Z Hanną Radziejowską rozmawia Estera Flieger
Rozmawiając o polityce historycznej, będziemy się z pewnością różnić, ale podobnie jesteśmy zdumione tym, co powiedział Peter Oliver Loew, szef Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich w Darmstadt („Polska nie kojarzy się Niemcom z wojną”, Magazyn DGP z 1 października 2021 r.).
A mnie ten wywiad nie zaskoczył. Brałam udział w wielu konsultacjach na temat mającego powstać w Berlinie pomnika polskich ofiar niemieckiej okupacji i ten sposób myślenia był zawsze ważnym punktem odniesienia dla kształtu i programu planowanego miejsca pamięci. Wypowiedzi Loewa wpisałabym w istniejące od dawna problemy w polsko-niemieckich relacjach. Bo to, co Zbigniew Parafianowicz w redakcyjnym komentarzu nazwał pluszowym symetryzmem („Pluszowy symetryzm i negacjonizm”, Magazyn DGP z 15 października 2021 r.), obserwowałam już kilkanaście lat temu, gdy pracowałam w Muzeum Powstania Warszawskiego. Od niemieckich badaczy czy dziennikarzy zawsze słyszałam, że to niebezpieczne miejsce, bo buduje nasz nacjonalizm, a powinniśmy się uczyć od nich, czym to grozi, że to miejsce jest bezkrytyczne wobec naszej historii, że gloryfikuje przemoc, że w Sali Małego Powstańca uczy się dzieci strzelać. W rozmowie z Loewem najbardziej uderza mnie zrównanie polskich i niemieckich ofiar w kontekście redukcji historii wyłącznie do indywidualnych emocji i osobistego cierpienia. Uważam, że właśnie ten mechanizm redukcji dotyka bardzo ważnego elementu polsko-niemieckiego sporu o historię: pomieszania etnicznych oraz polityczno-obywatelskich kategorii ofiar.
Reklama
Ale z drugiej strony doświadczenie zgwałconych przez czerwonoarmistę na Ziemiach Odzyskanych Polki i Niemki przecież niczym się nie różni.

Reklama
Każde cierpienie jest przejmujące. Ale rozumienie historii to nie tylko rejestrowanie indywidualnych przeżyć i emocji. I pomijam niepoważny zarzut Loewa, że w Polsce nie ma podejścia krytycznego do własnej historii - badania nad Ziemiami Odzyskanymi i wypędzeniami zaczęły się już w latach 90., a ich prekursorem był prof. Włodzimierz Borodziej. Chodzi mi o coś innego: nie da się opowiedzieć historii wojny i okupacji bez kategorii politycznych, a więc szerszych niż indywidualne, poddające się reporterskiemu opisowi doświadczenia. W prowadzonej od kilku lat narracji ucieka to, na co wskazywali Hannah Arendt czy Timothy Snyder.
Czyli?
Że wojna na Wschodzie oznaczała zniszczenie państwowości. I polskie doświadczenie powinno być postrzegane przede wszystkim z perspektywy wspólnoty politycznej, którą wyrażały struktury Państwa Podziemnego i rządu na emigracji. Nie byliśmy etniczną sumą jednostek, lecz polityczną wspólnotą walczącą o demokratyczne państwo zarówno z totalitarną III Rzeszą, jak i sowiecką Rosją. „Pierwszym, podstawowym krokiem na drodze do totalnego panowania jest zabicie w człowieku osoby prawnej” - pisała Arendt. A więc odebrania mu wszystkiego, co wiąże się z państwowymi strukturami, administracją, tożsamością i przysługującymi prawami. Nasze doświadczenie II wojny zaczyna się właśnie od anihilacji państwowych struktur, administracji i wymordowania elit. Współcześnie znika problem odpowiedzialności politycznej, która jest czymś innym niż odpowiedzialność kryminalna. W porządku odpowiedzialności kryminalnej mieszczą się również polscy sprawcy zbrodni w Jedwabnem albo kolaboranci, zdrajcy, szmalcownicy, po wojnie karani przed sądami na podstawie dekretu sierpniowego. W przypadku Niemiec społeczeństwo wyraziło w wyborach masowe poparcie dla NSDAP, a potem budowało i popierało działalność totalitarnego państwa. I dlatego Niemcy ponoszą z tego tytułu - jako wspólnota - odpowiedzialność polityczną za zbrodnie III Rzeszy. Ponoszą też odpowiedzialność kryminalną za popełnione zbrodnie oraz - i tu także można mieć wiele im do zarzucenia - za powojenną zmowę milczenia niemieckich prokuratorów i brak karania zbrodniarzy. Niemcy o tym zresztą ze sobą od lat dyskutują, bo przecież wina polityczna i wina kryminalna to rozróżnienie wprowadzone przez niemieckiego filozofa Karla Jaspersa. A prof. Samuel Salzborn z Uniwersytetu Justusa Liebiga w Gießen napisał dwa lata temu znakomity esej, któremu dał tytuł „Kolektywna niewinność”: o wypieraniu przez Niemców odpowiedzialności za dokonane zbrodnie - zarówno po wojnie, jak i dziś.
Ale chyba nie chodzi o to, żeby współcześni Niemcy biczowali się w nieskończoność?
Z naszej perspektywy zasadne jest pytanie: czy uczciwie biczowali się kiedykolwiek? Nie mówię tu o rytualnych przemówieniach podczas rocznicowych obchodów, choć one są ważne, lecz o skali niewiedzy tamtejszego społeczeństwa oraz problemie nieukarania zbrodni popełnionych w Polsce. To wszystko nie oznacza, że nie istnieje potrzeba innego spojrzenia na niemiecką historię. Podam przykład: rząd w Berlinie wygospodarował pieniądze na zbudowanie sieci miejsc pamięci o „pozytywnej” historii Niemiec, ich dziedzictwie demokratycznym. Rozmawiałam niedawno z jednym z liderów tego projektu, który zwrócił mi uwagę na ciekawą rzecz: latami uważano, że wychowanie młodzieży w duchu demokracji polega na zabraniu jej do byłego obozu koncentracyjnego. Okazało się, że to nie działa, bo ludzie potrzebują pozytywnych wzorców. Zapominamy o tym, mając słuszny żal do Niemców o nierozliczenie się z przeszłością; i kiedy opowiadają naprawdę piękne historie, np. jednostek samotnie stawiających opór III Rzeszy, jak rodzeństwo Schollów, oskarżamy ich o przepisywanie historii. Nie dziwmy się, że budując społeczeństwo obywatelskie, Niemcy takich opowieści poszukują. To wskazane. Oczywiście dla Polaków ważne pozostaje pytanie - kto będzie dla nich wzorem: Schollowie czy Claus von Stauffenberg, którego wolna Polska, cierpienie Żydów nie interesowały, a angażując się w 1944 r. w dokonanie zamachu na Adolfa Hitlera, chciał jedynie uchronić Niemcy przed klęską. Snyder stale podkreśla, że historia jest fundamentem demokracji.
Na ile to, co mówi Loew, jest reprezentatywne? W polskiej historiografii są różne nurty, więc w niemieckiej musi być podobnie.
Tamtejszych instytucji zajmujących się kształtowaniem relacji z Polską jest niewiele. I mam wrażenie, że dla tej niewielkiej grupy to stanowisko jest w pewnym stopniu reprezentatywne. Ale nie jest jedyne. Ważniejsze są jednak badania na temat tego, w jaki sposób Niemcy myślą o przeszłości. Odwołuję się często do dwóch źródeł na ten temat. W maju zeszłego roku, na 75. rocznicę zakończenia II wojny, przeprowadzono duże badania dla „Die Zeit” - zapytano Niemców m.in. o to, co podczas wojny robili ich dziadkowie, oraz o ocenę na historycznym tle wyjątkowości zbrodni popełnionych przez III Rzeszę. Oprócz tego Uniwersytet w Bielefeld wydaje co roku studia na temat różnych aspektów pamięci II wojny, to „MEMO study”.
I co w tych badaniach wyszło?
W sondażu dla „Die Zeit” prawie 30 proc. badanych wyraziło przekonanie, że ich dziadkowie stawiali opór nazistowskiemu państwu. Tylko 3 proc. - że budowali III Rzeszę. Badanie „MEMO study” z 2019 r. pokazuje, że 34 proc. respondentów uważa, że Niemcy byli zbrodniarzami, 34 proc., że byli ofiarami III Rzeszy, zaś 15 proc., że pomagali ofiarom reżimu. W tych badaniach jest sporo ciekawych sprzeczności. Z jednej strony większość respondentów uważa, że historia III Rzeszy jest ważna i stanowi przestrogę dla innych, ale z drugiej niekoniecznie dla nich samych, bo należy zamknąć ten etap, oraz że Niemcy już znakomicie przepracowali ten rozdział historii. Wyniki tych badań ilustrują zjawisko, które paradoksalnie wzmacnia Loew - a bardzo go cenię jako badacza, bo Niemiecki Instytut Spraw Polskich robi warte uwagi rzeczy - wejście Niemców w rolę ofiar. Ofiar, które chętnie rozliczą inne kraje z tego, czy w dostatecznym stopniu przyjęły niemieckie spojrzenie na historię w kontekście swoich powojennych doświadczeń. Chcę zauważyć coś jeszcze: to ciekawe i przejmujące, kiedy Loew mówi, że Polacy muszą nauczyć się rozliczać z przeszłością jak Niemcy, bo stosunek do przeszłości jest u nas bezkrytyczny.
Ale rządząca prawica forsuje bezkrytyczny obraz polskich dziejów. Minister edukacji Przemysław Czarnek stwierdził niedawno, że podczas wojny miliony Polaków ratowały Żydów.
A dyrekcja Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN porównuje obecną sytuację na granicy z Białorusią do tego, co działo się z Żydami w 1942 r.
Nie widzę związku.
Te porównania pokazują, że historia jest wykorzystywana w sporach politycznych. Bywa, że stoją za tym dobre intencje, niekiedy moralne wzburzenie. Natomiast krytyczne badania, książki i debaty w Polsce są ważną częścią dyskursu historycznego już od lat 80., a po 1989 r. taka działalność finansowana jest z pieniędzy państwa. Ale warto zauważyć, że jeszcze do niedawna naprawdę niewiele było u nas badań nad Państwem Podziemnym czy polskimi dyplomatami ratującymi Żydów, naukowcy nie zajmowali się osobami, które zginęły, ratując Żydów, czy działalnością Witolda Pileckiego. Odkrycie fenomenu grupy Ładosia, program „Zawołani po imieniu”, ostatnia publikacja PISM „W obliczu Zagłady. Rząd RP na uchodźstwie wobec Żydów 1939-1945” czy odkrycie brytyjskich i amerykańskich dokumentów wojskowych, w których odnajdujemy ślady ustnych raportów Pileckiego wysyłanych z Auschwitz - to przecież ustalenia z ostatnich lat.
No, ale jednak coś się dzieje.
Tak, ale na świecie te nasze nowe badania przyjmowane są często jako rewizjonizm i propaganda, a przecież to prawdziwe historie, których do tej pory nie opowiedziano i które powinny być badane. Często spotykam się z zarzutem, że Instytut Pileckiego mówi tylko o Polakach ratujących Żydów. Nieprawda. Polacy, jak każdy inny naród, byli różni: podczas okupacji nie zapadałyby w imieniu podziemnego państwa wyroki śmierci, jeżeli nie byłoby zdrajców i szmalcowników. Opowieść o masowym heroizmie więc się nie broni. Ale znowu - z niemieckich podręczników młodzież nie dowiaduje się o Armii Krajowej, Polskim Państwie Podziemnym, Żegocie, Polakach walczących na Zachodzie. I jest to pewny problem, bo następuje pomieszanie porządków odpowiedzialności politycznej i kryminalnej. W efekcie spotykam się z sytuacją, że większość Niemców wie o Jedwabnem, ale nic o Pileckim, jak zwrócił mi na to uwagę pewien niemiecki publicysta i dziennikarz. W tym samym czasie teza, że Polacy byli współsprawcami śmierci 200 tys. Żydów, w niemieckiej prasie, czy nawet szerzej - na Zachodzie, przyjęta została za fakt i funkcjonuje jako naukowo potwierdzona. W Polsce zaś nie ma na jej temat żadnej dyskusji. Wielokrotnie spotykaliśmy się w Berlinie z zarzutami, że powołane przez rząd w Warszawie instytucje niszczą wolność nauki historycznej i stanowią dla niej zagrożenie. Oto paradoks: kierowany przeze mnie Instytut Pileckiego jest otwarty na współpracę i dialog, a są tu instytucje, które wręcz zakazują współpracy z nami. Tak było w przypadku zakulisowej blokady stworzenia wspólnego programu badawczego przez nas i Wolny Uniwersytet Berliński, zaś podczas debaty Kongresu Historyków Niemieckich o wolności nauki m.in. szefowa Centrum Badań nad Antysemityzmem w Berlinie rozważała bojkot naszej instytucji jako sposób obrony wolności słowa w Niemczech. Zatem - dlaczego wolność nauki nie pozwala debatować np. o książce „Dalej jest noc”, a każdą jej krytykę uznają za atak?
A dlaczego Instytut Pileckiego sam nie zorganizuje takiej debaty?
Chcieliśmy. Zapraszaliśmy prof. Barbarę Engelking, współautorkę książki „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”, ale odmówiła. Żałuję, bo Centrum Badań nad Zagładą Żydów uważam za bardzo ważny ośrodek w polskiej historiografii, tak jak wydawane przez nich czasopismo „Zagłada Żydów. Studia i Materiały”. To, że ich szanuję, nie oznacza, że podchodzę do ich prac bezkrytycznie. Chciałabym, aby była szansa prezentacji różnych badań, a nawet uznania, że można się w różnych punktach po prostu ze sobą całkowicie nie zgadzać. I co w tym złego? Problem jest głębszy: w Polsce od lat w ogóle nie ma debaty, ciekawość w przestrzeni publicznej już nie istnieje, nie ufamy sobie i nie ma miejsca na to, żebyśmy się różnili.
Napisała pani na Twitterze: „Bez względu na wszystko: Instytut Pileckiego, który tworzą ludzie o bardzo różnych poglądach, będzie kontynuował swoją misję i będzie otwarty na wszystkie środowiska jako miejsce wolnej debaty, w którą szczerze wierzymy”. Przejrzałam stronę instytutu i niczego takiego tam nie zobaczyłam. Za to niedawno z wykładem gościł u państwa prof. Bogdan Musiał, który zwolennikiem pluralizmu nie jest: „Wyszkolony i zaufany człowiek Sowietów” - mówił w TVP Info o cenionym przez panią prof. Borodzieju.
Abstrahując od publicystki prof. Musiała, to jest on autorem bardzo dobrej książki poświęconej rozliczaniu zbrodni niemieckiej. A spotkanie w Instytucie Pileckiego w Warszawie nie było poświęcone zmarłemu niedawno prof. Borodziejowi, którego Instytut Pileckiego w Berlinie żegnał jako bardzo ważnego badacza. Nie zgadzam się z opinią o mojej instytucji - nasze badania, stypendia i konferencje są otwarte dla wszystkich, występują w nich osoby o różnych poglądach, co można choćby zobaczyć w programie niedawnej konferencji o dyplomatach ratujących Żydów. Warsztaty u nas prowadziły przykładowo Karolina Wigura i Marci Shore, osoby dalekie od związków z ośrodkiem rządowym w Warszawie. Staramy się budować przestrzeń, w której można się - w dobrym tego słowa rozumieniu - pokłócić. Dlaczego w Polsce jest jej tak mało? Bo o wiele łatwiej jest zamknąć się w bańce i nie podejmować wysiłku skonfrontowania swoich poglądów z innymi.
Proszę wyobrazić sobie, że Instytut Pileckiego przygotowuje wystawę, ale zmienia się władza, przejmuje placówkę, odwołuje panią - jak stało się to w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, a ekspozycję na życzenie szefa rządzącej partii zmienia. Podobałoby się to pani?
Jasne, że nie. Ale pracując wiele lat w kulturze, wiele doświadczyłam - bo straciłam pracę w Instytucie Polskim, przechodziłam też przez bardzo poważny etyczny spór w dzielnicowej instytucji samorządowej. I przepracowałam te doświadczenia: uważam, że wysiłek budowania dobra wspólnego polega też na tym, że także kiedy czuję się skrzywdzona, potrafię dalej robić swoje, a żal nie będzie determinować moich poglądów. Próby karania lub nagradzania ze względu na przynależność polityczno-partyjną to doświadczenie wszystkich środowisk w Polsce. Zresztą w samych Niemczech jest podobnie i niektóre głośne sprawy politycznych zwolnień znajdowały finał w sądzie. Demokracja polega na tym, że od każdego wymagany jest wysiłek budowania przestrzeni publicznej, i to od każdego z nas zależy, czy stworzymy i będziemy poszerzać brakującą przestrzeń sporu. Emocje są bramą do manipulacji - i dlatego warto ważyć słowa i gniew, zanim wygłosi się twarde opinie o drugiej stronie.
Wracając do wywiadu z Loewem: a może to, co mówi, nie jest jednak reprezentatywne? W niemieckiej telewizji można przecież zobaczyć film „Polska ’39. Jak niemieccy żołnierze stali się mordercami”.
To prawda, że w niemieckiej telewizji zdarzają się dobre materiały historyczne o Polsce. Ale jeden film nie zmieni rzeczywistości, a badania, o których wspominałam, pokazują, że Niemcy pytani o ofiary II wojny wymieniali te grupy, którym zostały postawione pomniki, a więc Żydów, Romów i Sinti, homoseksualistów. Polacy jako oddzielna grupa ofiar w przestrzeni publicznej Niemiec nie funkcjonują - i ma to odniesienie w tutejszej topografii pamięci. Przejrzałam osiem podręczników przygotowujących do matury z historii: w jednym z nich II wojnie poświęcono 50 wersów, zaś w żadnym nie ma niczego o Solidarności. Film może być przyczynkiem do ważnego spotkania i debaty. Ale ważna jest praktyka: Instytut Pileckiego prowadzi zajęcia edukacyjne, warsztaty np. dla twórców komiksów, artystów. I widzę, że historia, którą opowiadamy poprzez biografię Witolda Pileckiego, jest dla Niemców nowa, ciekawa. Jest zresztą wielu wspaniałych niemieckich historyków - Andrej Angrick, Jochen Böhler, Claudia Weber. Jednak w Berlinie są trzy uniwersytety, a na żadnym z nim nie ma polskiej katedry ani nawet profesora, który zajmuje się polskimi tematami.
Tomasz F. Krawczyk, były doradca premiera Mateusza Morawieckiego, powiedział DGP: „Nieraz rozmawiałem z dziennikarzami mediów publicznych, mówiłem, by nie uderzali w Niemców, bo nie jest tak, że oni tego nie słyszą. Antyniemiecka narracja TVP ogranicza nam pole manewru. To działanie na niekorzyść Polski. Jak po czymś takim wypaść w rozmowie z Berlinem autentycznie?” („Działania reaktywne”, Magazyn DGP z 16 kwietnia 2021 r.). Zgodzi się pani z tym, że antyniemiecka narracja mediów publicznych nie pomaga?
Problemem są uprzedzenia zarówno po stronie polskiej, jak i niemieckiej, które przeszkadzają w tym, żeby do spotkania dwóch stron doszło. Nie wiem, czy Niemcy mają świadomość tego, jak wygląda przekaz TVP i „Wiadomości”, bo ich zainteresowanie Polską jest mizerne - zarówno kulturą, jak i historią. Pamiętam, że w okresie szefowania Instytutowi Polskiemu narracja, w której przedstawia się Niemcy tylko jako wroga, była pewnym utrudnieniem w pracy. Polacy nie wiedzą z kolei, co pisze się o nich w Niemczech, a widzę niestety pewną symetrię uprzedzeń. Byłoby dobrze, gdyby polskie społeczeństwo w ogóle chciało dowiedzieć więcej na temat tego, co dzieje się w Niemczech i jak funkcjonuje debata publiczna czy instytucje w tym kraju. O tym, że po jednym wpisie na Twitterze, reklamie konferencji, w której brali udział zwolennicy BDS (ruchu na rzecz bojkotu Izraela - red.), z pracy musiał odejść dyrektor Muzeum Żydowskiego w Berlinie czy że fundacje polityczne w Niemczech mają 660 mln euro budżetu rocznie - co dałoby nam trochę lepsze wyobrażenie o tym, że państwo niemieckie inwestuje w instytucje albo mierzy się z trudnościami jak wszyscy. Poza tym od Niemców możemy się wiele nauczyć, bo mają świetnie skonstruowane państwo: działają tam dobrze naoliwione mechanizmy, które sprawiają, że spory rzadko są prymitywne, emocjonalne, choć leżące u ich podstaw problemy pozostają takie same - w walce o polityczne wpływy, władzę, spory o historię czy budowanie instytucji.
Staramy się budować przestrzeń, w której można się - w dobrym tego słowa rozumieniu - pokłócić. Dlaczego w Polsce jest jej tak mało? Bo o wiele łatwiej jest zamknąć się w bańce i nie podejmować wysiłku skonfrontowania swoich poglądów z innymi
14 listopada 2020 r. Tomasz Sakiewicz powiedział w TVP Info: „Niemcy realizują swój cel narodowy, czyli taki Lebensraum - poszerzenie przestrzeni życiowej, ale już nie przez podbój militarny, tylko przez używanie narzędzi polityczno-dyplomatyczno-ekonomicznych. Lewicowe ruchy też starają się na tym popłynąć”. Nie przekona mnie pani, że jakiekolwiek niemieckie uprzedzenia usprawiedliwiają taki język.
Zgadzam się, że używanie pojęć z czasów wojny, pojęć dotyczących Zagłady, by budować analogie do czasów współczesnych, jest skandaliczne. Niestety jest to nagminne - po wszystkich stronach polskiego sporu. Myślę, że w Polsce nie doceniamy roli rzeczywistych żali zwykłych Polaków za brak rozliczeń Berlina po wojnie czy mizernej wiedzy o Polsce w Niemczech. Natomiast z pewnością Polacy i Niemcy mogliby wiele wciąż zrobić razem, np. w sprawie wsparcia białoruskiej opozycji. Brakuje mi też dużych wspólnych projektów, które mogłyby realizować razem chociażby muzea. Na przykład Galeria Drezdeńska otworzyła wspólną wystawę z Muzeum Sztuk Pięknych im. Puszkina w Moskwie o niemieckim i rosyjskim malarstwie romantycznym - to efekt trwałej współpracy, która ma również wymiar polityczny i biorą w niej udział niemieccy politycy wysokiego szczebla. Dlaczego nie ma takiej współpracy między polskimi i niemieckimi instytucjami?
Przecież mówienie o tym, że Niemcy chcą poszerzenia przestrzeni życiowej, jest nie tylko wyrazem uprzedzeń i sprzeczne z racją stanu, ale urąga pamięci ofiar II wojny światowej.
Nie usprawiedliwiam tych słów. Ale Sakiewicz nie wypowiadałby się w ten sposób, gdyby nie istniejący w naszym społeczeństwie realny żal do Niemców. Gdyby nasza przestrzeń publiczna sporu nie była od lat pełna argumentów i porównań z wojną i Zagładą. Interesuje mnie mechanizm, który powoduje, że są ludzie, którzy przyjmują taką wypowiedź z aprobatą.
Akcja środowiska skupionego wokół „Gazety Polskiej”, by zaklejać na pomnikach wyrażenie „zbrodnie hitlerowskie” tabliczkami z napisem „zbrodnie niemieckie”, pomaga tworzyć przestrzeń do polsko-niemieckiej współpracy?
W źródłach i wspomnieniach z czasów wojny jako agresorzy występują prawie zawsze Niemcy. Wątpliwości co do tego nie ma też starsze pokolenie. I na tablicach Karola Tchorka - bardzo dobrze przez niego zaprojektowanych w 1949 r. - zapewne znalazłaby się taka właśnie informacja, jednak z przyczyn politycznych użyte zostało określenie „hitlerowcy”, bo NRD i PRL znalazły się po tej samej stronie żelaznej kurtyny. W ten sposób te tablice same są również świadectwem czasów i nie należy ich dewastować. Jeżeli już chcemy coś zmienić, można stworzyć nową formę obok, używając do tego także środków cyfrowych. Osobiście od dawna mnie martwi, że treść tablic upamiętniających zbrodnie w Warszawie nie jest w języku angielskim. Prawdopodobnie ten problem nazewnictwa, a więc pojęć „Niemcy” i „naziści” - a jego historia jest złożona - w połączeniu z współczesnym dość łatwym mówieniem, że Polacy są współodpowiedzialni za Holokaust, jest źródłem tej naszej wrażliwości na słowa. Być może zbyt często okazuje się, że w Jedwabnem zabijali Polacy, a w Białymstoku naziści. To zaczyna budzić reakcje i społeczny niepokój.
Byłabym ostrożna z tym, że w źródłach prawie zawsze są Niemcy. W 1995 r. Hamburski Instytut Badań Społecznych zrobił wystawę o zbrodniach Wehrmachtu, wywołując dyskusję w Niemczech. W 2004 r. wspólnie z IPN i Niemieckim Instytutem Historycznym w Warszawie przygotował jej kolejną część. Tego rodzaju wspólny projekt jest dziś możliwy?
Instytut Pileckiego realizuje wiele dużych projektów, np. we współpracy z Bundesarchiv. To, co robimy, będzie służyć także historykom, którzy nas nie lubią. Digitalizujemy źródła z archiwów na całym świecie. Historyk Jochen Böhler powiedział podczas otwarcia naszego cyfrowego archiwum, że to prawdziwa rewolucja w relacjach polsko-niemieckich, bo materiały tak często trudno dostępne znajdują się teraz na wyciągnięcie ręki niemieckiego i polskiego badacza. To demokratyzacja wiedzy. A zarówno własny wizerunek, jak i dobre relacje między Polakami a Niemcami trzeba budować, nie zaś o nie walczyć. To nie jest wojna.