożyn. Powtórzył to, co powiedział czeczeński przywódca. Zaś od siebie dodał, że wojskowych odpowiedzialnych za porażkę pod strategicznym miastem na wschodzie Ukrainy należy wysłać „boso z karabinami maszynowymi prosto na front”.
Tak człowiek, który dostał od Kremla państwowy kontrakt na karmienie rosyjskich struktur siłowych i został nazwany „kucharzem Putina”, wyszedł z cienia. W ciągu ostatnich kilku tygodni stanął w szeregu jastrzębi nawołujących do jeszcze większego uderzenia w Ukrainę. Należąca do niego firma wydała oświadczenie, w którym po raz pierwszy przyznała się do finansowania prywatnej armii – Grupy Wagnera. On sam dał się nagrać podczas rozmowy motywującej rosyjskich więźniów do zatrudnienia się w prywatnej firmy wojskowej i wyjazdu na wojnę. Na filmie pozował na Lee Marvina odgrywającego w „Parszywej dwunastce” rolę mjr Johna Reismana. Tak jak on dawał drugą szansę skazanym na długoletnie więzienie i werbował do godnej misji.
– Pierwszy grzech to dezercja (…) Nikt nie oddaje się do niewoli. Drugi grzech to alkohol i narkotyki. Trzeci grzech to maruderstwo, włączając w to seksualne kontakty z miejscowymi kobietami, florą, fauną, mężczyznami i takie tam. Z kim tam wam pasuje – mówi do osadzonych Prigożyn. Jako wzór do naśladowania przedstawił historię recydywistów z więzienia w Petersburgu, którzy latem szturmowali Wuhłedar i elektrownię cieplną w tym mieście. – Kogo szukamy? Potrzebni nam są szturmowcy. I wy będziecie jednymi z nich – przekonywał. Warunki współpracy są jasne: po pół roku na froncie więzień zyskuje wolność. Może wrócić do Rosji i rozpocząć nowe życie. Albo zostać w Grupie Wagnera i zarabiać na wojnie dalej. Za dezercję jest rozstrzelanie. – No co, chłopaki, są pytania? – kończy Prigożyn.
Ustawka w kolonii karnej może wyglądać zabawnie. Jednak nie w Rosji. W państwie Putina oraz w maczystowskiej kulturze zony, dawanie drugiej szansy kryminalistom cieszy się uznaniem. A sam Prigożyn wyrasta na alternatywnego ministra obrony. Na człowieka z ludu, który zrobił karierę od zera do milionera, który nigdy nie był – jak papierowy marszałek i szef MON Siergiej Szojgu – wycieruchem w sztabie. Prigożyn jest wręcz wzorem takiego awansu. Nigdy nie należał do elity oligarchów, którzy teraz sarkają na porażki przywódcy. Musiał wyszarpać bogactwo. Dziś – w sytuacji kryzysu, zamieszania i niepewności – chce wzmocnić się jeszcze bardziej.

Sieć prywatnych firm wojskowych

Jak podają prorosyjskie konta na Telegramie, Prigożyn zaproponował zbudowanie całej sieci prywatnych firm wojskowych, finansowanych z nieformalnego podatku od oligarchów. W ten sposób uniknięto by konieczności masowej mobilizacji. Danina miałaby być odprowadzana w ramach czegoś, co znawca Rosji oraz analityk Mark Galeotti określił mianem kryminternu, czyli amalgamatu zbudowanego ze struktur państwowych, bezpieczniackich, biznesowych i przestępczych. Mecenasem tej sieci prywatnych armii miałby zostać właśnie Prigożyn.
On sam ma w tym doświadczenie. Grupa Wagnera to nie jest jedna firma czy jedna armia, tylko konfederacja luźno powiązanych ze sobą ugrupowań paramilitarnych. Od doświadczonych w Syrii i Afryce oddziałów po stowarzyszenia patriotyczne oraz gangi. Łączy je osoba Prigożyna i posłuszeństwo wobec celów wyznaczanych przez Putina.
Sam biznesmen jest idealnym szefem tego przedsięwzięcia. Ma również autorytet w świecie kryminału, bo w latach 80. w nim siedział. Serwis Meduza opublikował sentencję wyroku Prigożyna. Wynikało z niej, że „dokonał napadu rabunkowego z użyciem noża na obywatelce Korolewej”. Lata 90. to już biznes. Drobny biznes. Przyszły oligarcha sprzedawał hot dogi, ale w „szalonych dziewięćdziesiątych” szybko wypłynął na szerokie wody, zakładając w Petersburgu, rodzinnym mieście Putina, restaurację „Winnyj Kłub”. Przyszłego prezydenta poznał pod koniec lat 90., gdy nikomu jeszcze przez głowę nie przechodziło, że były szary KGB-ista może być w polityce kimś perspektywicznym. Prigożyn miał już wtedy pływającą po Newie restaurację „New Island”. Putin organizował u niego urodziny, a gdy został w 2000 r. prezydentem, zapraszał na statek zagranicznych gości. Jacques Chirac, George W. Bush i książę Monaco Albert II jedli tu przygotowywane osobiście przez Prigożyna pielmieni z farszem z żółtych pomidorów czy stek z wołowiny podawany z truflami i morelami.

Prigożyn wyrósł na skromnego zausznika Putina

Prigożyn wyrósł na skromnego zausznika Putina. Nieinwazyjnego nielota, który nie manifestował ambicji. Prezydent nie ufał tradycyjnym oligarchom, bo wydawali się silni. Po objęciu władzy dokonał w manifestacyjny sposób „ponownego podziału własności” (pierwszym była złodziejska prywatyzacja po upadku ZSRR) w postaci przejęcia Jukosu. Uwięził jego właściciela Michaiła Chodorkowskiego, a pozostałym byłym komsomolcom i biznesmenom kazał złożyć hołd. Jako czekista wywodzący się z nasiąkniętej w ZSRR antysemityzmem organizacji najbardziej nie ufał Żydom. W stosunku do oligarchów wyraźnie widać ten antysemicki klucz. Putin musiał mieć jednak zaplecze. I to niekoniecznie złożone z byłych kolegów z wywiadu, którzy prezydenta dobrze znali z dawnych czasów i mogli pamiętać jego słabe strony.
Konieczny był ktoś z awansu i całkowicie zależny od swojego patrona. Polityk rządzący twardą ręką zawsze buduje biznesową kastę uzależnioną od przywódcy. Recep Tayyip Erdoğan ma swoich anatolijskich tygrysów, a Putin – Prigożyna. Różnica jest taka, iż turecki prezydent dał swoim zarobić miliardy dolarów na modernizacji państwa – budowie infrastruktury, mediów, koncernów. Poza korupcją polityczną był z tego zysk dla kraju. Rosyjska głowa państwa dokonała „modernizacji” w rosyjskim stylu. Dopuściła Prigożyna w 2010 r. do przetargów na karmienie resortów siłowych i nakarmiła przede wszystkim samego Prigożyna. Do tej pory wojsko miało swoich kucharzy. Biznesmen zaoferował zmianę jakościową – katering. W ten sposób co roku miał przetarg i pieniądze. A wojsko niskiej jakości wyżywienie. W 2013 r. Prigożyn kontrolował 90. proc. rynku dostaw jedzenia dla resortów siłowych. Roczny kontrakt według niezależnych rosyjskich mediów miał opiewać na sumę 1,2 mld dol.

Prywatna armia i farmy internetowych trolli

Nie zarabiał na gazie i ropie, a mimo to sukcesywnie zbliżał się do statusu jednego z najbogatszych Rosjan. Modernizacją państwa w rozumieniu Putina było zlecenie mu zbudowania prywatnej armii i farm internetowych trolli. Za pomocą pierwszej mógł prowadzić wojny w krajach, w których Rosja nie mogła się oficjalnie zaangażować. Technologie internetowe pozwalały integrować w procesy polityczne w państwach Zachodu – wybory w USA, tendencje separatystyczne w Katalonii czy podsycać nastroje probrexitowe. Tego wszystkiego nie wymyślił jednak Prigożyn. On miał być wykonawcą i patronem. Pomysły na prywatyzację „wojny o niskim profilu” powstawały w wywiadzie wojskowym GRU (obecnie GUGSz) zainspirowanym sukcesami prywatnej armii południowoafrykańskiego spadochroniarza z czasów apartheidu Eebena Barlowa.
Prigożyn miał do tego na początku podchodzić z dystansem. Ze względu na „awersję do ryzyka”. Gdy wojenny interes zaczął się kręcić – w 2014 r., po aneksji Krymu i w początkach separatyzmu na Donbasie – odkrył w sobie pokłady kreatywności. Zanim wyszedł na wody międzynarodowe, budowane prywatne armie służyły głównie do zastraszania przeciwników Putina – o czym przekonał się m.in. mąż Lubow Sobol, współpracowniczki Aleksieja Nawalnego. Siergiejowi Mochowowi, według „Nowoj Gaziety”, ludzie z milicji Prigożyna mieli wstrzyknąć psychotropy w 2016 r., na długo przed próbą trucia samego Nawalnego.

Grupa Wagnera urządziła sobie w Syrii poligon

Ale już w 2017 r. powołana pod patronatem Prigożyna Grupa Wagnera urządziła sobie w Syrii poligon, na którym testowała środki psychotropowe. Co ciekawe, królikami doświadczalnymi nie byli przeciwnicy reżimu Baszara al-Asada, ale żołnierze wiernej mu armii. Dowódcą tej operacji był Siergiej Gubanow, którego syryjski muchabarat (służby specjalne) zresztą za tę działalność aresztował i odesłał do Rosji.
Oprócz Syrii wagnerowcy dyscyplinowali elity separatystyczne w parapaństwach na terenie Donbasu, umacniali wpływy Rosji w Libii i Afryce Subsaharyjskiej. Prigożyn był kimś na wzór prezesa Kompanii Wschodnioindyjskiej. Nadzorował wydobycie surowców mineralnych. Zabezpieczał alternatywne źródła finansowania klanu Putina. W gruncie rzeczy jednak nie modernizował Rosji jak oligarchowie Erdoğana. Raczej konserwował choroby państwa, takie jak prywata klanów wokół wodza czy korupcja.
Dziś Prigożyn rozpoczyna nowy etap swojej działalności. Wychodzi z cienia, w którym pozostawał przez lata. Trudno uznać, że film z kolonii karnej wypłynął bez jego zgody, a oświadczenie, że jest twórcą i właścicielem Grupy Wagnera, napisało się samo. Biznesmen funkcjonuje tak, jakby był ludowym ministrem obrony. Z perspektywą na zajęcie gabinetu prawdziwego szefa resortu. Szojgu nie zamierza jednak się poddawać bez walki. Właśnie opublikowano nagranie, jak moskiewska policja zatrzymuje Aleksieja Słobodeniuka, propagandzistę z grupy medialnej Patriot należącej do Prigożyna. Miał on nadzorować konta na Telegramie i farmy trolli krytykujące szefa MON, MSZ Siergieja Ławrowa i przewodniczącego Dumy Wiaczesława Wołodina. To wstęp do walki o władzę między starymi elitami a kucharzem Putina. ©℗