Reklama
W jednym z moich ulubionych tekstów Stanisława Lema, zamieszczonej w zbiorze „Doskonała próżnia” recenzji z nieistniejącego dwutomowego dzieła Cezara Kouski „De impossibilitate vitae. De impossibilitate prognoscendi”, czytamy o pewnym eksperymencie myślowym, mającym wykazać skrajne nieprawdopodobieństwo wszelkiego bytu - w tym jednostkowego bytu ludzkiego.
Profesor Kouska, uruchomiwszy najpierw potężny i cudownie bełkotliwy aparat pojęciowy (wspomina o „antypodalnych aksjomatach bazującej teorii dystrybucji ensamblów faktowo niebywałych w czasoprzestrzennym kontinuum zajść porządków wyższych”), odwołuje się następnie do własnej biografii. A ściślej: do ścieżki przyczynowo-skutkowej, na której końcu urzeczywistniły się jego narodziny. W katalogu tych wydarzeń, zamieniających przypadek w konieczność, mamy więc początkowo tylko pielęgniarkę i młodego chirurga podczas I wojny światowej („Gdyby pielęgniarka była bardziej obyta ze szpitalem, toby nie pomyliła drzwi sali operacyjnej z opatrunkową, a gdyby nie weszła do operacyjnej, toby jej chirurg nie wyrzucił; gdyby jej nie wyrzucił, to przełożony jego, lekarz pułkowy, nie zwróciłby mu uwagi na niewłaściwe zachowanie względem damy (...), a gdyby nie zwrócił uwagi, toby młody chirurg nie uważał za wskazane przepraszać pielęgniarki, nie poszedłby z nią do cukierni, nie zakochałby się w niej, nie ożenił, przez co i profesor Kouska nie przyszedłby na świat jako dziecko tej właśnie małżeńskiej pary”). Potem jednak sprawy się komplikują, bo sieć przyczyn i skutków ma niemal nieskończoną głębię czasową. Trzeba wziąć pod uwagę i arcyksięcia Ferdynanda zastrzelonego w Sarajewie, i osobliwy katalog konkurentów do serca pielęgniarki, i dawniejsze losy rodzin tych osób… „Biliony, tryliony okoliczności musiały zajść, jak zaszły, po to, żeby panna ta na świat przyszła i żeby przyszedł na świat przyszły chirurg Kouska”. Ponieważ dobry żart, nawet naukowy, wymaga dociągnięcia absurdalnej puenty do granic wytrzymałości (lecz nie poza te granice), prof. Kouska dociera w pewnym momencie tej wędrówki w kauzalną przeszłość nie tylko do rozważań nad sraczką mamutów nad Wełtawą 349 tys. lat wcześniej, lecz także do kwestii wywołanego upadkiem meteorytu wypierania siarkowych gazów z głębi margli dolnojurajskich („Gdyby meteor nie upadł 2,5 miliona lat temu na Dynarskie Alpy, toby profesor Kouska też nie mógł się urodzić”) i formowania się planet w Układzie Słonecznym.
Jest w tym tekście cały Lem - płynnie przechodzący od naukowego żargonu do literackiej metafory, od złośliwej ironii do poważnego namysłu, posługujący się wielopiętrowymi cytatami i mistyfikacją, ukrywający rozmaite treści w dowcipach, aluzjach i niedopowiedzeniach. Nieistniejąca praca prof. Kouski w wielu szczegółach biograficznych jest zbieżna z Lema własną historią poczęcia (jego rodzice poznali się w oblężonym Przemyślu w latach Wielkiej Wojny). Lem - lwowski Żyd, maturzysta z wiosny 1939 r. - przypadkowym zrządzeniem losu wymsknął się machinie Holokaustu, podczas gdy większość jego rodziny zginęła w pogromach albo spłonęła w nazistowskich piecach krematoryjnych; w ustach człowieka w ten sposób doświadczonego refleksja nad skrajnie niskim prawdopodobieństwem własnego zaistnienia i przetrwania brzmi dość wiarygodnie.
Linia zasieków
Chodzi o to jednak, że Lem swoją żydowską przeszłość ocaleńca z Zagłady na różne sposoby ukrywał, zamazywał, szyfrował - na tyle skutecznie, że jego literacka publiczność przez długie dekady nie brała jej w ogóle pod uwagę (w przeciwieństwie do komunistycznej bezpieki; ta wiedziała, zaś Lem wiedział, że bezpieka wie). Oczywiście nie była to jakaś sytuacja nadzwyczajna. Jednym z symbolicznych aktów założycielskich nowej, ludowej ojczyzny okazał się pogrom kielecki (zginął w nim zresztą kuzyn Lema), antysemityzm i nacjonalizm wisiały zaś na ścianie w postaci knuta, po który partia zawsze gotowa była sięgnąć w momentach kryzysu. Ludzie, którzy przeżyli Holokaust, woleli być ostrożni - a zgnilizna roku 1968 potwierdziła ich wszelkie obawy. Ze szczególną mocą owa ostrożność dotyczyła Żydów zlaicyzowanych, zasymilowanych, jednoznacznie polskojęzycznych, takich jak Stanisław Lem (albo, dla przykładu, mój dziadek, od którego rodzina nigdy nie usłyszała ani słowa na temat dzieciństwa, getta ławkowego, przeżytych w ukryciu lat okupacji) - to ich Władysław Gomułka nazwał „piątą kolumną”, to ich „prawdziwe” nazwiska krążą do dziś w internecie.
Innymi słowy, wydaje się, że aby zrozumieć życie Stanisława Lema - człowieka, pisarza, filozofa - trzeba przedostać się za linię zasieków dezinformacji i przemilczeń, którą pracowicie wznosił przez długie powojenne lata. Parę lat temu z niezłym skutkiem próbował to uczynić Wojciech Orliński („Lem. Życie nie z tej ziemi”, Czarne/Agora 2017), teraz, w dwa miesiące po setnej rocznicy urodzin autora „Solaris”, potężnym 700-stronicowym tomem „Stanisław Lem. Wypędzony z Wysokiego Zamku” podchodzi do tematu poznańska literaturoznawczyni, Agnieszka Gajewska. I jest to również próba udana, choć odmienna w tonacji i metodzie. Warto wspomnieć, że tej książki biograficznej nie byłoby bez poprzedniej pracy Gajewskiej - mam na myśli „Zagładę i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema” (Wydawnictwo Naukowe UAM 2017), gdzie badaczka po raz pierwszy zakomunikowała wiele ze swoich odkryć.
Orliński, dziennikarz, znawca kultury popularnej, z wykształcenia chemik, pisał książkę - a pióro ma rewelacyjnie lekkie - bardziej z pozycji wielbiciela niż analityka: dużo u niego anegdot, hipotez, dygresji, ekstrapolacji. Gajewska, chłodna filolożka, pisze ostrożnie, stara się trzymać faktów i nie poddawać się urokowi Lemowskich mistyfikacji. Te książki znakomicie się uzupełniają: Orliński ma wyczucie scjentystycznego języka Lema, bawią go technologia i motoryzacyjne pasje pana Stanisława, odważnie interpretuje jego teksty literackie, Gajewska wszędzie szuka przede wszystkim samego Lema jako osoby - kontekstu historycznego i społecznego, dzięki któremu można go zrozumieć, potem zaś indywidualnej opowieści o „stawaniu się Lemem”, o latach sukcesów i cenie, jaką przyszło za to płacić, o nawiedzających pisarza duchach przeszłości. Choć Lem był mistrzem sarkazmu, groteski i satyrycznej alegorii, książka Gajewskiej jest narracją bardzo serio - i w czasach, gdy poziom szamba w Polsce znów znacząco się podniósł, nie da się uniknąć jej gorzkiego, politycznego odczytania.
Bóle fantomowe
Po co w ogóle deszyfrować Lema, który przecież najwyraźniej nie chciał być zdeszyfrowany? Najprostsza odpowiedź brzmi: z tego samego powodu, z którego interesują nas tajemnice i zakamarki biografii Adama Mickiewicza, Bolesława Prusa czy Wisławy Szymborskiej - Lem był po prostu jednym z najwybitniejszych pisarzy w dziejach polskiej literatury (pomijam nawet kwestię światowej rozpoznawalności). Ale historia życia autora „Bajek robotów” przywołuje również inne kluczowe kwestie - choćby tę, że powojenna Polska - tak PRL, jak III RP - cierpi na rozmaite bóle fantomowe: po wymordowanej przez Niemców, wielomilionowej żydowskiej mniejszości, po Kresach Wschodnich, po świecie dworkowej szlachty i sytego mieszczaństwa. Te bóle fantomowe objawiają się w różny sposób - nostalgią, tęsknotą, wyparciem, idealizacją, agresją, teorią spisku. II wojna światowa była katastrofą o niezmierzonych skutkach, początkowe sukcesy komunistycznej dyktatury brały się nie tylko z terroru, również z tego, że stalinowcy intuicyjnie rozumieli, z kim mają do czynienia: ze społeczeństwem ogarniętym zbiorowym PTSD, któremu należy terapeutycznie (i fałszywie) obiecać bezpieczeństwo, spokój i świetlaną przyszłość, a „niuanse tożsamości narodowej przedwojennej Polski (...) odgórnie”, jak pisze Gajewska, „wyrugować poprzez masowe przesiedlenia i rozerwanie tkanki społecznej”.
Lem zresztą jasno postrzegał wrzesień 1939 r. jako barierę oddzielającą dwa osobne światy - i dwa osobne życia - a także moment spustowy całego ciągu dziejowych nieszczęść. W przywoływanej przez Gajewską ankiecie niemieckiego wydawnictwa Matthes und Seitz zadano mu pytanie o trzy najbardziej osobiste życzenia, o których spełnieniu marzy. Lem pragnął likwidacji kłamstwa w życiu politycznym i społecznym oraz całkowitej demilitaryzacji Ziemian. Miał też trzecie życzenie, które „przewyższa nieziszczalnością oba wymienione. Są one w porównaniu z nim zwykłą dziecinadą. Życzę sobie otworzyć pewnego dnia oczy, aby przekonać się z satysfakcją, że wszystko, co się mnie i światu przytrafiło od mojej matury, było sennym koszmarem. Wyśniłem drugą wojnę światową, obozy koncentracyjne, okupację Polski i innych krajów, »ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej«, konferencje rozbrojeniowe, Klub Rzymski, debaty atomowe, kryzysy itp. Nic z tego nie zaszło, bo było tylko senną zmorą”.
Książka Gajewskiej nie bez powodu nosi podtytuł „Wygnany z Wysokiego Zamku” - Wysoki Zamek to emblematyczne lwowskie wzgórze, a także tytuł jedynej otwarcie autobiograficznej książki Lema, w której zmityzował swoje dzieciństwo w mieszczańskiej rodzinie lekarskiej. Do września 1939 r. wszystko w życiu młodego Lema szło dość standardowym torem - był, w dużym skrócie, najmłodszym ogniwem żydowskiego rodu, który pokonywał kolejne bariery awansu społecznego, zamożności i stopniowej asymilacji w środowisku dominującej polskiej kultury. To się w pewnym stopniu skończyło po zajęciu Lwowa przez Sowietów, zaś ofensywa niemiecka z czerwca 1941 r. zmieniła statecznych żydowskich mieszczan w zwierzynę łowną, w nieprzeliczone ofiary masowych mordów.
Gajewska bardzo starannie odtwarza to, co wiadomo - i czego sama się dowiedziała, wertując archiwa - o losach rodziny Lemów w latach, gdy unicestwiano żydowski Lwów. Te ocaleńcze doświadczenia musiały u młodego Stanisława prowokować pytania o to, dlaczego akurat on przeżył. Psychiczne odcięcie od przeszłości też wydaje się zrozumiałe. Ale Lem przez całe życie pielęgnował pewne powidoki dawnego świata. Nigdy, dla przykładu, nie wyrzekł się mieszczańskości - pewnego rodzaju miksu skąpstwa, łakomstwa, wygodnictwa i jawnego materializmu, który tak zadziwiał w PRL-u jego postszlacheckich, inteligenckich przyjaciół; lęk przed utratą tej materialnej stabilizacji sprawiał, że Lem był dodatkowo ostrożny, gdy idzie o prowokowanie komunistycznych władz, zawsze skłonnych dokręcić śrubę niegrzecznym intelektualistom.
Nie wyrzekł się też pamięci o Lwowie; w jakiejś mierze żył w krainie duchów i widm (czego emanacją jest choćby postać Harey z „Solaris” - wygenerowana przez myślący ocean na podstawie traumatycznych wspomnień kosmonauty Kelvina) oraz dusznych, apokaliptycznych pejzaży śmierci i zniszczenia (jak usłany gnijącymi trupami tubylców, „dubeltów”, krajobraz planety Eden z fenomenalnej powieści o tym samym tytule). Miało to też swoją drugą stronę: pielęgnowanie mitu. Choć mógł wielokrotnie, Lem nigdy nie pojechał do Lwowa po wojnie. „Od więzów, które mnie ze Lwowem łączą, wyzwolić się nie potrafię. Nigdy już nie zdołam strząsnąć z siebie tej lwowskości ani odżałować miasta, w którym spędziłem dzieciństwo i młodość” - stwierdzał na rok przed śmiercią w 2006 r.
Złota rączka intelektu
Oryginalność intelektualna i artystyczna Lema polega jednak na tym, że nie sposób go dokładnie wpasować w te wszystkie pokoleniowe, historyczne schematy. „Prowadziłem życie kota, co chodzi własnymi drogami” - mówił o sobie i miał rację. Gdyby nie chwilowe (i - co pokazuje Gajewska - w owym momencie szczere) zaangażowanie w poetykę socrealizmu, Lem zapewne nie patrzyłby na totalitaryzm z taką przenikliwością, jak w późniejszych latach; świat jest pełen zawiedzionych idealistów, ale Lem był unikatowy w swojej racjonalistycznej mizantropii. Z jednej strony zgadzał się z ponurymi konstatacjami konserwatyzmu, że człowiek - jako gatunek - ma w sobie pierwotne, nieusuwalne zło. Z drugiej: jego najrozleglejszy ideowo projekt filozoficzny, futurologiczny i wizjonerski esej „Summa technologiae”, stanowi jawnie antyteologiczną próbę rozwikłania tego problemu. Gajewska przywołuje w tym kontekście refleksję wybitnego znawcy twórczości Lema, Jerzego Jarzębskiego: „Swoista bluźnierczość »Summy« nie na tym polega, że ludziom dążącym do spotkania z transcendencją proponuje z pełną powagą »Boga z maszyny«, ale raczej na tym, że wprost żadnej sfery egzystencji czy poznania nie chce pozostawić w gestii teologii bądź filozofii spekulatywnej”. „W tytule Lem ironicznie nawiązał do»Summy teologicznej« świętego Tomasza z Akwinu, by - jak podkreśla Jarzębski - przedstawić ateistyczny paradygmat Kosmosu, a Boga zastąpić Rozumem - pisze Gajewska. - Skupił się w »Summie« na zagadnieniach wzajemnego przenikania się ewolucji biologicznej i technologicznej, by wskazać, w jaki sposób przeobrażają one ludzką kulturę. Pisząc »Summę«, założył, że technologia jest narzędziem uniwersalnym, »że może się stać biotechnologią, jak i socjotechnologią, że można przy jej pomocy zrealizować co najmniej tyle, ile zrealizowała i realizuje siłami swymi Natura«. Jednocześnie podkreślał, że nie chodzi mu wyłącznie o apologię technologii, ale o obiektywne ukazanie możliwych ścieżek jej rozwoju, by móc wprowadzić środki zapobiegawcze - również technologiczne - gdyby się okazało, że zagraża ona swoim twórcom lub planecie”. Ta misja: oświecanie, przewidywanie, ostrzeganie, miała w sobie coś z misyjnego, racjonalistycznego apostolstwa. O to chyba zasadniczo Lemowi chodziło w literaturze.
Lem stąpał po cienkiej linie między prozą a nauką, między fabułą a filozofią, w sytuacji względnej izolacji obozu komunistycznego (a co za tym idzie - braku dostępu do światowego piśmiennictwa) do wielu przemyśleń dochodząc własnymi siłami. Szczyt jego możliwości twórczych wyznaczają znamienne dla polskiej historii lata 1956-1968 - wówczas, często w wielkim pośpiechu, w maniakalnych zrywach twórczych, powstały jego najsłynniejsze powieści i zbiory opowiadań: m.in. „Eden”, „Solaris”, „Pamiętnik znaleziony w wannie”, „Bajki robotów”, „Cyberiada”, „Summa technologiae”, „Wysoki Zamek”, „Głos Pana”, „Opowieści o pilocie Pirxie”. O paru z tych tekstów Lem mówił, że dosłownie napisały mu się same.
Ta fala zaczęła się wytracać w drugiej połowie lat 60. - po części z powodu czysto fizycznego zmęczenia pisarza. Ale też poczucia wyczerpania formuły. Jego bliscy przyjaciele, Jan Błoński i Sławomir Mrożek, dyskutowali o tym w listach. „Właściwie to [Lem] science fiction wyssał do końca. Powinien zacząć nowe życie, zapewne jako Filozof, mógłby na pewno. Cóż za dziwny umysł: w trzech dziedzinach: naukowej, literackiej, filozoficznej, zupełnie równo uzdolniony. Gdyby zsumować, byłoby genialnie. Ale właśnie taki to rozum, że sumować się nie daje” - pisał Błoński do Mrożka, określając Lema czule jako „złotą rączkę intelektu”.
I to postulowane nowe życie się w jakiejś mierze Lemowi udało - w latach 70., choć czytelnicy oczekiwali zapewne kolejnych fabuł SF, na dobre przeszedł na pozycje intelektualno-filozoficzne, zajmując pozycję proroka-naukoznawcy, tudzież autora apokryficznych recenzji z nieistniejących książek. Gajewska przywołuje list Lema do litewskiego tłumacza Virgilijusa Čepaitisa: „Wymyśliłem taki literacki gatunek, którego jeszcze nie było […]. Najpierw tedy trzeba odp. dzieło razem z autorem wymyślić, potem zaś się pisze recenzję z niego, zarazem owo dzieło dokumentnie streszczając, chwaląc, ganiąc, puszczając »w raznos«, itd. Nie wymyśliłem tych dzieł dość, żeby starczyło aż na całą osobną książkę, ale w tej, którą tu pisałem, te recenzje zajmują osobne, poczesne miejsce. Oczywiście można to robić, tj. uprawiać jako czystą zabawę literacką, ale i bardziej nieco serio można (jest to cudowne ułatwienie literackiej twórczości, ponieważ zamiast beletryzować szczególnie trudne pomysły, tylko się je relacjonuje, recenzuje, streszcza i ocenia, tym samym stwarzając nowe wymiary wolności kreacyjnego postępowania)”. Niewielu miało świadomość, że jest to sygnał psychicznego kryzysu pisarza, który stał się - ku swemu utrapieniu - głównie administratorem własnej gigantycznej spuścizny i miał ogromne problemy z powrotem do pisania fabularnego.
„Idę do gnojówy”
Po drodze nastąpił rok 1968 - w życiu Lema kolejna wyraźna cezura w dziejach jego trudnych relacji z Polską. „Upublicznianie pochodzenia i zwalnianie z pracy musiały szczególnie dotknąć Żydów, którzy, przetrwawszy kolejne powojenne wystąpienia antysemickie, byli przekonani, że państwo socjalistyczne nie będzie oficjalnie stosować metod nazistowskich. Wielu z nich w początkowym okresie wspierało władze komunistyczne, ponieważ te deklarowały egalitaryzm, walkę z antysemityzmem i rasizmem oraz rozliczenie nazistów i ich pomocników” - pisze Gajewska, która przeprowadza wnikliwą analizę tego, jakie spustoszenie antysemicka nagonka wywołała w Lemowej duszy. Przyjaciel pisarza, Jan Józef Szczepański, notował w lipcu 1968 r.: „Staszek chory, przygnębiony rozpanoszonym nonsensem. […] wątpi w jakąkolwiek przydatność literatury. Uważa, że nie ma żadnych racjonalnych przesłanek, aby ludzkość mogła przezwyciężyć szaleństwo”. (Złośliwość losu sprawiła ponadto, że w marcu, akurat w dniu rozbijanych przez milicję studenckich demonstracji w Krakowie, Lem wiózł przez zablokowane miasto żonę do porodu - zresztą częściowo niesprawnym samochodem). Atmosfera była zaiste gówniana. Gajewska zauważa: „Zebrane razem metafory i porównania, których Lem używał do określenia sytuacji w pomarcowej Polsce i scharakteryzowania środowiska literatów w tym okresie, to wyrażenia skatologiczne: zmuszanie do jedzenia odchodów, zasrana przestrzeń, gnój i szambo. Ponadto wiele jest porównań do siedzenia pod wodą, wstrzymywania oddechu, duszenia się, bezsensownego wzywania ratunku, gdy na moment wypłynie się na powierzchnię. Jeszcze wiele lat później w liście do Zbigniewa Herberta Lem informował o konieczności powrotu do kraju tymi słowy: »Wpuszczam wodę do balastowych zbiorników, gdyż idę do gnojówy«. Pod koniec 1969 r. wspominał Mrożkowi, że nie może już czytać krajowych pism literackich, ponieważ przypominają mu »dyskusje robaków o tym, że w gównie, w którym siedzą, jest parę lepszych miejsc, obsiędzionych przez co sprytniejsze robaki«. Skądinąd nie był w tej ocenie odosobniony. Jak ujął to Marian Brandys: »Rozumiem kłopoty wydawnictwa i cenzury. Nie można siedzieć w gównie i śpiewać«”.
Poza krótkim momentem entuzjazmu w czerwcu 1989 r. Lem nigdy się już z Polską nie pogodził, nigdy nie uwierzył w jej szlachetne intencje. A mimo to, rok wcześniej, wrócił z rodziną do Krakowa po stosunkowo krótkim (1982-1988) epizodzie emigracyjnym w Austrii. To go również odróżniało od większości obywateli krajów zza żelaznej kurtyny - nie idealizował Zachodu, dostrzegał patologie kapitalizmu i głupotę tamtejszej kultury masowej (za jawną, bezceremonialną krytykę amerykańskiej SF pozbawiono go honorowego członkostwa w stowarzyszeniu Science Fiction Writers of America). Bez Polski zaś najwyraźniej - jakkolwiek pompatycznie by to zabrzmiało - nie umiał żyć.