Ilu uchodźców jest w stanie przyjąć Polska - 38-milionowy kraj uznawany za część zamożnego świata, lecz wciąż pozostający daleko w tyle za zachodnią czołówką?
Wskazanie konkretnej liczby jest niemożliwe, bo mamy do czynienia z sytuacją bezprecedensową. Nie widzieliśmy takiego napływu uchodźców od czasu II wojny światowej. Niemcy przyjęły ponad milion azylantów podczas wielkiej ucieczki ludności w latach 2015-2016, ale nie stało się to w ciągu trzech tygodni, lecz trwało ponad rok. Jeśli już szukać porównań, to sytuacja Polski przypomina przypadek Turcji, gdzie - według różnych szacunków - mieszka obecnie ok. 4 mln migrantów.
Ale przecież w odróżnieniu od Turcji w Polsce nie ma masowych obozów namiotowych. Większość ukraińskich uchodźców znalazła schronienie u polskich rodzin.
Tak, ale jest też kilka podobieństw. Uchodźcy napływający do Turcji uciekali głównie z ogarniętych wojną Syrii i Afganistanu. Zresztą dalej napływają, bo sytuacja w regionie pozostaje niestabilna. Oczywiście Turcja jest znacznie biedniejszym krajem niż Polska, ale tam też dużą rolę - przynajmniej na początku - odegrało przekonanie, że uchodźcy to nasi bracia i siostry: są do nas kulturowo podobni, wyznają tę samą religię, choć mówią innymi językami. Nikt wtedy nie wiedział, jak rozwinie się kryzys. Dzisiaj również ani politycy, ani uchodźcy nie wiedzą, jak świat będzie wyglądał za dwa tygodnie, nie mówiąc o perspektywie sześciu miesięcy.
Możemy jednak tworzyć scenariusze.
Tak - i jest ich co najmniej kilka. Najbardziej optymistyczny zakłada, że wojna w Ukrainie zakończy się w ciągu kilku tygodni, a wtedy wielu uchodźców wróci do siebie. Zwłaszcza że większość z nich to matki z dziećmi odłączone od mężów, ojców, braci i reszty rodziny. Ich kraj został okrutnie zniszczony - ale nie aż tak jak Syria czy Afganistan, które stały się upadłymi państwami. Dla większości ludzi, którzy stamtąd uciekli na Zachód, nie było już powrotu.