Reklama
Ze współczuciem myślę o licznych ich zwolennikach, którzy zaciskają powieki do granic bólu, aby tylko nie zobaczyć prawdy, z irytacją myślę o tych, którzy widząc prawdę, czują się zmuszeni wmawiać narodowi, że tylko Tamten król jest nagi, a Nasz chodzi w gronostajach.
Drodzy Państwo, każdego dnia słyszymy o kilkuset ofiarach koronawirusa. Kilkuset! To jest (jest?) wciągający temat. Nie negując wagi obrony praworządności, swobody działania mediów, samosterowności szkół, szczelnej granicy itd., wydaje się, że na czas szczególny powołuje się rząd o niestandardowych zadaniach. A czyż nie jest szczególnym czas niezwykłego – w warunkach pokoju – umierania obywateli Polski? Chciałbym wyborów, w których główną osią sporu politycznego będzie propozycja, co z tym robić.
Podział jest w elektoracie dość czytelny. Albo ryzykowne, dynamiczne działania spod znaku izolacji niezaszczepionych trzy razy, maseczek dla opornych – nieusuwalnych z twarzy, zamykania lokali, godzin policyjnych. Albo równie ryzykowne, spod znaku nie ma co przesadzać, bo jakoś to będzie. Elektorat chciałby starcia Koalicji Wojny z epidemią i Koalicji Kolaboracji z epidemią. Niech wygra lepszy i ratuje kraj tak, jak sobie głosujący wybrali. Rozumiem, że komuś takie stawianie sprawy może przypominać odgrzewanie schematu Mądrzy (z Europy) i Głupi (ze Wschodu). Prawda jest jednak taka, że w sprawie pandemii mądrych nie widać.
Nie mam wyższościowego stosunku do tych, którzy uciekają na widok szczepionki i „nie wierzą w pandemię”. Mam tylko stosunek wrogi. Chcę rządów zdecydowanych działań i porażki rządów działań pozorowanych. Chcę móc wybrać i móc rozliczyć za efekty. Zapewne właśnie z tego powodu – groźby rozliczania za efekty – politycy, z miłym wyjątkiem Lewicy, wolą się trzymać schematu, w którym sprawy pandemiczne nikną w zgiełku doniesień o wszystkim, byle nie o najtrudniejszym i najmniej rozpoznanym wyzwaniu.